27.06.2026, 20:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.06.2026, 21:11 przez Bard Beedle.)
Miał córkę, piękną jak wspomnienie wiosny. Czemu więc miałby odmówić sobie i syna? Baldwin był podobny do niego. Był dzieckiem lata, ze śmiechem podobnym do tętna kopyt lipcowych bogów. Wyjętych z legend nieumarłych młodzianów, tańczących zapamiętale pośród korowodów dzikich wil. Przybywali wierzchem, pędząc przez pola i łąki, równie dzicy, dzicy i przepyszni. Dzikimi były konie, których dosiadali, dzikim był miód, który pili. A Armand pił kiedyś wraz z nimi. Zapominał wtedy, czym jest sen, czym jest zmęczenie. Całymi dniami nie dotykał jadła. Mógł żyć samą tylko poezją, szaleńczymi wersetami, wyrywającymi się improwizacją z jego ust, z jego serca. Był wtedy niezwyciężonym. Był wtedy szalonym. Jak opisać smak szaleństwa na języku? Jak gdybyś połknął słońce, które wypala cię od środka. Pijany był więc słońcem, którego promienie nie dochodziły do podziemi. Przynajmniej nie mogły rywalizować z blaskiem bijącym od jego włosów. Armand zbyt rzadko widywał ostatnio słońce. Słyszał je jednak w śmiechu swych dzieci. Córka jego przestała się w pewnym momencie śmiać, ale został mu wciąż śmiech syna. Szaleństwo pleniło się w Baldwinie jak chwast na ugorze, połaci ziemi leżącej odłogiem, odkąd Marcus pozostawił chłopca samemu sobie. Czy nie pamiętał, że w książce, którą podarował bratu, bóg przyrównywał się do siewcy? Marcus porzucił chłopca, ale Armand zasiał w jego umyśle własne ziarno.
Wyrosłe z niego zboże szybko dojrzało na boskich polach.
Bóg, zamiast przypowieści, wolał jednak pisać wiersze. Łany złotej pszenicy obok srebrnego żyta, napisał, po czym odłożył pióro, chcąc nacieszyć się słowami, które spłynęły w natchnieniu. "Łany w kolorze Malfoyowych głów", wymruczała wtedy Lorraine, wsparta o jego ramię. Armand poczuł się zadowolonym z jej odczytania. Wiedział, że wyobraża sobie, jak ziemia barwi się krwią w porę żniwa. Taką była bowiem jego córka. Nigdy nie umiała uciec od krwi swego ojca, która śpiewała w jej żyłach. "Najpierw zeżnąć żyto, czy pszenicę", śmiał się więc, delikatnie nawijając kosmyk jej włosów na palec. Ale ona uciekała od niego, od krwi, od spływających krwią rąk ojca. Jego córka i jej zamiłowanie do przyszywania głów trupom… Przywracania im godności. Jak gdyby na jakąś godność te trupy zasługiwały. Wszyscy w tej rodzinie byli dla Armanda trupami. Lorraine grzebała ich prochy, choć powinna zrobić z nich atrament.
Powtórzył potem to samo pytanie synowi. "Najpierw zeżnąć żyto, czy pszenicę?" Nasączone atramentem pióro zawisło nad pergaminem jak ostrze sierpa. Jak wyrwane z kontekstu pytanie zawisło nad stołem, przy którym trwała libacja. Ale Baldwin po prostu się roześmiał. A śmiejąc się, spytał, z którego z nich pędzi się wódkę zbożową. Takim był bowiem jego syn. Armand milczał dłuższą chwilę. Napięcie wokół stołu opadło dopiero, gdy zaczął się śmiać: jego śmiech szybko podchwycili wszyscy dookoła, choć wcześniej nie ważyli się przerwać milczenia. Kazał im wznosić toasty w imię siedzącego tuż obok syna. Sam także wzniósł kielich. A potem wplótł rękę w jego włosy, przyciągnął do siebie, brutalnie niemal. Wszystko po to, aby wreszcie objąć go ramieniem.
A Baldwin mu na to wszystko pozwolił.
"Nie narodziłeś się może z krwi poetów", czule wyszeptał mu na ucho Armand, "ale jesteś moim".
Baldwin nie musiał być nic wart. To nie miało znaczenia. To nigdy nie miało znaczenia. Nie dla Armanda Malfoya. Nie dla Orfeusza. Orfeusz był wolnym, ponieważ wyrzekł się świata, w którym wszystko musiało mieć przypisaną wartość. Wybór poety, tak o tym mówił. Wielu wierzyło, że wystarczyło sypnąć mu galeonami pod stopy, aby mieć go na własność. Wierzyli, że sprzedałby każdego, jeżeli tylko taki naszedłby go kaprys. Próżna zachcianka próżnego człowieka, który życie spędzał na próżnowaniu. Łatwiej było nazwać go hedonistą, bo odnajdywał piękno w podłości swego położenia. Nie interesowały go jednak przyziemne przyjemności, nie w sposób, w jaki myśleli o tym inni.
Orfeusz był najbardziej rozpasanym z ascetów. Znał zarówno dostatek jak i biedę, posmakował wielkości, a potem splunął nią, aby przepłukać usta deszczówką z brudnej rynny.
Dawno już zdusił w sobie instynkt uczynienia swojego życia bardziej komfortowym. Nie dlatego, że nie rozumiał potrzeby posiadania domu, do którego można byłoby wracać. Rozumiał aż nazbyt dobrze. Wielu mężczyzn traktowało tę potrzebę ze wzgardą, uznając to za kobiecy sentyment… Armand Malfoy tak nie uważał. Potężna była to potrzeba, posiadania nie tyle domu, co domowej familiaryjności. Przeciwstawiał się jej całym sobą, dlatego nikt nie miał nad nim kontroli. Nie miał niczego wartościowego, więc nikt nie mógł mu niczego zabrać, niczego narzucić. Nikt nie zmusiłby go do podporządkowania. A cywilizacja potrzebowała porządku, podporządkowania określonym wartościom: Armand Malfoy mianował się tej cywilizacji wrogiem, uosabiał bowiem popęd do chaosu, którego człowiek cywilizowany nie potrafiłby zaakceptować. Udowadniał to sobie niszcząc piękne misy wysadzane szmaragdami. Udowadniał to sobie, gdy palił najtańszy tytoń, nosił zapuszczone ubrania. Pisał na skrawkach papieru, nie na drogich pergaminach, a pisząc, zasiadał przy kulawym stole, który chwiał się przy każdym ruchu. Najbardziej chyba tęsknił za książkami, a jednak nie zawahałby się ani chwili przed ogołoceniem z reszty kartek tych, które posiadał, gdyby zabrakło mu bibułek do skręcania papierosów.
Wszystko było tak kurewsko kruche.
Otaczali go ludzie bezdomni, nieważne, czy pozbawieni zostali domów, czy sami się ich wyrzekli. Znał wielu utracjuszy takich jak on, znał też ludzi, którzy nigdy dostatku nie zaznali. Znał tych, którzy schodzili pod ziemię dla zysku, jak i tych, którzy zwyczajnie nie mieli innego miejsca, żeby szczeznąć. Artyści, romantyzujący wieczną wędrówkę, wolne duchy. Znudzeni chłopcy o nadpsutej moralności, spragnione wolności kobiety. Antysystemowcy, anarchiści, radykalni marksiści przeciwstawiający się idei własności prywatnej, maoiści, komuniści… Głośni, przekonani o własnej racji, gniewni, wyzywający go od burżujskich świń. Śmiał się wtedy, kpiąco pytając, gdzie niby jest ta ich rewolucja. "Nie widać jej z balkonów Malfoy Manor", drażnił się z nimi. Odkąd wybuchła wojna nie pozwalał sobie jednak na podobne żarty. Ostatniego, który zażartował z jego pochodzenia, przycisnął brutalnie do ziemi.
"No dalej, przynieś mi jego głowę", warknął, pociągnąwszy obdartusa za kołnierz, "przynieś mi głowę pana na Malfoy Manor, a napiszę ci pieśń rewolucyjną, po której cały świat spłynie krwią".
Nigdy nie przynieśli mu głowy Fortinbrasa. Nie żeby Armandowi jakoś szczególnie na tym zależało. Nigdy nie potrzebował ideologicznej wymówki, żeby siać chaos, trzeba było jednak od czasu do czasu przypomnieć o tym maluczkim. Był zbyt potężnym, żeby go dosięgli, zbyt odległym… Nie mógł nawet umrzeć, bo był już umarłym.
Wciąż miał jednak dzieci.
A dzieci były tak kurewsko kruche.
Orfeusz nie przestał uśmiechać się nawet wtedy, gdy syn zniżył głos do szeptu, żeby zdradzić mu swe myśli.
— Nie dbasz o boskie fanaberie — powtórzył po nim spokojnie, bo tego przecież pragnął Baldwin. Potwierdzenia rzeczywistości z ust ojca, jak gdyby dopiero jego uznanie czyniło ją rzeczywistą. Nie było ważne, czy kłamał, czy mówił prawdę. Nie miało to żadnego znaczenia w momencie, gdy Armand powtarzał jego własne słowa głosem pozbawionym zawahania: dokładnie tym samym tonem, którym powtarzał kiedyś po Lorraine: "nie chciałaś tego".
Był Baldwinowi w tej chwili ojcem, owszem. Był mu też bogiem.
Bóg nawet wtedy, gdy milczał, pozostawał obecnym. Baldwinowi nie odpowiedziało głuche echo, wybrzmiewające w pustce podziemnych korytarzy. Armand był obok.
Bóg darował swe tchnienie wszystkiemu, co żywe, ale tylko do człowieka mówił, gdy wydobywał jego kształt z gliny. Język był więc wspomnieniem aktu stworzenia. Był nim głos. Rodzili się z nim, niedoskonałym, niewykształconym, jak gdyby to, co było prawdziwie boskim, nie mogło się zmieścić w ustach bez odpowiedniego przygotowania. Uczyli się zatem mówić na wzór i podobieństwo Boga. Nie było nic bardziej przerażającego aniżeli zobaczyć w sobie to podobieństwo. Nieprzypadkowo Armand powtórzył słowa wypowiedziane przez Baldwina. Być może chłopiec mówił prawdziwie, widział bowiem żar w jego spojrzeniu. Być może wierzył, że to właśnie jest prawda. W ustach ojca wszystko to wybrzmiało jednak jak kłamstwo, które Baldwin opowiadał po to tylko, aby zachować szczątki kontroli nad swym życiem. Armand obnażył go dokładnie takim, jakim był pod tym kłamstwem. Nie zabrał mu go, nie to było przecież jego celem. Zmusił jednak Baldwina, żeby poczuł wagę wypowiadanych słów, tych samych, które kładły się ciężarem na jego sercu. Tych, które były lekkie jak piórko, gdy spływały z ust Armanda. Wystarczyło, że obrócił słowa syna na języku, posmakował… A potem zwrócił, pozostawiając na nich ledwie widoczny ślad swych zębisk, w geście równie intymnym, co przerażającym.
Oto był przedsmak tego, czym jego syn mógł się stać.
Armand wyszykował mu miejsce w boskim panteonie nie dlatego, że Baldwin był go godnym. Zrobił to dlatego, bo jawił się wystarczająco odważnym, aby po to miejsce sięgnąć. Nie teraz, pomyślał czule, patrząc, jak syn przykłada do czoła różdżkę, aby oddać mu wspomnienie, jeszcze nie teraz… Ale może kiedyś. Armand był okrutnym ojcem, bo nigdy nie dawał swym dzieciom łatwych odpowiedzi. Armand był łaskawym bogiem, bo darował im wolną wolę, ażeby odpowiedzi poszukiwały. Przerażającym było to pocieszenie, a jednak pozostawało pocieszeniem.
Nie zareagował, gdy zgasł płomień tańczący we wnętrzu wysadzanej szmaragdami misy. Nawet jeden mięsień w twarzy poety nie drgnął na ten widok. Przyglądał się po prostu smugom dymu, podobnym w swej ulotności kobiecie, którą próbowały ucieleśnić. Znał obsesję Baldwina. Bliźnięta, wzrastające w jednym łonie… Niewątpliwie było w tym coś poetyckiego. W całowaniu własnego odbicia w tafli zwierciadła, choć w jego przypadku było to nieco bardziej skomplikowanym. Nawet gdyby chłopiec potrafił mu to wyjaśnić, Armand wątpił, czy zdołałby docenić powab, który tamten widział w wątłych smugach dymu. Nie było bowiem dymu bez ognia, a Armand pragnął, aby Baldwin płonął, nie zaś dogasał jak skiepowany papieros. Ogień należało sycić podpałką: gdy karmiło się go wyłącznie sobą, nie można było ogrzać się przy płomieniu, nie parząc przy tym dłoni.
A może jego założenie było niewłaściwym, pomyślał Orfeusz, ślizgając się spojrzeniem po zwiewnym ciele istoty uformowanej z dymu, może to nie obawa przed krzywdą siostry wstrzymywała Baldwina przed wysyceniem ognia jej wspomnieniem. Syn jego zawsze wolał poświęcać samego siebie niż innych, nieważne, czy chodziło o serca, czy o wspomnienia, ale może nie miękkość afektu chłopca, próbującego chronić siostrę, była tutaj problemem. Było nim coś dalece bardziej prozaicznego.
Nie każdy nadawał się na podpałkę.
Może gdyby Baldwin zerżnął dziewczynę na lepkiej podłodze Eurydyki, może wtedy wystarczyłoby mu na wzniecenie płomienia.
A może byłoby na odwrót. Może wtedy nie byłby już zdolny wykrzesać z niej choćby iskry.
Gdy ogień wygasł, Armand zanurzył rękę we wnętrzu pokrytej sadzą misy, na powrót przyciągając ją bliżej siebie. Rozgarnął wypełniające ją popioły, przesiał je między palcami, aby odseparować sypki popiół od śmiecia. To, co miało się spalić, już się spaliło. Na stół rzucił więc resztki skiepowanych papierosów, odłamki złuszczonej emalii, które odstały od naczynia. Oto był rytuał dobrze znany wszystkim, nawet Sabrinie, która podeszła z flaszką na polecenie Baldwina: poeta potrzebował rozrobić więcej atramentu, żeby tworzyć dalej.
"Widziałem się dzisiaj z matką."
Armand splunął w popiół.
Którą, mógłby spytać kpiąco. Nie wiem, o której z kurew Marcusa mówisz. O tej, do której zwracasz się z wielkiej, czy z małej litery? Po tonie syna wnosił, że o tej drugiej, inaczej nie zacząłby wątpić w pierwszą.
Pamiętał jej imię. Visenya.
Armand przyjrzał się jej dobrze, gdy wychodziła za mąż za jego brata. Wątpił, aby ktokolwiek spojrzał na nią z podobną uważnością, co on. Całe życie była przecież druga. Druga siostra, która zgodnie z obyczajem poczekać musiała, aż pierwsza doczeka się zamążpójścia. Druga żona Marcusa, którą wziął do swojego łoża, zanim jeszcze pościel wystygła po tej pierwszej.
Druga nawet w oczach pierworodnego syna, który bardziej niż matkę kochał boginię, będącą jej uosobieniem.
A jednak była tak dumna, że niemal dało się zapomnieć, jak bardzo była zdesperowana.
"Dobrze wybrałeś", Armand zapewnił znudzonym szeptem Marcusa, nachylając się dla niepoznaki w jego stronę, gdy wspólnie czekali u ołtarza. Marcus miał jeszcze wtedy dwie nogi, ale jedna była słabsza przez chorobę: Armand stanął tak, żeby brat mógł się na niego o chwilę wesprzeć, odciążywszy kończynę. "Wiadomo przynajmniej, że nie zostawi cię, gdy już utną ci przyrodzenie", wyszeptał Marcusowi na ucho.
A jednak cieszył się za jego przyczyną, jak na dobrego brata przystało. Oto była bowiem kobieta, która nie zakłóci marcusowego planu zbawienia. Otworzy nogi, nazywając to małżeńskim obowiązkiem, wypluje z siebie potomstwo, a potem grzecznie zmówi paciorek. Wierzył, że właśnie dlatego Marcus ją poślubił. Powtarzała po nim modlitwy bez żadnego zająknięcia, w tej samej, ostrożnie kontrolowanej intonacji wypowiedziała nawet słowa przysięgi małżeńskiej. Marcus i jego zdewociała wywłoka zawsze mówili jednym głosem.
Tylko tyle wystarczyło Armandowi, aby obdarzył ją swoją pogardą. Ludzie, którzy mieli największą kontrolę nad swymi impulsami, zazwyczaj kryli w sobie najgorsze instykty, ale Visenya nie kryła w sobie absolutnie niczego. Samokontrola nie stanowiła dla niej żadnego wyrzeczenia. Nie była nawet fanatyczką, fanatyzm wymagał bowiem pewnej dozy namiętności. Nie zdołała go oszukać wysoko zadartym podbródkiem, który zdradzać miał władczość: Visenya nie miała władzy nawet nad samą sobą. Nie oszukała go ostrym rysem swych pięknych kości policzkowych. W obecności Marcusa miękła, ulegle spuszczając wzrok. Wyzywające miała tylko perfumy. Pikantna woń pieprzu, pod którą kryło się obmierzłe mięso.
Armanda mdliło na samą myśl.
— Prosiak wydobyty z łona natartej pieprzem lochy nie potrzebuje więcej przypraw.
Ledwo zauważalnym było drgnięcie policzka, gdy Armand rozchylił lekko usta w obrzydzeniu. Nagłe błyśnięcie bieli obnażonych pogardliwie zębów upodobniło go do zdziczałego zwierza. Wciąż jednak ludzkimi były jego rysy. Krótszym niż spazm był grymas, który tak nagle wykrzywił twarz poety… Choć już po chwili widać było na niej tylko obojętność.
— Po coś do niej poszedł. Psuć dobre mięso. — Armand powiódł zimnym spojrzeniem po twarzy syna. — Ochłapy, Baldwinie — warknął nagle, cicho, niemal przez zęby, jak gdyby zdejmowało go to wszystko obrzydzeniem. — Oto, co z ciebie dostaję. Powiedz, czy karmię cię ochłapami, synu? Teraz ja wykrawać muszę to, co nadgniło. Co chcesz zważyć na wadze? Schab? Podgardle? Słoninę? Zgniłe. Wszystko jest zgniłe. — Całą swoją uwagę skupił na wnętrzu misy, w której jak gdyby od niechcenia zamieszał różdżką. Atrament potrzebował spoiwa. Zwykle stało zbrylone w niewielkim słoju na krawędzi stołu, po podgrzaniu zmieniało jednak stan skupienia. Mętny, lekko brązowawy płyn przypominał bardzo tłusty rosół: powoli łączył się z sadzą i popiołem, podczas gdy Armand powoli dodawał do misy wody. Pomieszczenie wypełnił na chwilę charakterystyczny zapach kleju z wygotowanych kości zwierząt. W Eurydyce zapachniało truchłem. Poezja Orfeusza zawsze rodziła się z rozkładu.
— A może przyszedłeś po prostu, żeby nazwać mnie rzeźnikiem? — wyszeptał.
Znów był spokojnym, choć coś niebezpiecznego czaiło się w jego głosie: niepodobnym było zrozumieć, co czuł, twarz jego była pozostała bowiem nieprzeniknioną.
— Choć jeśli rzeźnik może być poetą… — dodał, przechylając lekko głowę, jak gdyby w zamyśleniu. Wolną ręką sięgnął za pazuchę. Jasne ostrze noża błysnęło w ciemnościach. — …Dlaczegoby poeta nie mógłby być rzeźnikiem?
Oto był nóż introligatorski, którego zwykł używać do temperowania piór. Przesunął go po stole w stronę syna. Ostrze było zręczne, choć niewielkich rozmiarów: w sam raz, żeby zmieściło się w jego dłoni.
Wysłużone pióra leżały tuż obok.
Lubił, gdy przygotowywało się je ręcznie.
Armand miał swoje przyzwyczajenia, jeżeli chodziło o sam akt przelewania słów na papier. Nie lubił, gdy inni dotykali jego przyborów, samemu więc zwykł przygotować swoje stanowisko pracy: nawet wtedy, gdy był wielkim panem otoczonym przez służbę, nie pozwalał nikomu sprzątać swego gabinetu. A jednak jego intencja była jasną: oczekiwał, że Baldwin zatemperuje mu pióra, gdy sam będzie kończył przygotowywanie atramentu.
Nie pozwolił synowi odejść. Nie odprawił go. Dziecko poznać musiało reprymendę ojca. Nawet jeżeli kara, jaką mu przeznaczył, bardziej była wyróżnieniem, niż karą. Bo i po cóż miałby go karać? Baldwin ukarał się sam. Sprzeniewierzywszy się temu, w co wierzył, temu, czego uczył go ojciec. Wrócił do niego z sercem ciężkim od żalu. Wrócił i wyznawał winy, jak gdyby była to spowiedź.
— Po co do niej poszedłeś — powtórzył cicho Armand, a łagodność przebrzmiała w jego głosie, gdy na powrót zwrócił spojrzenie w stronę Baldwina.
Gniew ojca przybierał różne oblicza. Teraz jednak nie było w nim gniewu. Było rozczarowanie.
Być może nie zareagowałby tak, gdyby Baldwin nie poruszył czułej nuty w jego sercu. Ale to było przecież tak, jak gdyby słyszał Lorraine. "Widziałem się dzisiaj z matką", mówił Baldwin. "Widziałam się dzisiaj z matką", oznajmiała dokładnie takim samym tonem Lorraine, co oznaczało, że odwiedziła grób Mirandy na cmentarzu. Mógłby jej tego zabronić, ale zawsze szczycił się tym, że nie potrzebuje wymuszać posłuszeństwa siłą. Jego dziewczynka zanadto zwykła roztkliwiać się nad śmiercią, a to nie śmierci należało oddawać cześć. Nie śmierci składać pokłony, lecz temu, który śmierć oszukał! Na nią również się gniewał, że próbowała psuć Baldwina. Psuła go tymi swoimi żałosnymi przywiązaniami. Ale to była poniekąd jego wina. Zbyt długo Armand pozwalał jej uciekać w objęcia umarłych, szukać pocieszenia pośród grobów.
Nie zamierzał powtórzyć swych błędów wychowawczych.
Własne imię wyrył w tym samym kamieniu nagrobnym, w który jego córka wtulała się tak rozpaczliwie. Zrobił to, żeby pośród swych lamentów nie zapomniała, komu tak naprawdę zawdzięcza swe istnienie: życie jej nie należało do matki, lecz do ojca.
Czy powinien wyryć swoje imię na sercu syna, zastanawiał się Orfeusz, przesuwając leniwym spojrzeniem po twarzy Baldwina. A może dokonać skaryfikacji na białym łonie dziewczęcia, za którym chłopięce serce tak bardzo tęskniło?
Szafa grająca zacięła się na tej samej piosence.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Wyrosłe z niego zboże szybko dojrzało na boskich polach.
Bóg, zamiast przypowieści, wolał jednak pisać wiersze. Łany złotej pszenicy obok srebrnego żyta, napisał, po czym odłożył pióro, chcąc nacieszyć się słowami, które spłynęły w natchnieniu. "Łany w kolorze Malfoyowych głów", wymruczała wtedy Lorraine, wsparta o jego ramię. Armand poczuł się zadowolonym z jej odczytania. Wiedział, że wyobraża sobie, jak ziemia barwi się krwią w porę żniwa. Taką była bowiem jego córka. Nigdy nie umiała uciec od krwi swego ojca, która śpiewała w jej żyłach. "Najpierw zeżnąć żyto, czy pszenicę", śmiał się więc, delikatnie nawijając kosmyk jej włosów na palec. Ale ona uciekała od niego, od krwi, od spływających krwią rąk ojca. Jego córka i jej zamiłowanie do przyszywania głów trupom… Przywracania im godności. Jak gdyby na jakąś godność te trupy zasługiwały. Wszyscy w tej rodzinie byli dla Armanda trupami. Lorraine grzebała ich prochy, choć powinna zrobić z nich atrament.
Powtórzył potem to samo pytanie synowi. "Najpierw zeżnąć żyto, czy pszenicę?" Nasączone atramentem pióro zawisło nad pergaminem jak ostrze sierpa. Jak wyrwane z kontekstu pytanie zawisło nad stołem, przy którym trwała libacja. Ale Baldwin po prostu się roześmiał. A śmiejąc się, spytał, z którego z nich pędzi się wódkę zbożową. Takim był bowiem jego syn. Armand milczał dłuższą chwilę. Napięcie wokół stołu opadło dopiero, gdy zaczął się śmiać: jego śmiech szybko podchwycili wszyscy dookoła, choć wcześniej nie ważyli się przerwać milczenia. Kazał im wznosić toasty w imię siedzącego tuż obok syna. Sam także wzniósł kielich. A potem wplótł rękę w jego włosy, przyciągnął do siebie, brutalnie niemal. Wszystko po to, aby wreszcie objąć go ramieniem.
A Baldwin mu na to wszystko pozwolił.
"Nie narodziłeś się może z krwi poetów", czule wyszeptał mu na ucho Armand, "ale jesteś moim".
Baldwin nie musiał być nic wart. To nie miało znaczenia. To nigdy nie miało znaczenia. Nie dla Armanda Malfoya. Nie dla Orfeusza. Orfeusz był wolnym, ponieważ wyrzekł się świata, w którym wszystko musiało mieć przypisaną wartość. Wybór poety, tak o tym mówił. Wielu wierzyło, że wystarczyło sypnąć mu galeonami pod stopy, aby mieć go na własność. Wierzyli, że sprzedałby każdego, jeżeli tylko taki naszedłby go kaprys. Próżna zachcianka próżnego człowieka, który życie spędzał na próżnowaniu. Łatwiej było nazwać go hedonistą, bo odnajdywał piękno w podłości swego położenia. Nie interesowały go jednak przyziemne przyjemności, nie w sposób, w jaki myśleli o tym inni.
Orfeusz był najbardziej rozpasanym z ascetów. Znał zarówno dostatek jak i biedę, posmakował wielkości, a potem splunął nią, aby przepłukać usta deszczówką z brudnej rynny.
Dawno już zdusił w sobie instynkt uczynienia swojego życia bardziej komfortowym. Nie dlatego, że nie rozumiał potrzeby posiadania domu, do którego można byłoby wracać. Rozumiał aż nazbyt dobrze. Wielu mężczyzn traktowało tę potrzebę ze wzgardą, uznając to za kobiecy sentyment… Armand Malfoy tak nie uważał. Potężna była to potrzeba, posiadania nie tyle domu, co domowej familiaryjności. Przeciwstawiał się jej całym sobą, dlatego nikt nie miał nad nim kontroli. Nie miał niczego wartościowego, więc nikt nie mógł mu niczego zabrać, niczego narzucić. Nikt nie zmusiłby go do podporządkowania. A cywilizacja potrzebowała porządku, podporządkowania określonym wartościom: Armand Malfoy mianował się tej cywilizacji wrogiem, uosabiał bowiem popęd do chaosu, którego człowiek cywilizowany nie potrafiłby zaakceptować. Udowadniał to sobie niszcząc piękne misy wysadzane szmaragdami. Udowadniał to sobie, gdy palił najtańszy tytoń, nosił zapuszczone ubrania. Pisał na skrawkach papieru, nie na drogich pergaminach, a pisząc, zasiadał przy kulawym stole, który chwiał się przy każdym ruchu. Najbardziej chyba tęsknił za książkami, a jednak nie zawahałby się ani chwili przed ogołoceniem z reszty kartek tych, które posiadał, gdyby zabrakło mu bibułek do skręcania papierosów.
Wszystko było tak kurewsko kruche.
Otaczali go ludzie bezdomni, nieważne, czy pozbawieni zostali domów, czy sami się ich wyrzekli. Znał wielu utracjuszy takich jak on, znał też ludzi, którzy nigdy dostatku nie zaznali. Znał tych, którzy schodzili pod ziemię dla zysku, jak i tych, którzy zwyczajnie nie mieli innego miejsca, żeby szczeznąć. Artyści, romantyzujący wieczną wędrówkę, wolne duchy. Znudzeni chłopcy o nadpsutej moralności, spragnione wolności kobiety. Antysystemowcy, anarchiści, radykalni marksiści przeciwstawiający się idei własności prywatnej, maoiści, komuniści… Głośni, przekonani o własnej racji, gniewni, wyzywający go od burżujskich świń. Śmiał się wtedy, kpiąco pytając, gdzie niby jest ta ich rewolucja. "Nie widać jej z balkonów Malfoy Manor", drażnił się z nimi. Odkąd wybuchła wojna nie pozwalał sobie jednak na podobne żarty. Ostatniego, który zażartował z jego pochodzenia, przycisnął brutalnie do ziemi.
"No dalej, przynieś mi jego głowę", warknął, pociągnąwszy obdartusa za kołnierz, "przynieś mi głowę pana na Malfoy Manor, a napiszę ci pieśń rewolucyjną, po której cały świat spłynie krwią".
Nigdy nie przynieśli mu głowy Fortinbrasa. Nie żeby Armandowi jakoś szczególnie na tym zależało. Nigdy nie potrzebował ideologicznej wymówki, żeby siać chaos, trzeba było jednak od czasu do czasu przypomnieć o tym maluczkim. Był zbyt potężnym, żeby go dosięgli, zbyt odległym… Nie mógł nawet umrzeć, bo był już umarłym.
Wciąż miał jednak dzieci.
A dzieci były tak kurewsko kruche.
Orfeusz nie przestał uśmiechać się nawet wtedy, gdy syn zniżył głos do szeptu, żeby zdradzić mu swe myśli.
— Nie dbasz o boskie fanaberie — powtórzył po nim spokojnie, bo tego przecież pragnął Baldwin. Potwierdzenia rzeczywistości z ust ojca, jak gdyby dopiero jego uznanie czyniło ją rzeczywistą. Nie było ważne, czy kłamał, czy mówił prawdę. Nie miało to żadnego znaczenia w momencie, gdy Armand powtarzał jego własne słowa głosem pozbawionym zawahania: dokładnie tym samym tonem, którym powtarzał kiedyś po Lorraine: "nie chciałaś tego".
Był Baldwinowi w tej chwili ojcem, owszem. Był mu też bogiem.
Bóg nawet wtedy, gdy milczał, pozostawał obecnym. Baldwinowi nie odpowiedziało głuche echo, wybrzmiewające w pustce podziemnych korytarzy. Armand był obok.
Bóg darował swe tchnienie wszystkiemu, co żywe, ale tylko do człowieka mówił, gdy wydobywał jego kształt z gliny. Język był więc wspomnieniem aktu stworzenia. Był nim głos. Rodzili się z nim, niedoskonałym, niewykształconym, jak gdyby to, co było prawdziwie boskim, nie mogło się zmieścić w ustach bez odpowiedniego przygotowania. Uczyli się zatem mówić na wzór i podobieństwo Boga. Nie było nic bardziej przerażającego aniżeli zobaczyć w sobie to podobieństwo. Nieprzypadkowo Armand powtórzył słowa wypowiedziane przez Baldwina. Być może chłopiec mówił prawdziwie, widział bowiem żar w jego spojrzeniu. Być może wierzył, że to właśnie jest prawda. W ustach ojca wszystko to wybrzmiało jednak jak kłamstwo, które Baldwin opowiadał po to tylko, aby zachować szczątki kontroli nad swym życiem. Armand obnażył go dokładnie takim, jakim był pod tym kłamstwem. Nie zabrał mu go, nie to było przecież jego celem. Zmusił jednak Baldwina, żeby poczuł wagę wypowiadanych słów, tych samych, które kładły się ciężarem na jego sercu. Tych, które były lekkie jak piórko, gdy spływały z ust Armanda. Wystarczyło, że obrócił słowa syna na języku, posmakował… A potem zwrócił, pozostawiając na nich ledwie widoczny ślad swych zębisk, w geście równie intymnym, co przerażającym.
Oto był przedsmak tego, czym jego syn mógł się stać.
Armand wyszykował mu miejsce w boskim panteonie nie dlatego, że Baldwin był go godnym. Zrobił to dlatego, bo jawił się wystarczająco odważnym, aby po to miejsce sięgnąć. Nie teraz, pomyślał czule, patrząc, jak syn przykłada do czoła różdżkę, aby oddać mu wspomnienie, jeszcze nie teraz… Ale może kiedyś. Armand był okrutnym ojcem, bo nigdy nie dawał swym dzieciom łatwych odpowiedzi. Armand był łaskawym bogiem, bo darował im wolną wolę, ażeby odpowiedzi poszukiwały. Przerażającym było to pocieszenie, a jednak pozostawało pocieszeniem.
Nie zareagował, gdy zgasł płomień tańczący we wnętrzu wysadzanej szmaragdami misy. Nawet jeden mięsień w twarzy poety nie drgnął na ten widok. Przyglądał się po prostu smugom dymu, podobnym w swej ulotności kobiecie, którą próbowały ucieleśnić. Znał obsesję Baldwina. Bliźnięta, wzrastające w jednym łonie… Niewątpliwie było w tym coś poetyckiego. W całowaniu własnego odbicia w tafli zwierciadła, choć w jego przypadku było to nieco bardziej skomplikowanym. Nawet gdyby chłopiec potrafił mu to wyjaśnić, Armand wątpił, czy zdołałby docenić powab, który tamten widział w wątłych smugach dymu. Nie było bowiem dymu bez ognia, a Armand pragnął, aby Baldwin płonął, nie zaś dogasał jak skiepowany papieros. Ogień należało sycić podpałką: gdy karmiło się go wyłącznie sobą, nie można było ogrzać się przy płomieniu, nie parząc przy tym dłoni.
A może jego założenie było niewłaściwym, pomyślał Orfeusz, ślizgając się spojrzeniem po zwiewnym ciele istoty uformowanej z dymu, może to nie obawa przed krzywdą siostry wstrzymywała Baldwina przed wysyceniem ognia jej wspomnieniem. Syn jego zawsze wolał poświęcać samego siebie niż innych, nieważne, czy chodziło o serca, czy o wspomnienia, ale może nie miękkość afektu chłopca, próbującego chronić siostrę, była tutaj problemem. Było nim coś dalece bardziej prozaicznego.
Nie każdy nadawał się na podpałkę.
Może gdyby Baldwin zerżnął dziewczynę na lepkiej podłodze Eurydyki, może wtedy wystarczyłoby mu na wzniecenie płomienia.
A może byłoby na odwrót. Może wtedy nie byłby już zdolny wykrzesać z niej choćby iskry.
Gdy ogień wygasł, Armand zanurzył rękę we wnętrzu pokrytej sadzą misy, na powrót przyciągając ją bliżej siebie. Rozgarnął wypełniające ją popioły, przesiał je między palcami, aby odseparować sypki popiół od śmiecia. To, co miało się spalić, już się spaliło. Na stół rzucił więc resztki skiepowanych papierosów, odłamki złuszczonej emalii, które odstały od naczynia. Oto był rytuał dobrze znany wszystkim, nawet Sabrinie, która podeszła z flaszką na polecenie Baldwina: poeta potrzebował rozrobić więcej atramentu, żeby tworzyć dalej.
"Widziałem się dzisiaj z matką."
Armand splunął w popiół.
Którą, mógłby spytać kpiąco. Nie wiem, o której z kurew Marcusa mówisz. O tej, do której zwracasz się z wielkiej, czy z małej litery? Po tonie syna wnosił, że o tej drugiej, inaczej nie zacząłby wątpić w pierwszą.
Pamiętał jej imię. Visenya.
Armand przyjrzał się jej dobrze, gdy wychodziła za mąż za jego brata. Wątpił, aby ktokolwiek spojrzał na nią z podobną uważnością, co on. Całe życie była przecież druga. Druga siostra, która zgodnie z obyczajem poczekać musiała, aż pierwsza doczeka się zamążpójścia. Druga żona Marcusa, którą wziął do swojego łoża, zanim jeszcze pościel wystygła po tej pierwszej.
Druga nawet w oczach pierworodnego syna, który bardziej niż matkę kochał boginię, będącą jej uosobieniem.
A jednak była tak dumna, że niemal dało się zapomnieć, jak bardzo była zdesperowana.
"Dobrze wybrałeś", Armand zapewnił znudzonym szeptem Marcusa, nachylając się dla niepoznaki w jego stronę, gdy wspólnie czekali u ołtarza. Marcus miał jeszcze wtedy dwie nogi, ale jedna była słabsza przez chorobę: Armand stanął tak, żeby brat mógł się na niego o chwilę wesprzeć, odciążywszy kończynę. "Wiadomo przynajmniej, że nie zostawi cię, gdy już utną ci przyrodzenie", wyszeptał Marcusowi na ucho.
A jednak cieszył się za jego przyczyną, jak na dobrego brata przystało. Oto była bowiem kobieta, która nie zakłóci marcusowego planu zbawienia. Otworzy nogi, nazywając to małżeńskim obowiązkiem, wypluje z siebie potomstwo, a potem grzecznie zmówi paciorek. Wierzył, że właśnie dlatego Marcus ją poślubił. Powtarzała po nim modlitwy bez żadnego zająknięcia, w tej samej, ostrożnie kontrolowanej intonacji wypowiedziała nawet słowa przysięgi małżeńskiej. Marcus i jego zdewociała wywłoka zawsze mówili jednym głosem.
Tylko tyle wystarczyło Armandowi, aby obdarzył ją swoją pogardą. Ludzie, którzy mieli największą kontrolę nad swymi impulsami, zazwyczaj kryli w sobie najgorsze instykty, ale Visenya nie kryła w sobie absolutnie niczego. Samokontrola nie stanowiła dla niej żadnego wyrzeczenia. Nie była nawet fanatyczką, fanatyzm wymagał bowiem pewnej dozy namiętności. Nie zdołała go oszukać wysoko zadartym podbródkiem, który zdradzać miał władczość: Visenya nie miała władzy nawet nad samą sobą. Nie oszukała go ostrym rysem swych pięknych kości policzkowych. W obecności Marcusa miękła, ulegle spuszczając wzrok. Wyzywające miała tylko perfumy. Pikantna woń pieprzu, pod którą kryło się obmierzłe mięso.
Armanda mdliło na samą myśl.
— Prosiak wydobyty z łona natartej pieprzem lochy nie potrzebuje więcej przypraw.
Ledwo zauważalnym było drgnięcie policzka, gdy Armand rozchylił lekko usta w obrzydzeniu. Nagłe błyśnięcie bieli obnażonych pogardliwie zębów upodobniło go do zdziczałego zwierza. Wciąż jednak ludzkimi były jego rysy. Krótszym niż spazm był grymas, który tak nagle wykrzywił twarz poety… Choć już po chwili widać było na niej tylko obojętność.
— Po coś do niej poszedł. Psuć dobre mięso. — Armand powiódł zimnym spojrzeniem po twarzy syna. — Ochłapy, Baldwinie — warknął nagle, cicho, niemal przez zęby, jak gdyby zdejmowało go to wszystko obrzydzeniem. — Oto, co z ciebie dostaję. Powiedz, czy karmię cię ochłapami, synu? Teraz ja wykrawać muszę to, co nadgniło. Co chcesz zważyć na wadze? Schab? Podgardle? Słoninę? Zgniłe. Wszystko jest zgniłe. — Całą swoją uwagę skupił na wnętrzu misy, w której jak gdyby od niechcenia zamieszał różdżką. Atrament potrzebował spoiwa. Zwykle stało zbrylone w niewielkim słoju na krawędzi stołu, po podgrzaniu zmieniało jednak stan skupienia. Mętny, lekko brązowawy płyn przypominał bardzo tłusty rosół: powoli łączył się z sadzą i popiołem, podczas gdy Armand powoli dodawał do misy wody. Pomieszczenie wypełnił na chwilę charakterystyczny zapach kleju z wygotowanych kości zwierząt. W Eurydyce zapachniało truchłem. Poezja Orfeusza zawsze rodziła się z rozkładu.
— A może przyszedłeś po prostu, żeby nazwać mnie rzeźnikiem? — wyszeptał.
Znów był spokojnym, choć coś niebezpiecznego czaiło się w jego głosie: niepodobnym było zrozumieć, co czuł, twarz jego była pozostała bowiem nieprzeniknioną.
— Choć jeśli rzeźnik może być poetą… — dodał, przechylając lekko głowę, jak gdyby w zamyśleniu. Wolną ręką sięgnął za pazuchę. Jasne ostrze noża błysnęło w ciemnościach. — …Dlaczegoby poeta nie mógłby być rzeźnikiem?
Oto był nóż introligatorski, którego zwykł używać do temperowania piór. Przesunął go po stole w stronę syna. Ostrze było zręczne, choć niewielkich rozmiarów: w sam raz, żeby zmieściło się w jego dłoni.
Wysłużone pióra leżały tuż obok.
Lubił, gdy przygotowywało się je ręcznie.
Armand miał swoje przyzwyczajenia, jeżeli chodziło o sam akt przelewania słów na papier. Nie lubił, gdy inni dotykali jego przyborów, samemu więc zwykł przygotować swoje stanowisko pracy: nawet wtedy, gdy był wielkim panem otoczonym przez służbę, nie pozwalał nikomu sprzątać swego gabinetu. A jednak jego intencja była jasną: oczekiwał, że Baldwin zatemperuje mu pióra, gdy sam będzie kończył przygotowywanie atramentu.
Nie pozwolił synowi odejść. Nie odprawił go. Dziecko poznać musiało reprymendę ojca. Nawet jeżeli kara, jaką mu przeznaczył, bardziej była wyróżnieniem, niż karą. Bo i po cóż miałby go karać? Baldwin ukarał się sam. Sprzeniewierzywszy się temu, w co wierzył, temu, czego uczył go ojciec. Wrócił do niego z sercem ciężkim od żalu. Wrócił i wyznawał winy, jak gdyby była to spowiedź.
— Po co do niej poszedłeś — powtórzył cicho Armand, a łagodność przebrzmiała w jego głosie, gdy na powrót zwrócił spojrzenie w stronę Baldwina.
Gniew ojca przybierał różne oblicza. Teraz jednak nie było w nim gniewu. Było rozczarowanie.
Być może nie zareagowałby tak, gdyby Baldwin nie poruszył czułej nuty w jego sercu. Ale to było przecież tak, jak gdyby słyszał Lorraine. "Widziałem się dzisiaj z matką", mówił Baldwin. "Widziałam się dzisiaj z matką", oznajmiała dokładnie takim samym tonem Lorraine, co oznaczało, że odwiedziła grób Mirandy na cmentarzu. Mógłby jej tego zabronić, ale zawsze szczycił się tym, że nie potrzebuje wymuszać posłuszeństwa siłą. Jego dziewczynka zanadto zwykła roztkliwiać się nad śmiercią, a to nie śmierci należało oddawać cześć. Nie śmierci składać pokłony, lecz temu, który śmierć oszukał! Na nią również się gniewał, że próbowała psuć Baldwina. Psuła go tymi swoimi żałosnymi przywiązaniami. Ale to była poniekąd jego wina. Zbyt długo Armand pozwalał jej uciekać w objęcia umarłych, szukać pocieszenia pośród grobów.
Nie zamierzał powtórzyć swych błędów wychowawczych.
Własne imię wyrył w tym samym kamieniu nagrobnym, w który jego córka wtulała się tak rozpaczliwie. Zrobił to, żeby pośród swych lamentów nie zapomniała, komu tak naprawdę zawdzięcza swe istnienie: życie jej nie należało do matki, lecz do ojca.
Czy powinien wyryć swoje imię na sercu syna, zastanawiał się Orfeusz, przesuwając leniwym spojrzeniem po twarzy Baldwina. A może dokonać skaryfikacji na białym łonie dziewczęcia, za którym chłopięce serce tak bardzo tęskniło?
Szafa grająca zacięła się na tej samej piosence.
bard by Lorraine Malfoy