25.06.2026, 09:45 ✶
Słowa Ikiego nie były w żaden sposób drażniące, choć lekko podjudzały, by intensywnie zacząć im zaprzeczać. Wcale nie byli jak ogień i woda, mieli tysiąc rzeczy wspólnych. I wcale, wcale nie byli aż tak bliskimi przyjaciółmi, nie takimi żeby mieszkać ze sobą przez ostatni prawie miesiąc i z zasadniczą swobodą podchodzić do faktu, czyje łóżko jest czyje. Wcale! Przez moment musiała dźwignąć głęboką obawę, że Icarus wie i mówi to cynicznie, że jego uśmieszek jest bardzo mocno sugerujący. Ale nie wie, nie mógł wiedzieć, prawda?
Gdzie to pierdolone wińsko kiedy było potrzebne?
Wypiła sok winogronowy i skrzywiła się niepomiernie, na myśl o tych wszystkich słowach które zatrzymały się na tylnej ściance jej zębów.
– Tak, ta impreza ma potrwać jeszcze jeden dzień… albo dwa. – Fajnie było to wiedzieć, może sobie kurwa wywróży? Karty zostały w namiocie, z resztą te małe kolorowe kurewki nie udzielały takich odpowiedzi. Jak to przetrwać? Jak dać sobie radę? Jak wytrzymać obecność tylu osób, których nienawidziła z raczej wzajemnością.
Gdy zwrócili uwagę na bladość Liszka, i ona przeniosła na niego wzrok. Zaróżowione zawstydzeniem (bardzo nieznaną emocją dla Moody) policzki gwałtownie zbladły, choć oczywiście nie było to możliwe do zobaczenia pod idealnym makijażem od Potterów, czyniących z jej twarzy maskę identyczną z naturalną (aby oddać historyczną sprawiedliwość biednym magikosmetyczkom, makijaż był piękny i cudownie podkreślał naturalne walory Mildredy Moody, to po prostu dziewczę nienawykłe do tego typu specyfików przeżywało bardzo posiadanie dodatkowej warstwy tam, gdzie normalnie jej nie uświadczała).
– Uh… tak pewnie będzie najlepiej tak, mamy namiot z Brenną i tym kutasiarzem waszym kuzynem i może dobrze żebyś się tam przeszedł bo ja…. ja muszę… ja muszę iść sprawdzić jak się ma welon Ger. Wziąłbyś potem moje karty? Włożyłam je do nocnej szufladki przy łóżku. Eee… – Welon dawno temu poleciał w niebo, gdy u zwieńczenia ceremonii gwałtowny wiatr porwał go w darze opiekuńczym duchom, ale Millie zapomniała o tym pochłonięta dyskomfortowi, który rósł i zaciskał serce. Tak bardzo nie lubiła gdy Prewett miał te momenty, za bardzo przypominał jej matkę i choć nie leżał złożony chorobą w łóżku to lada moment, lada dzień… Nie. Nie był przecież chory, nie jak ona. Moody uspokoiła oddech, ale nie była w stanie uspokoić drżenia rąk. Nie był chory. Przecież powiedziałby jej gdyby tak było prawda? Po prostu był przemęczony i za mało jadł. Taka była prawda o stanie psychofizycznym jej… jej kogoś. Kolegi.
Gdzie jesteś Tommy, gdy Cię potrzeba???
W ostatnich tygodniach sprawdzało się to tak wybitnie, za każdym razem gdy domino momentów Basiliusa wywoływało lawinę momentów Moody, wtedy pojawiał się Figg cały na różowo i ogarniał oboje, dając im możliwość wyjścia z twarzą z całej sytuacji. Ale teraz go nie było, a Prewett był biały jak ściana. Powinna mu pomóc. Powinna… dlaczego tu było tak duszno? Przecież to wrześniowy wieczór koło tych pierdolonych chwastów wielkości trzech, czterech metrów (zwanych potocznie lasem).
Rzuciła okiem w stronę Icarusa i Mony, która z bliska w innych okolicznościach nie wydawała się już taką rozwydrzoną pizdą. – Tak bez kitu, muszę iść do panny młodej. Ale wracam zaraz. Zaraz wracam. Dechnij sobie i tak e… jak chcecie to też możecie wyciągnąć nogi w naszym namiocie. Noc jeszcze młoda, w razie czego też są tam przekąski, chociaż ja ha! Ja jestem pełna, wywaliło mi bebech… – pierdoliła trzy po trzy, nie wiedząc jak się zachować i co zrobić z zimnym potem, który zwilżył jej dłonie. Brzuch oczywiście zdradziecko zaburczał (z braku kawy z pewnością) bo z nerwów nie jadła nic od wczoraj.
Kurwa.
– To… to na razie! – machnęła kilkukrotnie i zwinęła się idąc w dowolnym kierunku, byle dalej od problemu i rozmowy, która wciąż nie nastąpiła. Od kilku rozmów wciskanych pod dywan i udeptywanych wytrwale kojącymi zdaniami takimi jak "nic mu nie jest" oraz "ogarnij się pierdolnięta debilko".
Gdzie to pierdolone wińsko kiedy było potrzebne?
Wypiła sok winogronowy i skrzywiła się niepomiernie, na myśl o tych wszystkich słowach które zatrzymały się na tylnej ściance jej zębów.
– Tak, ta impreza ma potrwać jeszcze jeden dzień… albo dwa. – Fajnie było to wiedzieć, może sobie kurwa wywróży? Karty zostały w namiocie, z resztą te małe kolorowe kurewki nie udzielały takich odpowiedzi. Jak to przetrwać? Jak dać sobie radę? Jak wytrzymać obecność tylu osób, których nienawidziła z raczej wzajemnością.
Gdy zwrócili uwagę na bladość Liszka, i ona przeniosła na niego wzrok. Zaróżowione zawstydzeniem (bardzo nieznaną emocją dla Moody) policzki gwałtownie zbladły, choć oczywiście nie było to możliwe do zobaczenia pod idealnym makijażem od Potterów, czyniących z jej twarzy maskę identyczną z naturalną (aby oddać historyczną sprawiedliwość biednym magikosmetyczkom, makijaż był piękny i cudownie podkreślał naturalne walory Mildredy Moody, to po prostu dziewczę nienawykłe do tego typu specyfików przeżywało bardzo posiadanie dodatkowej warstwy tam, gdzie normalnie jej nie uświadczała).
– Uh… tak pewnie będzie najlepiej tak, mamy namiot z Brenną i tym kutasiarzem waszym kuzynem i może dobrze żebyś się tam przeszedł bo ja…. ja muszę… ja muszę iść sprawdzić jak się ma welon Ger. Wziąłbyś potem moje karty? Włożyłam je do nocnej szufladki przy łóżku. Eee… – Welon dawno temu poleciał w niebo, gdy u zwieńczenia ceremonii gwałtowny wiatr porwał go w darze opiekuńczym duchom, ale Millie zapomniała o tym pochłonięta dyskomfortowi, który rósł i zaciskał serce. Tak bardzo nie lubiła gdy Prewett miał te momenty, za bardzo przypominał jej matkę i choć nie leżał złożony chorobą w łóżku to lada moment, lada dzień… Nie. Nie był przecież chory, nie jak ona. Moody uspokoiła oddech, ale nie była w stanie uspokoić drżenia rąk. Nie był chory. Przecież powiedziałby jej gdyby tak było prawda? Po prostu był przemęczony i za mało jadł. Taka była prawda o stanie psychofizycznym jej… jej kogoś. Kolegi.
Gdzie jesteś Tommy, gdy Cię potrzeba???
W ostatnich tygodniach sprawdzało się to tak wybitnie, za każdym razem gdy domino momentów Basiliusa wywoływało lawinę momentów Moody, wtedy pojawiał się Figg cały na różowo i ogarniał oboje, dając im możliwość wyjścia z twarzą z całej sytuacji. Ale teraz go nie było, a Prewett był biały jak ściana. Powinna mu pomóc. Powinna… dlaczego tu było tak duszno? Przecież to wrześniowy wieczór koło tych pierdolonych chwastów wielkości trzech, czterech metrów (zwanych potocznie lasem).
Rzuciła okiem w stronę Icarusa i Mony, która z bliska w innych okolicznościach nie wydawała się już taką rozwydrzoną pizdą. – Tak bez kitu, muszę iść do panny młodej. Ale wracam zaraz. Zaraz wracam. Dechnij sobie i tak e… jak chcecie to też możecie wyciągnąć nogi w naszym namiocie. Noc jeszcze młoda, w razie czego też są tam przekąski, chociaż ja ha! Ja jestem pełna, wywaliło mi bebech… – pierdoliła trzy po trzy, nie wiedząc jak się zachować i co zrobić z zimnym potem, który zwilżył jej dłonie. Brzuch oczywiście zdradziecko zaburczał (z braku kawy z pewnością) bo z nerwów nie jadła nic od wczoraj.
Kurwa.
– To… to na razie! – machnęła kilkukrotnie i zwinęła się idąc w dowolnym kierunku, byle dalej od problemu i rozmowy, która wciąż nie nastąpiła. Od kilku rozmów wciskanych pod dywan i udeptywanych wytrwale kojącymi zdaniami takimi jak "nic mu nie jest" oraz "ogarnij się pierdolnięta debilko".