• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[02.09.72] Poloneza czas zacząć

[02.09.72] Poloneza czas zacząć
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#9
22.06.2026, 13:07  ✶  
Rodzimy się, by umrzeć. Przeważająca większość ziemskiej hołoty odejdzie tak, jak przyszła — w kompletnym zapomnieniu, bezpotomnie, jeśli jako potomków mamy na myśli dorobek będący w stanie poruszyć pokolenia. W świadomości kolektywu przetrwają nieliczni, a o nich i tak kiedyś się zapomni. Mieleni przez biologiczną maszynkę wszechświata, wszyscy dążymy do entropii. Czy zatem istnieje dla człowieka większy honor, niźli by jego martwe członki przez kilka dekad cieszyły oczy ludzkie w formie zniekształconej śmiercią? No, a co dopiero dla szczuroszczeta.
Nie miał Zenek zatem nic przeciwko, by w izbie stanęły wypchane maszkary. Nie mógł przy tym spodziewać się, że zwierzęta przyjadą żywe. Nikt nie mógł. No a kiedy pierzchły w dziurę w ścianie, zmienił się ich status ontologiczny w oczach Zenka. Z memento o mori przemieniły się w afirmację życia i upotworzenie siły przetrwania.
— Ja fjem, sze Kabel — faflunił z naleśnikiem w ustach, a łysina Woody’ego zniknęła pod stołkiem.
Nawyki żywieniowe szczuroszczetów pozostawały dla Zenka tajemnicą. Istniało wiele wymówek dla takiego stanu rzeczy. Po pierwsze, Zenek nigdy nie wstawał rano. Nie mógł zatem być świadkiem procesu karmienia, a szczuroszczety w jego głowie pozostawały przyjaznymi łysymi istotami, co to się karmiły magią przyjaźni. Po drugie, natura Rejwachu. Zenek zakładał, że po prostu stałą częścią krajobrazu pozostawały wyssane z tłuszczu ogony krewetek walające się po kątach z kotkami z kurzu. Mało to widzieli zwierząt w Rejwachu? I ludzie nie byli wcale najgorszymi z nich.
— Nie, nie wiem. — odpowiedział w przerwie przed zlizywaniem dżemu z palców. Za taki worek krewetek, ile to mogło być galeonów?
Mimo wszystko na poważnie podjął się próby przekonania szczuroszczetów do owoców. Piorunował Kabla wzrokiem, ale ten, odgoniony butem, wolał oddalić się do kąta, gdzie zaczął przeżuwać rzeczony ogon krewetki.

Woody jadł, co mu dano. Zenek stał jeszcze chwilę przed nim z rękami opadającymi po bokach. Po śniadaniu i umyciu własnym językiem rąk nie miał za wiele do roboty. Jego szare komórki dryfowały bezwolnie w zbitej mózgowej masie, oczekując impulsów. Genialnych pomysłów.
— Chce pan przyjść do mojego domu? — było to dosyć śmiałe założenie, ale nie bez podstaw, zważywszy na to, że poza Rejwachowym pokoikiem Zenek nie posiadał własnych włości (a nawet w tym wypadku pokoik posiadał tak, jak posiadało się promienie słońca czy oddech tlenu). Złożył ręce, tak jak Kabel to robił, gdy chciał coś z blatu. Ze zmiątymi piąstkami, prawie jak do modlitwy, gdyby jeszcze te istoty znały oblicze Boga. — Mama jest krawcową. Mogłaby zrobić czapkę. Na święta jakieś może. — okej, Zenek, to jest dosyć śmiałe, ale jeszcze do obronienia. Trudno było ocenić, czy większym spełnieniem marzeń były dla Zenka święta z Rejwachową rodziną czy przeniesienie Rejwachowej rodziny do własnego domu.
Czy krawcowe lubiły grać w gargulki, ino się nie dowiedzieli, bo zabrakło między nimi Morpheusa.

Portrety huknęły. Matko, jak się zląkł, aż prawie tego mopa upuścił. Szarawa (czarnawa) powierzchnia myjąca na główce nabrała czerwonego odcienia, jakby ktoś nadepnął na szczuroszczeta i próbował zmazać ślady zbrodni. Kainowego piętna nie dało się jednak tak łatwo zetrzeć, tym bardziej w Rejwachu, gdzie kubła od mopa na oczy nie widzieli, a o czystą wodę było trudniej niż o rozwodnione piwo. — Ojej, dobrze, już oddaję — no i oddał kija. Nadal z oczami szeroko otwartymi, bo go te portrety nieźle nastraszyły. Pobiegł po schodach. Deski tym razem nie wdawały się w rozmowę. Wydawały tylko zdawkowe, skrzyp, skrzyp, jakby i one wiedziały, że nie miał czasu im odpowiadać, bo Zenek szedł na misję.

Koniec korytarza, pierwszy po prawej. Koniec korytarza, pierwszy po prawej. Kroczył deskami piętra Rejwachu, a kurzowe kotki razem z nim. Podskakiwały z każdym stąpnięciem buta. Te normalne kotki czekały na dole na jedzenie. Może to i dobrze, że nie interesowały ich kwatery mieszkalne. Mijał drzwi kolejnych pokoi. Woody, Asena, jakiś Julian, Kylie. Nawet Zenek, choć oczywiście w narracji musimy zamaskować, przy których drzwiach się składował. No i wreszcie. Pierwszy po prawej. Zenek stanął przed futryną. Położył rękę na klamce, jakby ją tylko testował. Z drzwiami trzeba tak było. Zwłaszcza z nowymi drzwiami, nieobeznanymi. Po cichu, ostrożnie, jakby podawał komuś rękę. Bo pokojowi też należał się szacunek. Drzwi w Rejwachu może i wpuszczały każdego bez powodu, ale nie bez konsekwencji. Klamka pokiwała i drzwi ze skrzypieniem wpuściły go do środka.
Ciemność. By nie wpaść na kolekcję butelek przy ścianie, Zenek od progu zaczął macać ścianę przy wejściu. Trochę w górę, trochę w dół, ryzykując, że mu co po ręce przebiegnie. Natrafił w końcu na włącznik i pstrykacz pstryknął. Chociaż przed chwilą zażywał londyńskiego słońca, to na moment musiał przymrużyć oczy. Po chwili mógł jednak wejrzeć w środek komnaty. Butelki czekały, leżały, gotowe do nabijania duchów, skupu albo niepopularnej jeszcze wtedy segregacji. A kto by się przejmował skupem, kiedy najlepszą cechą piwa w Rejwachu było: szybko. Zenek je obszedł bez większej ostrożności. Podłoga składowiska nie skrzypiała, co prowokowało dreszcz na karku. Szło się po niej jak po dywanie, a może to była warstwa kurzu, która narosła. Światło, choć w pierwszym odruchu drażniące, bynajmniej nie ułatwiało oględzin. Butelki rzucały kolorowe cienie na ścianę, niby to małe witrażyki. Klejnotem koronnym był obraz. Obiektywnie paskudna martwa natura urastała rangą do dzieła z OdNowy, kiedy człowiek sobie uświadamiał, że nie uświadczy już większego dzieła w przybytku pijackich uciech. Spoglądał na Zenka dumnie, świadom swoich przymiotów, chociaż nieczęsto ktoś go oglądał. Również i teraz baczył na każdy ruch, ze spokojną pewnością monarchy. Zenek skłonił głowę.

Jak się tak Zenek rozglądał, to pokoik wyglądał zupełnie jak jego własny. Różnił się gratami, no ale hej. Czym się różniły butelki od kabli? I to śmieć, i to śmieć, a dla odpowiedniego czarodzieja unikat. Przeszło mu przez myśl, że Woody to chyba lubił wywoływać duchy. Albo i nie Woody, drzwi do pokoju były w końcu otwarte.
— A cóż to jest? — zapytał Zenek, bo ujrzał pod oknem stertę. Dobra sterta nie była zła. Sterta dobra rzecz. Na pierwszy rzut oka przypominała tajemniczy gulasz, serwowany przez Lewisa akurat pod koniec tygodnia przed kolejnymi zakupami. Sterta też miała niemożliwy do określenia kolor. Wystawały z niej różne elementy, najbardziej jednak Zenkowi przypominała kupkę gruzu. Gdy się zaciągał, w płuca wciągał jedynie woń starego drewna. Potem dochodziła do tego woń starości. Trochę jak przodujący wiekiem pijacy, tylko od tego zapachu nie dało się uciec. Mimo to Zenek nie marszczył nosa. Jeszcze obraz by się obraził.
Gdy Zenek zbliżył się do sterty, to odkrył, że składała się w przeważającej większości ze starych szmat. Lubił second handy, naprawdę. Zwłaszcza te z ciuchami z lat 40. Takiego prochowca to by sobie dorwał i założył, nawet z kieszeniami przeżartymi przez mole. No, ale te szmaty to po prostu śmierdziały. To była zła polityka sprzedaży.
Zenkowi daleko było do rygoru sanitarnego. Ręce mył w ślinie, bo podobno odkażała. Ale, no, ta sterta. Musiał chwilę postać przed tą stertą. Postać i pooddychać. Jeśli w pokoju było okno, to powietrze było tak zadechowane, że Zenek zaczynał wątpić w jego istnienie. W końcu jednak zagryzł zęby, ukucnął i zabrał się do roboty. Powoli, ostrożnie, z lekkim drgnięciem ścięgien wyciągnął rękę w stronę sterty. Dłoń zanurzyła się w pierwszej z wierzchu szmacie.

Proszę, niech tu nie mieszka rodzina pajączków. Proszę, niech nie mieszka. Ja pajączki lubię, ale nie w stercie, nie teraz. Zenek spojrzał w kąt pokoju, do góry. Byle tylko odwrócić głowę od podłego zapachu. Nawet jak przymrugiwał oczami, w tak wysokim kącie z tak słabym oświetleniem pajęczyny nie dostrzegał. Wątpliwe, żeby nawet muchy przeżyły w tym smrodzie, to czym się miały biedne pająki żywić. Wyniosły się. W Rejwachu to one lubiły bytować pod prysznicem.
Macał i macał. Powoli przyzwyczajał się do zapachu sterty. Materiały pod palcami także zaczęły układać się w coś w rodzaju znanego chaosu. Szwy, guziki, suwaki, falbany i bufki. Dłoń przejeżdżała po każdym elemencie z należytą uwagą. Przez chwilę zaplątała się w spódnicy. A może w spodniach. W końcu włożył ją do czegoś, co wydało mu się kieszenią. No i wtedy właśnie natrafił na coś twardego.
Zamarł. Palce zacisnęły się wokół przedmiotu. Po czuciu zgadywał, że to coś drewnianego. Wyplątał przedmiot ze sterty ubrań i wyciągnął na wierzch. Przysunął go sobie blisko nosa. W ręce Zenka bytowała czyjaś zaginiona różdżka.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Woody Tarpaulin (3575), Zenon Kozioł (4576)




Wiadomości w tym wątku
[02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Zenon Kozioł - 26.04.2026, 01:20
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Woody Tarpaulin - 27.04.2026, 22:27
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Zenon Kozioł - 28.04.2026, 22:58
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Woody Tarpaulin - 05.05.2026, 20:59
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Zenon Kozioł - 08.05.2026, 13:43
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Woody Tarpaulin - 17.05.2026, 14:41
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Zenon Kozioł - 20.05.2026, 19:52
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Woody Tarpaulin - 01.06.2026, 19:37
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Zenon Kozioł - 22.06.2026, 13:07
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Woody Tarpaulin - 27.07.2026, 22:00
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Zenon Kozioł - 07.08.2026, 21:01
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Woody Tarpaulin - 29.09.2026, 14:15
RE: [02.09.72] Poloneza czas zacząć - przez Zenon Kozioł - 08.10.2026, 00:11

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa