22.06.2026, 16:10 ✶
– Jestem pewien, że jeśli w pobliżu jest jakaś dziura do Limbo, to jakoś ją znajdziesz – mruknął po prostu Christopher, zanim wysiedli i zabrali upchnięte na tylnym siedzeniu torby.
*
Ani przeglądanie ksiąg, ani telefon do znajomego nie przyniosły wielu odpowiedzi. Mieli trochę teorii, żadna jednak nie była pewna: zasadniczo jeśli to był magiczny strach, to prawdopodobnie jakoś powiązany z polami. Istniała szansa, że powinien ich chronić… bo zwykle strachy były wystawiane właśnie po to, by chronić plonów. Tyle że na ogół chodziło o odstraszanie ptaków czy jakiś obyczaj, nie o rozpruwanie przypadkowych podróżnych.
Oględziny miejsca niedoszłej zbrodni i wyprawa do miasteczka mogły powiedzieć im więcej.
Ich autem zjechał na bok, ukrywając je tam, gdzie zaczynały się pola. W razie potrzeby od miejsca, w którym wczoraj znaleźli nieszczęsną parę, czekał ich kilkuminutowy bieg i Chris liczył, że kondycja, którą wyrobili sobie na ucieczkach przed widmami, wampirami, ghulami i całą resztą magicznego tałatajstwa, wystarczy, aby prześcignęli stracha, jeśli wszystko inne zawiedzie. Na pewno nie mogli pokazać, dlaczego się tu pojawili: wtedy pewnie by ich spróbowano związać i wrzucono w pole.
Rzęcha z wypożyczalni prowadziło się trudno, a znalezienie dokładnie tego miejsca, w którym wczoraj mieli problemy, było jeszcze trudniejsze. Tym razem zwrócił też uwagę, czy na pewno nie ma tablic na najbliższym skrzyżowaniu: nie było. Po zaparkowaniu szedł jakiś czas poboczem i wreszcie dopiero ślady krwi, w miejscu, gdzie wczoraj pewnie padła z ramienia Briana, przekonały go, że to właściwa lokacja.
– Schemat wygląda więc prawdopodobnie tak. Usuwają tablice informacyjne w okolicy tych świąt. Prędzej czy później, choć droga jest mało uczęszczana, ktoś źle skręca. Zatrzymują te osoby w miasteczku, ktoś uszkadza opony, wóz psuje się w polu. Strach morduje. Ktoś z miasteczka przyjeżdża odholować auto. Mówiąc krótko, ktoś tam współpracuje z tym stworem – podsumował, tak dla rozjaśnienia umysłu, drapiąc się po policzku, który zaczął pokrywać już jasny zarost. Ani tego ranka, ani poprzedniego nie miał czasu i energii do golenia się. [b] – To nie może być jedna osoba. Ktoś musiał im tam zagadywać i zatrzymywać, gdy ktoś wbijał gwoździe, a holowany samochód… o ile mieszkańcy mogliby przegapić taki jeden albo dwa, to mamy ich już kilka. I to zawsze będzie auto osób, które wyjechały z miasteczka poprzednia dnia.
Wodził spojrzeniem po zbożu, ale niewiele mógł dostrzec. Victoria mogła stwierdzić, że jest zdumiewająco wyrośnięte: ale już wcześniej robiąc research znalazła informacje, że miasteczko słynęło z doskonałych plonów, i to mimo tego, że jeszcze kilka lat wcześniej susze omal nie doprowadziły do wyludnienia. Rosier wreszcie upewnił się, że ma w kieszeni dwie zapalniczki, a z torby przerzuconej przez ramię w razie czego szybko wyciągnie szklaną butelkę, wypełnioną łatwopalnym środkiem, i ruszył w zboże. Ale nieważne, ile by nie krążyli: nigdzie nie było stracha. Ani ożywionego, ani nieożywionego.
*
Ani przeglądanie ksiąg, ani telefon do znajomego nie przyniosły wielu odpowiedzi. Mieli trochę teorii, żadna jednak nie była pewna: zasadniczo jeśli to był magiczny strach, to prawdopodobnie jakoś powiązany z polami. Istniała szansa, że powinien ich chronić… bo zwykle strachy były wystawiane właśnie po to, by chronić plonów. Tyle że na ogół chodziło o odstraszanie ptaków czy jakiś obyczaj, nie o rozpruwanie przypadkowych podróżnych.
Oględziny miejsca niedoszłej zbrodni i wyprawa do miasteczka mogły powiedzieć im więcej.
Ich autem zjechał na bok, ukrywając je tam, gdzie zaczynały się pola. W razie potrzeby od miejsca, w którym wczoraj znaleźli nieszczęsną parę, czekał ich kilkuminutowy bieg i Chris liczył, że kondycja, którą wyrobili sobie na ucieczkach przed widmami, wampirami, ghulami i całą resztą magicznego tałatajstwa, wystarczy, aby prześcignęli stracha, jeśli wszystko inne zawiedzie. Na pewno nie mogli pokazać, dlaczego się tu pojawili: wtedy pewnie by ich spróbowano związać i wrzucono w pole.
Rzęcha z wypożyczalni prowadziło się trudno, a znalezienie dokładnie tego miejsca, w którym wczoraj mieli problemy, było jeszcze trudniejsze. Tym razem zwrócił też uwagę, czy na pewno nie ma tablic na najbliższym skrzyżowaniu: nie było. Po zaparkowaniu szedł jakiś czas poboczem i wreszcie dopiero ślady krwi, w miejscu, gdzie wczoraj pewnie padła z ramienia Briana, przekonały go, że to właściwa lokacja.
– Schemat wygląda więc prawdopodobnie tak. Usuwają tablice informacyjne w okolicy tych świąt. Prędzej czy później, choć droga jest mało uczęszczana, ktoś źle skręca. Zatrzymują te osoby w miasteczku, ktoś uszkadza opony, wóz psuje się w polu. Strach morduje. Ktoś z miasteczka przyjeżdża odholować auto. Mówiąc krótko, ktoś tam współpracuje z tym stworem – podsumował, tak dla rozjaśnienia umysłu, drapiąc się po policzku, który zaczął pokrywać już jasny zarost. Ani tego ranka, ani poprzedniego nie miał czasu i energii do golenia się. [b] – To nie może być jedna osoba. Ktoś musiał im tam zagadywać i zatrzymywać, gdy ktoś wbijał gwoździe, a holowany samochód… o ile mieszkańcy mogliby przegapić taki jeden albo dwa, to mamy ich już kilka. I to zawsze będzie auto osób, które wyjechały z miasteczka poprzednia dnia.
Wodził spojrzeniem po zbożu, ale niewiele mógł dostrzec. Victoria mogła stwierdzić, że jest zdumiewająco wyrośnięte: ale już wcześniej robiąc research znalazła informacje, że miasteczko słynęło z doskonałych plonów, i to mimo tego, że jeszcze kilka lat wcześniej susze omal nie doprowadziły do wyludnienia. Rosier wreszcie upewnił się, że ma w kieszeni dwie zapalniczki, a z torby przerzuconej przez ramię w razie czego szybko wyciągnie szklaną butelkę, wypełnioną łatwopalnym środkiem, i ruszył w zboże. Ale nieważne, ile by nie krążyli: nigdzie nie było stracha. Ani ożywionego, ani nieożywionego.