30.06.2026, 05:41 ✶
Atmosfera wesołości święta Mabon kupiła Zenka z łatwością. Co prawda w tym roku przyprószyło popiołem. Ale nie mogli w Rejwachu pozwolić, żeby złe warunki pogodowe odebrały im uśmiech!
Wszakże uśmiech był najpiękniejszą ozdobą człowieka. Zenek wyczytał, że Mabon to było takie Święto Dziękczynienia, tylko dla ponurych Brytyjczyków. Ciekawe zatem, kto pełnił rolę wycyganionych Indian. No mugole, a kto. To mugole wynaleźli rolnictwo.
Mugole wynaleźli także kable. W tym roku każdy dawał coś od siebie. Nawet Enjorlas zajął się akustyką, chcący czy niechcący skazując Zenka na wolne w czasie kolacji. Ciekawe, czy wytrzyma. No ale do tych kabli wracając. Zenek także się chciał przyłożyć do atmosfery święta. Zebrał stare kable. Z biblioteki wypożyczył książkę o zaplataniu warkoczy. Powybierał jakieś wtyczki, druty, świecidełka choinkowe. Rozłożył to wszystko wokół siebie jak w trakcie seansu. No i zaczął zaplatać. Ze starych kabli stworzył wianek. Światełka choinkowe, powtykane między kable, z machnięciem różdżki zapalały się. Nie było wśród nich żółtych ni pomarańczowych światełek, żadne zatem nie przywodziło na myśl piekielnego ognia. Wianek powiesił nad kominkiem w sali biesiadnej.
Przed zejściem na kolację postanowił się jeszcze przebrać. Miał już na sobie ulubiony biały t-shirt. Uwalony był popiołem, ale tylko troszeczkę. Z wierzchu widoczna była tylko jedna dziurka. Nałożył na to sweterek dzianinowy, taki zapinany. Nie zapiął go. A żeby już było totalnie ciepło, cosy Autumn vibes, na wszystko narzucił jeszcze kurtkę z brązowego zamszu. Od czasu S.N. nie popełniał takiego błędu, żeby wychodzić z pokoju bez jakiegoś cieplejszego ubrania wierzchniego. A nuż go znowu przegonią po ulicy.
Chwilę się zawahał jedynie nad spodniami. Miał na sobie spodnie od piżamy. W jego domu przy stole tylko góra miała być odświętna. Na dole mógł już nosić, co chciał. Mamusia pozwalała. No, ale tu był Rejwach. Czyli spodnie piżamowe nadal były całkowicie w porządku.
Rodzina. Ah, rodzina. Rodzina akceptowała cię takim, jakim byłeś. Zenek zwlókł się po deskach do biesiadnego stołu. Skrzypiące deski mu wtórowały i oznajmiały obecność. Przystanął sobie gdzieś koło Lewisa, bowiem do stołu wiedziony był głównie nosem. To wraz z Lewisem przychodziły zapachy rejwachowej kuchni.
Wyprostował się. Ręce złożył z tyłu za plecami. Należało okazać szacunek, bo rozpoczynał przemowę patriarcha rodu. Jesienią robiło się szybciej ciemno. Słońce powiedziało już papa bite kilka godzin temu. A może w ogóle nie powiedziało żadnego cześć. Pogody w Anglii bywały paskudne. Ale to wysiłek całej rodziny czynił z Rejwachu takie przytulne miejsce. Zenek mógł tylko spoglądać na to wszystko z uśmiechem i dumą.
— Ja nie. — odpowiedział, bo Woody pytał.
!Trauma Ognia
Wszakże uśmiech był najpiękniejszą ozdobą człowieka. Zenek wyczytał, że Mabon to było takie Święto Dziękczynienia, tylko dla ponurych Brytyjczyków. Ciekawe zatem, kto pełnił rolę wycyganionych Indian. No mugole, a kto. To mugole wynaleźli rolnictwo.
Mugole wynaleźli także kable. W tym roku każdy dawał coś od siebie. Nawet Enjorlas zajął się akustyką, chcący czy niechcący skazując Zenka na wolne w czasie kolacji. Ciekawe, czy wytrzyma. No ale do tych kabli wracając. Zenek także się chciał przyłożyć do atmosfery święta. Zebrał stare kable. Z biblioteki wypożyczył książkę o zaplataniu warkoczy. Powybierał jakieś wtyczki, druty, świecidełka choinkowe. Rozłożył to wszystko wokół siebie jak w trakcie seansu. No i zaczął zaplatać. Ze starych kabli stworzył wianek. Światełka choinkowe, powtykane między kable, z machnięciem różdżki zapalały się. Nie było wśród nich żółtych ni pomarańczowych światełek, żadne zatem nie przywodziło na myśl piekielnego ognia. Wianek powiesił nad kominkiem w sali biesiadnej.
Przed zejściem na kolację postanowił się jeszcze przebrać. Miał już na sobie ulubiony biały t-shirt. Uwalony był popiołem, ale tylko troszeczkę. Z wierzchu widoczna była tylko jedna dziurka. Nałożył na to sweterek dzianinowy, taki zapinany. Nie zapiął go. A żeby już było totalnie ciepło, cosy Autumn vibes, na wszystko narzucił jeszcze kurtkę z brązowego zamszu. Od czasu S.N. nie popełniał takiego błędu, żeby wychodzić z pokoju bez jakiegoś cieplejszego ubrania wierzchniego. A nuż go znowu przegonią po ulicy.
Chwilę się zawahał jedynie nad spodniami. Miał na sobie spodnie od piżamy. W jego domu przy stole tylko góra miała być odświętna. Na dole mógł już nosić, co chciał. Mamusia pozwalała. No, ale tu był Rejwach. Czyli spodnie piżamowe nadal były całkowicie w porządku.
Rodzina. Ah, rodzina. Rodzina akceptowała cię takim, jakim byłeś. Zenek zwlókł się po deskach do biesiadnego stołu. Skrzypiące deski mu wtórowały i oznajmiały obecność. Przystanął sobie gdzieś koło Lewisa, bowiem do stołu wiedziony był głównie nosem. To wraz z Lewisem przychodziły zapachy rejwachowej kuchni.
Wyprostował się. Ręce złożył z tyłu za plecami. Należało okazać szacunek, bo rozpoczynał przemowę patriarcha rodu. Jesienią robiło się szybciej ciemno. Słońce powiedziało już papa bite kilka godzin temu. A może w ogóle nie powiedziało żadnego cześć. Pogody w Anglii bywały paskudne. Ale to wysiłek całej rodziny czynił z Rejwachu takie przytulne miejsce. Zenek mógł tylko spoglądać na to wszystko z uśmiechem i dumą.
— Ja nie. — odpowiedział, bo Woody pytał.
!Trauma Ognia
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.