27.06.2026, 01:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2026, 16:57 przez Zenon Kozioł.)
Zenek siedział na zapleczu i przygotowywał nagrywki. Zapleczem określał taką małą kanciapę pod schodami, do której chowało się mopa, środki czyszczące i smar. No, a Zenek tam lubił walizkę między występami chować. Na scenie się bał ją zostawić. Nie ufał pijakom tak bardzo. Do kanciapy nikt się nie zapuszczał.
Siedział sobie na stołeczku, a przy biurku miał pozytywkę. Tamtego dnia wstał na tyle wcześnie, by udać się do charity shopu czy też second handu. No i taką sobie znalazł. Pozytywka wykonana była z drewna. Lśniła ładnie, jakby ją ktoś nasmarował smarem. Chociaż nie mogła wcale być taka nowa. Ani chciana, bo w takim razie co robiła w tym shopie? A ktoś oddał i tyle. Gdy otwierał pozytywkę, ze środka wysuwała się baletnica. Tańcowała wokół okrągłej sceny. W środku było też lusterko, zapewne dla jakiejś młodej damy. Gdy się tę baletnicę nakręciło, to z pozytywki wydostawał się przepiękny dźwięk.
Właśnie dlatego Zenek siedział teraz w tej kanciapie. W swojej okupacji Rejwachu zdołał już kanciapę wygłuszyć. Ściany wyłożył ponadto wytłaczankami po jajach. Szczuroszczety przepadały za jajecznicą z krewetkami, no więc często ją zamawiał u Lewisa, a potem mu podbierał te kartony po jajach. Wcale tak długo mu to nie zajęło. No ale w każdym razie, te czynności uczyniły z kanciapy idealne studio nagraniowe. Jak siedział nad pozytywką, to trzymał nad nią badyla. Różdżka Memphisów służyła mu dobrze, chociaż była jednym z tańszych modeli. A jednak zupełnie się z nim zżyła. Dobrze pełniła swoją funkcję. Magiczne cacko mu odpalała, dźwięki nagrywała. On te dźwięki potem transferował na syntezator. Ostatnio skupił się na pozytywkach. Marzył o tym, by zapisać na synthku cały dźwięk pozytywki, żeby potem mógł go odgrywać w dowolnej tonacji. I pisać własne kołysanki.
W kanciapie, oprócz pozytywek i synthka trzymał także albumy. Najnowsze pozycje, których jeszcze nie puszczał. Niektóre nadal miały na sobie folijkę, zdradzającą mugolskie pochodzenie. Czarodzieje unikali plastiku. A Woody, mimo że płacił sowicie, to budżetu na płyty mu nie wydzielał. Lokal szczycił się własną, uzbieraną latami płytoteką, którą kompletowali chyba jeszcze pierwotni właściciele. Składała się głównie z bluesa i jazzu. Im to wszystkim chyba najzupełniej w świecie wystarczało, co? Pracownikom. Zenek widział, że Asena czasem przynosi własne krążki. Lubił jej rocka. No, ale jak chciał pijaków ubogacać muzycznie, to się musiał udać do sklepu i szarpnąć z własnej kieszeni. Co mu bynajmniej nie przeszkadzało, bo potem sam dbał o te płyty. Gramofonu to on nie posiadał. Taki symbiotyzm, czy jak to tam.
Też nieprawda, że czarodzieje nie produkowali własnych płyt. Właśnie że produkowali. Prominentne artystki młodego pokolenia czekały na odpalenie, odkąd je kupił w Esach Floresach. Tylko że, kurczę, jakoś w Rejwachu nie było żeńskiej widowni. Może będzie musiał kiedyś wykonać donację muzyczną do Nory Nory.
Płyty czekały w stosiku, te nowe i te stare, Zenek zbierał nagrywki z nowego instrumentu, różdżką kręcił, a wieczór nieubłaganie się zbliżał. Popołudniowi goście mogli jeszcze przełknąć ulubioną składankę bluesa Woody’ego, zwłaszcza gdy im się podało piwo i żarło od Lewisa. Ale był piątek, ludzie się chcieli bawić! Cierpliwość Zenka wobec zawodzenia smutnych panów w kowbojskich kapeluszach właśnie dobiegała końca.
Wstał ze stołeczka i wyszedł z kanciapy. Na świeżym powietrzu wyciągnął się z rękami do tyłu. Przez kilka sekund zrobił się jeszcze dłuższy.
Kanciapa wypuszczała go bocznym torem niemal na środek sceny. Musiał przejść pomiędzy stolikami, zupełnie jakby wprost z niej schodził, żeby dostać się bardziej w głąb lokalu, do kanap i stoliczka z gramofonem. Sprawiało to, że kanciapa zapewniała mu wyjście jak jakiejś wielkiej gwiazdy. Którą zresztą może był. W każdym razie w Rejwachu nie było większej, no chyba że Morpheus ich odwiedzał. A było to rzadko, ale Zenek nie śmiał konkurować z Morpheusem.
No więc kroczył i wymijał tych pijaków, by dostać się do Septimy. A widział ją już z daleka. Nie, żeby brązowy płaszcz (oliwki były do jedzenia) ją jakoś szczególnie wyróżniał. W Rejwachu wszystko było brązowe. Ale ten płaszcz leżał obok, a Septima miała na sobie jeszcze sukienkę. Sukienki w Rejwachu to nosiła chyba tylko jeszcze Salomea, ale nikt na nią nie patrzył. Na młodą kobietę już tak, idąc tym wnioskiem. Już on ich znał i te potworne wizje, co im się w snach często pojawiały. Niestety, takie marzenia, co ci pijacy mieli, to nie w Rejwachu. Nie ten dom uciech.
Septimie za to zaczynał rysować się znajomy człek, który się zbliżał do jej stolika. Im dłuższe kroki stawiał Zenek, tym mu się mogła lepiej przyjrzeć. Fit Zenka prezentował się następująco.
Mężczyzna miał na sobie różową koszulę w esy-floresy. Kółeczka i kwiatki na koszuli obrysowane były brązowymi obwódkami. Bardzo modne… ileś lat temu. Wraz z kupnem pozytywki, Zenek nie omieszkał przejrzeć sterty przekazanych ubrań. Z tej sterty wyciągnął tę oto koszulę. Materiał był śliski i bardzo mu pasował. Przy kołnierzu ktoś się kiedyś opluł kawą, ale mu to nie przeszkadzało. Na koszulę założył kamizelkę z brązowej skóry z frędzlami. Następny dzisiejszy nabytek. Jakoś mu pasowała do tego bluesa. I finalnie dzwony. Te to już posiadał od ‘69 co najmniej, a nadal się dobrze trzymały i opinały co trzeba. Z tyłu przy pasie wystawała naszywka Levis.
Dodatkową ozdobę Zenka stanowił lekki cień wąsa, którego od kilku dni nie zdążył zgolić.
Już był stał przed Septimą, a tu mu kot przebiegł pod kapciami i Zenek się niemal wywalił. Zatrzymał się gwałtownie, omal nie opadając na kanapę. Na szczęście wykonał fizyczny manewr, w wyniku którego pochylił się znacznie do przodu, po czym gładko wyprostował. Było blisko, Zenku.
— Uff. Było blisko. — skierował swą uwagę ku Septimie. Założył ręce na biodra, jakby to on był gospodarzem i doglądał dobrostanu gości. Bo był. Przyjrzał się Septimie nad wyraz badawczo, wysilając przy tym mięśnie czoła. — Dobry stolik wzięłaś. Lubisz jazz?
Septima była z gatunku tych pięknych i wykształconych kobiet, które w Rejwachu zaszywały się chyba tylko przypadkiem. Obkuta locha, tak się na to mówiło. Zenek od minuty poznania odczuwał jakiś respekt do badaczki. W końcu Ollivander. Oni to mieli różdżki, na które Zenka kiedyś nawet nie było stać. Ale ta, co miał, też była git.
Siedział sobie na stołeczku, a przy biurku miał pozytywkę. Tamtego dnia wstał na tyle wcześnie, by udać się do charity shopu czy też second handu. No i taką sobie znalazł. Pozytywka wykonana była z drewna. Lśniła ładnie, jakby ją ktoś nasmarował smarem. Chociaż nie mogła wcale być taka nowa. Ani chciana, bo w takim razie co robiła w tym shopie? A ktoś oddał i tyle. Gdy otwierał pozytywkę, ze środka wysuwała się baletnica. Tańcowała wokół okrągłej sceny. W środku było też lusterko, zapewne dla jakiejś młodej damy. Gdy się tę baletnicę nakręciło, to z pozytywki wydostawał się przepiękny dźwięk.
Właśnie dlatego Zenek siedział teraz w tej kanciapie. W swojej okupacji Rejwachu zdołał już kanciapę wygłuszyć. Ściany wyłożył ponadto wytłaczankami po jajach. Szczuroszczety przepadały za jajecznicą z krewetkami, no więc często ją zamawiał u Lewisa, a potem mu podbierał te kartony po jajach. Wcale tak długo mu to nie zajęło. No ale w każdym razie, te czynności uczyniły z kanciapy idealne studio nagraniowe. Jak siedział nad pozytywką, to trzymał nad nią badyla. Różdżka Memphisów służyła mu dobrze, chociaż była jednym z tańszych modeli. A jednak zupełnie się z nim zżyła. Dobrze pełniła swoją funkcję. Magiczne cacko mu odpalała, dźwięki nagrywała. On te dźwięki potem transferował na syntezator. Ostatnio skupił się na pozytywkach. Marzył o tym, by zapisać na synthku cały dźwięk pozytywki, żeby potem mógł go odgrywać w dowolnej tonacji. I pisać własne kołysanki.
W kanciapie, oprócz pozytywek i synthka trzymał także albumy. Najnowsze pozycje, których jeszcze nie puszczał. Niektóre nadal miały na sobie folijkę, zdradzającą mugolskie pochodzenie. Czarodzieje unikali plastiku. A Woody, mimo że płacił sowicie, to budżetu na płyty mu nie wydzielał. Lokal szczycił się własną, uzbieraną latami płytoteką, którą kompletowali chyba jeszcze pierwotni właściciele. Składała się głównie z bluesa i jazzu. Im to wszystkim chyba najzupełniej w świecie wystarczało, co? Pracownikom. Zenek widział, że Asena czasem przynosi własne krążki. Lubił jej rocka. No, ale jak chciał pijaków ubogacać muzycznie, to się musiał udać do sklepu i szarpnąć z własnej kieszeni. Co mu bynajmniej nie przeszkadzało, bo potem sam dbał o te płyty. Gramofonu to on nie posiadał. Taki symbiotyzm, czy jak to tam.
Też nieprawda, że czarodzieje nie produkowali własnych płyt. Właśnie że produkowali. Prominentne artystki młodego pokolenia czekały na odpalenie, odkąd je kupił w Esach Floresach. Tylko że, kurczę, jakoś w Rejwachu nie było żeńskiej widowni. Może będzie musiał kiedyś wykonać donację muzyczną do Nory Nory.
Płyty czekały w stosiku, te nowe i te stare, Zenek zbierał nagrywki z nowego instrumentu, różdżką kręcił, a wieczór nieubłaganie się zbliżał. Popołudniowi goście mogli jeszcze przełknąć ulubioną składankę bluesa Woody’ego, zwłaszcza gdy im się podało piwo i żarło od Lewisa. Ale był piątek, ludzie się chcieli bawić! Cierpliwość Zenka wobec zawodzenia smutnych panów w kowbojskich kapeluszach właśnie dobiegała końca.
Wstał ze stołeczka i wyszedł z kanciapy. Na świeżym powietrzu wyciągnął się z rękami do tyłu. Przez kilka sekund zrobił się jeszcze dłuższy.
Kanciapa wypuszczała go bocznym torem niemal na środek sceny. Musiał przejść pomiędzy stolikami, zupełnie jakby wprost z niej schodził, żeby dostać się bardziej w głąb lokalu, do kanap i stoliczka z gramofonem. Sprawiało to, że kanciapa zapewniała mu wyjście jak jakiejś wielkiej gwiazdy. Którą zresztą może był. W każdym razie w Rejwachu nie było większej, no chyba że Morpheus ich odwiedzał. A było to rzadko, ale Zenek nie śmiał konkurować z Morpheusem.
No więc kroczył i wymijał tych pijaków, by dostać się do Septimy. A widział ją już z daleka. Nie, żeby brązowy płaszcz (oliwki były do jedzenia) ją jakoś szczególnie wyróżniał. W Rejwachu wszystko było brązowe. Ale ten płaszcz leżał obok, a Septima miała na sobie jeszcze sukienkę. Sukienki w Rejwachu to nosiła chyba tylko jeszcze Salomea, ale nikt na nią nie patrzył. Na młodą kobietę już tak, idąc tym wnioskiem. Już on ich znał i te potworne wizje, co im się w snach często pojawiały. Niestety, takie marzenia, co ci pijacy mieli, to nie w Rejwachu. Nie ten dom uciech.
Septimie za to zaczynał rysować się znajomy człek, który się zbliżał do jej stolika. Im dłuższe kroki stawiał Zenek, tym mu się mogła lepiej przyjrzeć. Fit Zenka prezentował się następująco.
Mężczyzna miał na sobie różową koszulę w esy-floresy. Kółeczka i kwiatki na koszuli obrysowane były brązowymi obwódkami. Bardzo modne… ileś lat temu. Wraz z kupnem pozytywki, Zenek nie omieszkał przejrzeć sterty przekazanych ubrań. Z tej sterty wyciągnął tę oto koszulę. Materiał był śliski i bardzo mu pasował. Przy kołnierzu ktoś się kiedyś opluł kawą, ale mu to nie przeszkadzało. Na koszulę założył kamizelkę z brązowej skóry z frędzlami. Następny dzisiejszy nabytek. Jakoś mu pasowała do tego bluesa. I finalnie dzwony. Te to już posiadał od ‘69 co najmniej, a nadal się dobrze trzymały i opinały co trzeba. Z tyłu przy pasie wystawała naszywka Levis.
Dodatkową ozdobę Zenka stanowił lekki cień wąsa, którego od kilku dni nie zdążył zgolić.
Już był stał przed Septimą, a tu mu kot przebiegł pod kapciami i Zenek się niemal wywalił. Zatrzymał się gwałtownie, omal nie opadając na kanapę. Na szczęście wykonał fizyczny manewr, w wyniku którego pochylił się znacznie do przodu, po czym gładko wyprostował. Było blisko, Zenku.
— Uff. Było blisko. — skierował swą uwagę ku Septimie. Założył ręce na biodra, jakby to on był gospodarzem i doglądał dobrostanu gości. Bo był. Przyjrzał się Septimie nad wyraz badawczo, wysilając przy tym mięśnie czoła. — Dobry stolik wzięłaś. Lubisz jazz?
Septima była z gatunku tych pięknych i wykształconych kobiet, które w Rejwachu zaszywały się chyba tylko przypadkiem. Obkuta locha, tak się na to mówiło. Zenek od minuty poznania odczuwał jakiś respekt do badaczki. W końcu Ollivander. Oni to mieli różdżki, na które Zenka kiedyś nawet nie było stać. Ale ta, co miał, też była git.
Sen jest bratem śmierci.