Mętny gniew niezwykle rzadko wypełniał jej ciało, pieniąc się na wzór morskich fal rozbijających się o surowy brzeg; aby ujrzeć ją w tej swoistej fazie niebytu, gdy znajdowała się między oszalałą bestią a jednostką o jakimkolwiek człowieczeństwie, trzeba było sprowokować tę więzioną w klatce żeber istotę; tę, która wpadała łatwo w niezawoalowaną furię, tę, która zawierała się w sarnich tęczówkach niebezpiecznym błyskiem rozpraszającym mętność. Nader często przybierała fałszywe uśmiechy, maskując potwora zamieszkującego gdzieś na samym dnie poczerniałego serca. Jej wściekłość nie miała sobie równych i jedynie wówczas ten czarny welon rzęs, czerwone usta skłaniające się ku urokliwym grymasom, nie posiadały żadnej wartości autotelicznej. Istniała tylko ona – ona i jej drugie, zdecydowanie mniej filuterne oblicze.
Jego jednak kochała ponad wszystko.
Jedyna jednostka na padole łez, w której odnajdywała szczerość, oparcie i swoisty akwen dla zwiędłej róży własnego bytowania. Kochała go mocno i gorliwie i choć ich relacja nigdy nie posiadała znamion nieprawidłowej, po Londynie przechadzały się plotki, jakoby mogło ich łączyć coś gorszącego. Ona tymczasem oferowała mu siostrzaną opiekę i choć on był starszy te parę minut – to ona była rozlewała gęsty syrop uczucia między nimi.
Był jedyną osobą, której nie byłaby w stanie skrzywdzić.
Prawdopodobnie właśnie dlatego stanowiła istny ogień piekielny dla panien Louvaina; ojciec już dawno przestał się interesować ich sakramentalnymi przysięgami – żadne z nich nie było wszak dziedzicem, a William posiadał już żonę. Wszystko układało się w zwięzłą całość, a jednak nie potrafiła zaakceptować faktu, jakoby jej bliźniak miał mieć kogoś istotniejszego od niej. Nawet jeśli nigdy tak się nie miało stać.
Nadrabiała brutalnością i gwałtownością za ich dwoje; burzliwa, pełna niewiadomej energii, pozbawiona skrupułów i jakichkolwiek ludzkich odruchów – prezentowała na salonach szeroki uśmiech, tańczyła ochoczo i równie chętnie debatowała na rozmaite tematy. Nikt jej nie znał w sposób, w którym znał ją on.
– Zawsze byliśmy i będziemy lepsi – odparła miękko, opatulając się ciaśniej kożuchowym płaszczem, aby po chwili strzepnąć resztkę popiołu z papierosa do popielniczki.
– Każesz mi siedzieć na mrozie tylko dlatego, że drażni cię zapach papierosów? – zabrzmiała retoryką, a jej usta ugięły się w przyjemnym dla oka uśmiechu.
Slughorn zasłużył na więcej, aniżeli zwykłe porwanie i jedna prosta hipnoza – nie był biegłym oklumentą ani czarodziejem o surowych, twardych ryzach umysłu; zasianie w jego umyśle idei wedle własnego uznania nie było nawet najmniejszym wyzwaniem.
A ona przecież szukała wyzwań.
Wyciągnęła rękę przez rozciągłość stolika, który dzielił dwa fotele i gdy ten tylko skierował ku niej swoją, złapała go za dłoń mocno, obdarzając troskliwym spojrzeniem.