26.06.2026, 10:07 ✶
Splótł palce z palcami Victorii, obserwując odchodzącego mężczyzny. Nikt na razie nie wydawał się nimi szczególnie zainteresowany: ani nieufny, ani nadmiernie przyjazny. Zastanawiał się, czy świadczyło to o tym, że jednak nie ma żadnego spisku i w miasteczku jest jedna lub kilka osób składających ofiary, czy ludzie sądzili, że tamta dwójka zginęła i oni nie byli im potrzebni. Właściwie skoro znikały dwie osoby, to byłoby całkiem sensowne, bo po co zwracać uwagę niepotrzebnymi ofiarami?
Nie dzielił się przemyśleniami, bo mimo wszystko nie mogli być pewni kto słucha, a w tej chwili odgrywali dwójkę zagubionych turystów.
– To drzewo czy zajazd? – mruknął cicho, przenosząc spojrzenie na drzewo, bo nie zdziwiłbym się, gdyby to ono ją teraz zainteresowało. Gdy pociągnęła w tamtą stronę ruszył wraz z nią i zadarł głowę, by przyjrzeć się jego koronie.
Z daleka sądził, że to będzie dąb, tak potężny miał pień i rozłożystą koronę. Ku jego zdumieniu okazało się jednak, że to jabłoń, i co jeszcze dziwniejsze, obsypana jabłkami. Nie znał się na tyle, by wiedzieć, jaka to odmiana i czy jedna z tych późno owocujących, ale dlaczego nikt nie zerwał tych wszystkich owoców, które wyglądały na dojrzałe? Zmarszczył brwi i spojrzał w dół: żadne jabłka nie leżały na dole.
I niemal żadne liście.
Wyciągnął dłoń, by dotknąć pnia…
– Hej! Co tu robicie? – zawołała jakaś kobieta, która szła chyba w stronę sklepu, ale musiała się im przeglądać i teraz przecięła ulicę, by do nich podejść. – To nie pańskie!
– Przepraszam, zainteresowało mnie, że to drzewo tak późno owocuje – powiedział Chris ugodowo. Jabłoń. Zboża. Wszystko zadziwiająco żywotne, pomimo tego, że trwała jesień. Strach na wróble. Dobrze prosperująca wioska i ofiary… Może faktycznie wszystko było jakoś związane z tym całym urodzajem…
– To późna odmiana – burknęła. – Proszę nie dotykać…
Urwała, bo jedno z jabłek nagle spadło z gałęzi i uderzyło o ziemię. Przypatrywała się temu, jakby była Newtonem i po raz pierwszy odkryła grawitację.
– Wszystko w porządku, proszę pani? – zapytał Chris, a ona rzuciła mu wściekłe spojrzenie.
– Co zrobiliście?
– Nic, przysięgam, dopiero podeszliśmy – zapewnił, a kobieta nie odpowiedziała. Wbiła wzrok w koronę drzewa, a potem pobladła, kiedy nagły powiew wiatru strącił wreszcie z niego kilka liści. Jeden z nich upadł prosto pod jej nogi, wciąż zielony, ale z małą, brązową plamką przy brzegu.
Nie dzielił się przemyśleniami, bo mimo wszystko nie mogli być pewni kto słucha, a w tej chwili odgrywali dwójkę zagubionych turystów.
– To drzewo czy zajazd? – mruknął cicho, przenosząc spojrzenie na drzewo, bo nie zdziwiłbym się, gdyby to ono ją teraz zainteresowało. Gdy pociągnęła w tamtą stronę ruszył wraz z nią i zadarł głowę, by przyjrzeć się jego koronie.
Z daleka sądził, że to będzie dąb, tak potężny miał pień i rozłożystą koronę. Ku jego zdumieniu okazało się jednak, że to jabłoń, i co jeszcze dziwniejsze, obsypana jabłkami. Nie znał się na tyle, by wiedzieć, jaka to odmiana i czy jedna z tych późno owocujących, ale dlaczego nikt nie zerwał tych wszystkich owoców, które wyglądały na dojrzałe? Zmarszczył brwi i spojrzał w dół: żadne jabłka nie leżały na dole.
I niemal żadne liście.
Wyciągnął dłoń, by dotknąć pnia…
– Hej! Co tu robicie? – zawołała jakaś kobieta, która szła chyba w stronę sklepu, ale musiała się im przeglądać i teraz przecięła ulicę, by do nich podejść. – To nie pańskie!
– Przepraszam, zainteresowało mnie, że to drzewo tak późno owocuje – powiedział Chris ugodowo. Jabłoń. Zboża. Wszystko zadziwiająco żywotne, pomimo tego, że trwała jesień. Strach na wróble. Dobrze prosperująca wioska i ofiary… Może faktycznie wszystko było jakoś związane z tym całym urodzajem…
– To późna odmiana – burknęła. – Proszę nie dotykać…
Urwała, bo jedno z jabłek nagle spadło z gałęzi i uderzyło o ziemię. Przypatrywała się temu, jakby była Newtonem i po raz pierwszy odkryła grawitację.
– Wszystko w porządku, proszę pani? – zapytał Chris, a ona rzuciła mu wściekłe spojrzenie.
– Co zrobiliście?
– Nic, przysięgam, dopiero podeszliśmy – zapewnił, a kobieta nie odpowiedziała. Wbiła wzrok w koronę drzewa, a potem pobladła, kiedy nagły powiew wiatru strącił wreszcie z niego kilka liści. Jeden z nich upadł prosto pod jej nogi, wciąż zielony, ale z małą, brązową plamką przy brzegu.