24.10.2022, 22:18 ✶
Brenna mogła być uznawana przez ludzi za dobrą osobę, ale nie była świętą. Na pewno nie na tyle, aby kiedykolwiek zwracała szczególną uwagę na prawa charłaków. Po prawdzie nawet żadnego z nich nie znała. Słyszała o ich istnieniu, oczywiście. Współczuła im – byli osobami stojącymi na granicach światów, do żadnego z nich nie należącymi tak naprawdę. Ale nie, nie myślała zbyt wiele o ich ograniczeniach i o tym, jak bardzo trudne jest ich życie.
Można powiedzieć, że marsz dał jej trochę do myślenia. Prywatnie. Może nawet pomyślałaby o tym, aby przyjść tu tylko po to, by ich wesprzeć.
Zawodowo z kolei sprawiał, że stała na pozycji… mniej więcej: o jasny szlag, kurwa i cholera, to wszystko pewnie zaraz wybuchnie.
Wszystko, co działo się w zeszłym roku, zwieńczone rezygnacją Leacha ze stanowiska, sprawiło, że nie była pozytywnie nastawiona wobec marszu. A raczej jego efektów. W tłumie wszak szli głównie mugolacy oraz charłacy, a ci drudzy nie mieli żadnych szans się bronić, gdyby ktoś postanowił pokazać im, gdzie ich miejsce. Zdaniem wielu rodów czystej krwi zaś bez wątpienia to miejsce było gdzieś daleko od „porządnych” czarodziejów. Najlepiej w grobie. I Brenna obawiała się, że ktoś w najgorszym razie zechce ich tam wysłać. W najlepszym – zatrzymać marsz i narobić zamieszania.
I, do licha, miała rację.
Gdy Erik przepychał się do niej, ona przepychała się do niego. Jej partner, wprawiony w używaniu fal, właśnie dostał wiadomość od innego funkcjonariusza, idącego na samym przedzie pochodu.
- Będzie bagno – powiedziała, szybko wyrzucając z siebie słowa. Jakby na potwierdzenie tego, co mówiła fala ludzi zaczęła zwalniać, jakby na początku kolumny natknięto się na blokadę. – Zderzyli się z kontrmarszem, nie wiem, co dokładnie się tam dzieje, ale chyba ich nie przepuszczają i zaraz będzie mordobicie. Mamy pilnować, żeby…
Nie zdążyła powiedzieć, co takiego powinni pilnować. Gdzieś z przodu rozległ się trzask, a potem iskry wyfrunęły w niebo. Raz, drugi. Może jakieś zaklęcia poleciały w tłum, stad nie miała szans za wiele zobaczyć, a może tylko ktoś spanikował, bo zwykłe dźwięki towarzyszące przemieszczaniu się dużej grupy osób, zaczęły zamieniać się w krzyki. Ten i ów stawał na palcach, chcąc zobaczyć, co się dzieje, ktoś dopytywał głośno, ktoś kogoś popchnął. Tu jeszcze nie doszło zamieszanie, ale gdy ludzie z przodu rzucą się do ucieczki…
- KTO POTRAFI, DEPORTOWAĆ SIĘ! – wrzasnęła Brenna, najwyraźniej obawiając, że sytuacja zaraz eskaluje, a zanim wszyscy uczestnicy zorientują się, co się dzieje, już zaczną tratować się nawzajem. Zsunęła z ramion płaszcz, pozwalając mu spaść, odsłaniając mundur brygadzisty. Nawet jeżeli dwie, trzy osoby jej posłuchają, to będzie dwie, trzy osoby w spanikowanym tłumie mniej. – Ktoś użył magii! Deportować się, kto może! Wycofać się! Skręcać w boczne uliczki!
Ktoś ją popchnął. Krzyki zaczęły się zbliżać. Byli na tyłach, tu jeszcze tłum nie był taki wielki, ale nie chciała myśleć, co dzieje się dalej...
Można powiedzieć, że marsz dał jej trochę do myślenia. Prywatnie. Może nawet pomyślałaby o tym, aby przyjść tu tylko po to, by ich wesprzeć.
Zawodowo z kolei sprawiał, że stała na pozycji… mniej więcej: o jasny szlag, kurwa i cholera, to wszystko pewnie zaraz wybuchnie.
Wszystko, co działo się w zeszłym roku, zwieńczone rezygnacją Leacha ze stanowiska, sprawiło, że nie była pozytywnie nastawiona wobec marszu. A raczej jego efektów. W tłumie wszak szli głównie mugolacy oraz charłacy, a ci drudzy nie mieli żadnych szans się bronić, gdyby ktoś postanowił pokazać im, gdzie ich miejsce. Zdaniem wielu rodów czystej krwi zaś bez wątpienia to miejsce było gdzieś daleko od „porządnych” czarodziejów. Najlepiej w grobie. I Brenna obawiała się, że ktoś w najgorszym razie zechce ich tam wysłać. W najlepszym – zatrzymać marsz i narobić zamieszania.
I, do licha, miała rację.
Gdy Erik przepychał się do niej, ona przepychała się do niego. Jej partner, wprawiony w używaniu fal, właśnie dostał wiadomość od innego funkcjonariusza, idącego na samym przedzie pochodu.
- Będzie bagno – powiedziała, szybko wyrzucając z siebie słowa. Jakby na potwierdzenie tego, co mówiła fala ludzi zaczęła zwalniać, jakby na początku kolumny natknięto się na blokadę. – Zderzyli się z kontrmarszem, nie wiem, co dokładnie się tam dzieje, ale chyba ich nie przepuszczają i zaraz będzie mordobicie. Mamy pilnować, żeby…
Nie zdążyła powiedzieć, co takiego powinni pilnować. Gdzieś z przodu rozległ się trzask, a potem iskry wyfrunęły w niebo. Raz, drugi. Może jakieś zaklęcia poleciały w tłum, stad nie miała szans za wiele zobaczyć, a może tylko ktoś spanikował, bo zwykłe dźwięki towarzyszące przemieszczaniu się dużej grupy osób, zaczęły zamieniać się w krzyki. Ten i ów stawał na palcach, chcąc zobaczyć, co się dzieje, ktoś dopytywał głośno, ktoś kogoś popchnął. Tu jeszcze nie doszło zamieszanie, ale gdy ludzie z przodu rzucą się do ucieczki…
- KTO POTRAFI, DEPORTOWAĆ SIĘ! – wrzasnęła Brenna, najwyraźniej obawiając, że sytuacja zaraz eskaluje, a zanim wszyscy uczestnicy zorientują się, co się dzieje, już zaczną tratować się nawzajem. Zsunęła z ramion płaszcz, pozwalając mu spaść, odsłaniając mundur brygadzisty. Nawet jeżeli dwie, trzy osoby jej posłuchają, to będzie dwie, trzy osoby w spanikowanym tłumie mniej. – Ktoś użył magii! Deportować się, kto może! Wycofać się! Skręcać w boczne uliczki!
Ktoś ją popchnął. Krzyki zaczęły się zbliżać. Byli na tyłach, tu jeszcze tłum nie był taki wielki, ale nie chciała myśleć, co dzieje się dalej...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.