Przez kilka pierwszych kroków nawet nie zorientował się, że nie idzie już sam. Wciąż myślami był przy ołtarzu i przy ogniu, który pochłonął drewno nasiąknięte długimi godzinami pracy i wszystkim tym, czego od lat nie potrafił wypowiedzieć żadnemu żywemu człowiekowi. W piersi czuł silne drżenie, jakby wraz z modlitwą wyrwał z siebie coś ciężkiego, lecz rana po tym geście pozostawała jeszcze otwarta. Na co dzień nie pozwalał sobie na podobną szczerość. Nie miał do niej prawa. Jego prawda należała wyłącznie do niego i do Matki. Nie istniały uszy, którym mógłby ją powierzyć, ani słowa, które bezpiecznie mogłyby opuścić jego usta. Milczenie było jedyną formą przetrwania, choć z każdym kolejnym rokiem ciążyło sercu. Bywały chwile, gdy pragnienie, by zostać usłyszanym, stawało się niemal fizycznym bólem. Nie zrozumianym. Jedynie wysłuchanym. Tylko Matka znała całe jego życie. Była świadkiem wszystkiego, co mu przyniosły mu zarówno życie, jak i śmierć. Nie musiał ukrywać przed nią własnych lęków, win ani tęsknot, bo znała je, zanim zdążył nadać im imiona. Dlatego nawet przez myśl nie przeszło mu, by złożyć na jej ołtarzu coś, czego sam nie stworzył. Był jedyną formą wdzięczności, jaką uważał za godną bogini. Dar składany na ołtarzu mówił przecież więcej o pokorze czarodzieja niż najpiękniejsza modlitwa.
- To nie wiele wobec tego, ile od niej otrzymałem. Powoli uniósł wzrok, lecz nie zatrzymał go na niej na długo. Potrzebował kilku oddechów, by uspokoić nierówny rytm serca i przywrócić własnemu wnętrzu choć odrobinę porządku. Nie mógł pozwolić sobie odpłynąć z powrotem ku wspomnieniom. Dzisiaj i tak odsłonił przed Matką więcej, niż odważyłby się przed kimkolwiek innym. Przetarł twarz rękawem ciemnej szaty. Materiał wchłonął wilgoć pozostawioną przez łzy, zacierając ich ślady równie pospiesznie, jak on sam próbował zatrzeć ślady własnego rozedrgania. - Przepraszam… Dopiero wtedy odchrząknął cicho. Zatrzymał się przy kobiecie, choć każda rozsądna myśl podpowiadała mu, by zniknąć. Oddalić się od ludzi, od spojrzeń, od pytań, zanim emocje zdążą ponownie wypłynąć na powierzchnię. Najchętniej schowałby się we własnym domu przed całym światem. Mimo to nie odszedł. Być może dlatego, że od dawna był głodny życzliwości. Tak głodny, że kilka prostych słów uznania potrafiło zatrzymać go w miejscu skuteczniej niż cokolwiek innego. Nie oczekiwał podziwu, lecz miło było mu zostać przez kogoś dostrzeżony. Słowa kobiety trafiły więc w miejsce, o którego istnieniu sam starał się na co dzień zapominać. W miejsce boleśnie spragnione tego, by ktoś spojrzał na niego nie przez pryzmat śmierci, lecz tego, co potrafiły stworzyć jego dłonie.
Savaš na moment odwrócił wzrok ku tłumowi. Przesuwał się powoli między ich dwójką, przychodzili i odchodzili całymi rodzinami, parami lub w gronach przyjaciół. Przez krótką chwilę śledził ich sylwetki z trudną do nazwania tęsknotą, nim cicho wypuścił powietrze. - Tak. Nie próbował zaprzeczać ani usprawiedliwiać tego faktu. Samotność nie była dla niego czymś niezwykłym. Stała się stanem tak powszednim, że przestał się nad nim zastanawiać. - Łatwiej nikogo nie martwić własnym ciężarem. Wypowiedział te słowa cicho, bez cienia użalania się nad sobą. Było to raczej stwierdzenie, do którego zdążył przywyknąć. - Przed Matką i tak wszyscy stajemy samotnie. Nawet jeśli otoczeni tłumem. Człowiek po pewnym czasie przestawał nawet próbować sprawdzać, czy ktoś zechciałby ponieść z nim część jego drogi. Łatwiej było założyć, że nie powinien o to prosić.