24.06.2026, 08:29 ✶
Nie ośmielił się protestować przeciwko gwoździom ani soli himalajskiej, chociaż sam skupił się głównie na zapalniczkach, łatwopalnych materiałach i oddawaniu się żalowi, że bardzo trudno zdobyć miotacz ognia. Spakował też tę piłę z promocji, siekierę i maczetę, wszystkie starannie ukrywając pod niby to zwykłymi bagażami. Mogło wydawać się to głupie – z maczetą na stracha – ale Chris nauczył się, że czasem tam, gdzie nie działały kule, odpowiednio mocne i wściekłe walenie maczetą po kończynach i głowie może przynieść efekt.
– Wciąż nie ma tu wysypisk. Topiliby je? Ukrywali w jakichś lasach? I nigdy nikt niczego nie znalazł? Ostatecznie przynajmniej raz czy dwa ktoś musiał przyjechać tu szukać tych ludzi, więc rozglądano się za samochodem… – powiedział Chris. Znikający ludzie. Ciała było ukryć łatwo, a to coś mogło… coś z nimi robić. Jedno auto, owszem. Ale dwa rocznie, przez kilka lat… Nawet jeśli policja nie przejmowała się specjalnie zaginięciami i w przeciwieństwie do nich nie ustalili dokładnie, gdzie do zaginięć dochodziło, nie wierzył, że ani razu nie podjęto próby znalezienia zaginionych.
A nikt nigdy nie natknął się na żaden ślad.
W połączeniu z tymi gwoździami i zatrzymywaniem mieszkańców… Cóż. To sprawiało, że był gotów podejrzewać każdego.
Krążyli po tym polu dobrą godzinę, ale choć udało się im znaleźć miejsce, gdzie zboże było dość mocno zadeptane – prawdopodobnie tu stąd uciekła kobieta, a potem Brian, Chris i pogonił ich strach – nie zdołali podjąć tropu. Zupełnie jakby ta istota znikła w powietrzu, ale musieli brać też pod uwagę, że umiał poruszać się tak, by na „swoim” terenie nie zostawić śladów.
Odpalił papierosa, gdy Victoria zwróciła uwagę na brak owadów. Jeśli szło o niego, to owady dostrzegał, kiedy zaczynały go gryźć… raz mieli taką sprawę, udowadniającą, że lepiej nie budować osiedli mieszkaniowych na terenach masakry rdzennej ludności… a ich brak był po prostu brakiem. Ale jak tak się rozglądał, nawet on przyznawał, że to zboże było wysokie. Ginął w nim praktycznie, a jak mogła stwierdzić Victoria, nie było to żyto, lecz pszenica, ozima, z gatunku tych późno rosnących… nie powinna wyrastać aż tak.
– To sugerowałoby jakiś rytuał i ofiary. Mamy precedensy – mruknął, zadzierając głowę i spoglądając na niebo. – Właściwie to zboże nie powinno być już zebrane? – zastanowił się. Kolejny wysiew? – Chyba więcej tu nie znajdziemy.
*
Do miasteczka dojechaliście jakieś dziesięć minut później: najpierw parę pojedynczych zabudowań, w pobliżu pól, otoczonych budynkami gospodarczymi, potem gęściejsza zabudowa. Chris podświadomie spodziewał się, że od razu zobaczą, że coś z tym miejscem będzie nie tak, ale… wydawało się zupełnie normalne. Para dzieci bawiła się przy drodze, ktoś pracował w jednym z ogródków, kilka osób rozmawiało przed miejscowym sklepem. Z daleka dostrzegli też miejscowy zajazd: chyba bardziej miasteczkowy bar niż miejsce do faktycznego wynajmowania pokoi, bo turystów tu pewnie nie mieli bardzo wielu. Chris zerknął na Victorię, a potem zjechał na bok.
Ale kiedy wyszedł z samochodu i spojrzał ku budynkowi, zmarszczył brwi, bo zwróciła jego uwagę jedna rzecz: do drzwi przymocowane były gwoździe.
– Wciąż nie ma tu wysypisk. Topiliby je? Ukrywali w jakichś lasach? I nigdy nikt niczego nie znalazł? Ostatecznie przynajmniej raz czy dwa ktoś musiał przyjechać tu szukać tych ludzi, więc rozglądano się za samochodem… – powiedział Chris. Znikający ludzie. Ciała było ukryć łatwo, a to coś mogło… coś z nimi robić. Jedno auto, owszem. Ale dwa rocznie, przez kilka lat… Nawet jeśli policja nie przejmowała się specjalnie zaginięciami i w przeciwieństwie do nich nie ustalili dokładnie, gdzie do zaginięć dochodziło, nie wierzył, że ani razu nie podjęto próby znalezienia zaginionych.
A nikt nigdy nie natknął się na żaden ślad.
W połączeniu z tymi gwoździami i zatrzymywaniem mieszkańców… Cóż. To sprawiało, że był gotów podejrzewać każdego.
Krążyli po tym polu dobrą godzinę, ale choć udało się im znaleźć miejsce, gdzie zboże było dość mocno zadeptane – prawdopodobnie tu stąd uciekła kobieta, a potem Brian, Chris i pogonił ich strach – nie zdołali podjąć tropu. Zupełnie jakby ta istota znikła w powietrzu, ale musieli brać też pod uwagę, że umiał poruszać się tak, by na „swoim” terenie nie zostawić śladów.
Odpalił papierosa, gdy Victoria zwróciła uwagę na brak owadów. Jeśli szło o niego, to owady dostrzegał, kiedy zaczynały go gryźć… raz mieli taką sprawę, udowadniającą, że lepiej nie budować osiedli mieszkaniowych na terenach masakry rdzennej ludności… a ich brak był po prostu brakiem. Ale jak tak się rozglądał, nawet on przyznawał, że to zboże było wysokie. Ginął w nim praktycznie, a jak mogła stwierdzić Victoria, nie było to żyto, lecz pszenica, ozima, z gatunku tych późno rosnących… nie powinna wyrastać aż tak.
– To sugerowałoby jakiś rytuał i ofiary. Mamy precedensy – mruknął, zadzierając głowę i spoglądając na niebo. – Właściwie to zboże nie powinno być już zebrane? – zastanowił się. Kolejny wysiew? – Chyba więcej tu nie znajdziemy.
*
Do miasteczka dojechaliście jakieś dziesięć minut później: najpierw parę pojedynczych zabudowań, w pobliżu pól, otoczonych budynkami gospodarczymi, potem gęściejsza zabudowa. Chris podświadomie spodziewał się, że od razu zobaczą, że coś z tym miejscem będzie nie tak, ale… wydawało się zupełnie normalne. Para dzieci bawiła się przy drodze, ktoś pracował w jednym z ogródków, kilka osób rozmawiało przed miejscowym sklepem. Z daleka dostrzegli też miejscowy zajazd: chyba bardziej miasteczkowy bar niż miejsce do faktycznego wynajmowania pokoi, bo turystów tu pewnie nie mieli bardzo wielu. Chris zerknął na Victorię, a potem zjechał na bok.
Ale kiedy wyszedł z samochodu i spojrzał ku budynkowi, zmarszczył brwi, bo zwróciła jego uwagę jedna rzecz: do drzwi przymocowane były gwoździe.