28.06.2026, 10:09 ✶
Cień Lazarusowego uśmiechu pogłębił się nieznacznie w odpowiedzi na przekomarzania Ceolsige, ale zaraz spełzł z jego twarzy, kiedy klątwołamacz zwrócił się do kolegi po fachu.
- Jak dotąd nie napotkałem żadnych przejawów… samoobrony ze strony klątwy. Moje samodzielne próby jej rozproszenia nie dały efektu. Proponuję wspólny atak - napotkał spojrzenie Basiliusa na początku wypowiedzi, ale po pierwszym zdaniu jego wzrok ześlizgnął się w bok, na liście całkiem nieporuszonej panoszącą się w domu czarną magią sansewerii. Wydawała się wyglądać nawet lepiej, niż wcześniej - Ceolsige poradzi sobie z ubezpieczaniem nas w razie konieczności. Wyciągnie jednego z nas spod zaklęcia i razem pomożemy drugiemu - sprawnie złożył plan działania o akceptowalnie wysokim prawdopodobieństwie powodzenia i niskim ryzyku, że będzie konieczny. Zerknął na oboje czarodziejów, czekając na potwierdzenie.
Dwa skinienia głową później, wstał. Podnosząc się, mimochodem otrzepał z kolan ewentualne paproszki z dywanu, zarazem łagodząc mrowienie nagle pozbawionej docisku skóry. Podszedł do fotela, przy którym spoczywała jego wysłużona skrzynka z narzędziami, niegdyś codzienna towarzyszka pracy, teraz używana raczej okazjonalnie. Ministerialni klątwołamacze otrzymywali służbowe zestawy narzędzi.
Zdecydowanym gestem różdżki nakazał domkowi dla lalek uniesienie na chwilę, a dywanowi zwinięcie się w rulon. Wyjął z przegródki skrzynki kilka kawałków kredy i upuścił je na podłogę, ubielone palce wytarł w spodnie, zostawiając na nich ślady, ale w tej chwili było to nieistotne. Na jego twarzy odmalowało się skupienie, kiedy delikatnymi ruchami dłoni kierował kredą, obserwując z wysokości, jak mknie po parkiecie, wyrysowując krąg. Wiedział, gdzie znajduje się środek jego mieszkania - koncentryczny z nim krąg ochronny musiał być irytująco przesunięty względem środka pokoju i odpowiednio pomniejszony - wciąż jednak funkcjonalny. Lazarus lata temu przetestował kilka ułożeń, rozmiarów i wzorów i wybrał optymalne. Teraz zmodyfikował go tylko o tyle, by pomieścił wewnątrz dwie osoby. Kiedy wzór, zdobny runami i najeżony ramionami wpisanych w siebie gwiazd, domknął się, klątwołamacz ustawił w strategicznych punktach kilka dostarczonych przez Ceolsige świec. Uśmiechnął się, patrząc na swoje dzieło. W Biurze Celnym nigdy nie pozwalał sobie na tak jawne okazywanie emocji, ale teraz był u siebie. Spotkania z Ceolsige niosły posmak jego dawnych lat, artefaktów, niebezpieczeństw i wspólnego mierzenia się z zagadkami.
Spoważniał, podnosząc wzrok na Prewetta. Widywali się na wydarzeniach branżowych, ale pracowali w całkiem innych polach, więc nie mieli dotąd ze sobą zbyt wiele wspólnego. Był przyzwyczajony do ludzi patrzących mu przez ramię podczas pracy i nauczył się doskonale ignorować świadomość spoczywających na nim oczu. Zdejmowanie klątw w tandemie było jednak nieco inne, niż w pojedynkę. Wymagało polegania na innym czarodzieju, zrezygnowania z części kontroli nad procesem… Lovegood miał nadzieję, że uzdrowiciel nie okaże się kompletnie niekompatybilny.
- Zapraszam - skinął głową w kierunku kręgu i sam ostrożnie przestąpił kredowe linie. Zajął miejsce, czekając na Basiliusa. Kiedy ten dołączył do niego, Lazarus gestem wskazał największą świecę, która w samym centrum miała pełnić rolę koncentratora. Pierwszy oddany element - zapalenie płomienia. Z totalnym antytalentem w dziedzinie Kształtowania, jaki dotknął Lovegooda, było to nie tylko łatwe, ale nawet optymalne. Sam nieraz musiał uciekać się do użycia zapałek, często pod zdumionymi spojrzeniami towarzyszy. Nikt nie komentował, ale uszy piekły tak samo.
- Jak dotąd nie napotkałem żadnych przejawów… samoobrony ze strony klątwy. Moje samodzielne próby jej rozproszenia nie dały efektu. Proponuję wspólny atak - napotkał spojrzenie Basiliusa na początku wypowiedzi, ale po pierwszym zdaniu jego wzrok ześlizgnął się w bok, na liście całkiem nieporuszonej panoszącą się w domu czarną magią sansewerii. Wydawała się wyglądać nawet lepiej, niż wcześniej - Ceolsige poradzi sobie z ubezpieczaniem nas w razie konieczności. Wyciągnie jednego z nas spod zaklęcia i razem pomożemy drugiemu - sprawnie złożył plan działania o akceptowalnie wysokim prawdopodobieństwie powodzenia i niskim ryzyku, że będzie konieczny. Zerknął na oboje czarodziejów, czekając na potwierdzenie.
Dwa skinienia głową później, wstał. Podnosząc się, mimochodem otrzepał z kolan ewentualne paproszki z dywanu, zarazem łagodząc mrowienie nagle pozbawionej docisku skóry. Podszedł do fotela, przy którym spoczywała jego wysłużona skrzynka z narzędziami, niegdyś codzienna towarzyszka pracy, teraz używana raczej okazjonalnie. Ministerialni klątwołamacze otrzymywali służbowe zestawy narzędzi.
Zdecydowanym gestem różdżki nakazał domkowi dla lalek uniesienie na chwilę, a dywanowi zwinięcie się w rulon. Wyjął z przegródki skrzynki kilka kawałków kredy i upuścił je na podłogę, ubielone palce wytarł w spodnie, zostawiając na nich ślady, ale w tej chwili było to nieistotne. Na jego twarzy odmalowało się skupienie, kiedy delikatnymi ruchami dłoni kierował kredą, obserwując z wysokości, jak mknie po parkiecie, wyrysowując krąg. Wiedział, gdzie znajduje się środek jego mieszkania - koncentryczny z nim krąg ochronny musiał być irytująco przesunięty względem środka pokoju i odpowiednio pomniejszony - wciąż jednak funkcjonalny. Lazarus lata temu przetestował kilka ułożeń, rozmiarów i wzorów i wybrał optymalne. Teraz zmodyfikował go tylko o tyle, by pomieścił wewnątrz dwie osoby. Kiedy wzór, zdobny runami i najeżony ramionami wpisanych w siebie gwiazd, domknął się, klątwołamacz ustawił w strategicznych punktach kilka dostarczonych przez Ceolsige świec. Uśmiechnął się, patrząc na swoje dzieło. W Biurze Celnym nigdy nie pozwalał sobie na tak jawne okazywanie emocji, ale teraz był u siebie. Spotkania z Ceolsige niosły posmak jego dawnych lat, artefaktów, niebezpieczeństw i wspólnego mierzenia się z zagadkami.
Spoważniał, podnosząc wzrok na Prewetta. Widywali się na wydarzeniach branżowych, ale pracowali w całkiem innych polach, więc nie mieli dotąd ze sobą zbyt wiele wspólnego. Był przyzwyczajony do ludzi patrzących mu przez ramię podczas pracy i nauczył się doskonale ignorować świadomość spoczywających na nim oczu. Zdejmowanie klątw w tandemie było jednak nieco inne, niż w pojedynkę. Wymagało polegania na innym czarodzieju, zrezygnowania z części kontroli nad procesem… Lovegood miał nadzieję, że uzdrowiciel nie okaże się kompletnie niekompatybilny.
- Zapraszam - skinął głową w kierunku kręgu i sam ostrożnie przestąpił kredowe linie. Zajął miejsce, czekając na Basiliusa. Kiedy ten dołączył do niego, Lazarus gestem wskazał największą świecę, która w samym centrum miała pełnić rolę koncentratora. Pierwszy oddany element - zapalenie płomienia. Z totalnym antytalentem w dziedzinie Kształtowania, jaki dotknął Lovegooda, było to nie tylko łatwe, ale nawet optymalne. Sam nieraz musiał uciekać się do użycia zapałek, często pod zdumionymi spojrzeniami towarzyszy. Nikt nie komentował, ale uszy piekły tak samo.