30.06.2026, 23:56 ✶
Jej język wysunął się niemal odruchowo, muskając karmazyn pozostawiony na jego wargach. Gest był całkowicie obcy, sprzeczny z każdą zasadą, którą kierowała się przez całe życie. Powinna czuć obrzydzenie. Powinna odsunąć się natychmiast, walcząc z mdłościami wywołanymi metalicznym smakiem krwi. Zamiast tego przez jej ciało przetoczyła się fala gorąca, gwałtowna i niemal oszałamiająca, niosąc ze sobą dziwną mieszaninę ekscytacji i adrenaliny. Serce biło szybciej, oddech stawał się płytszy, jakby rytuał, który jeszcze przed chwilą był jedynie desperacką próbą ocalenia życia, pochłonął ich oboje, zagłuszając zdrowy rozsądek i zastępując go czymś znacznie starszym, pierwotniejszym. Magia oplatała ich niewidzialnymi nićmi, zniekształcając odczucia i odbierając zdolność trzeźwej oceny własnych reakcji. Astoria wiedziała, że to nie była ona - a przynajmniej nie w pełni. To miejsce, zaklęcie i mroczny rytuał przemawiały przez jej instynkty, sprawiając, że granica między własną wolą a narzuconym pragnieniem stawała się coraz trudniejsza do uchwycenia. W głębi umysłu tliła się jeszcze świadomość, że coś jest nie tak, lecz docierała do niej jak głos dochodzący zza grubej tafli szkła, coraz cichszy i coraz mniej wyraźny.
Kiedy Othello odsunął się od niej, zamrugała kilkakrotnie, jak człowiek wybudzający się z wyjątkowo realistycznego snu, po czym instynktownie potrząsnęła głową, próbując odpędzić od siebie dziwne odrętwienie. Dopiero wtedy spojrzała przed siebie. Jej źrenice rozszerzyły się gwałtownie.
Vaillantowie płonęli.
Po plecach Astorii przebiegł lodowaty dreszcz. Przerażenie ścisnęło gardło znacznie mocniej niż sam pocałunek kilka chwil wcześniej. To naprawdę zadziałało. Nie do końca rozumiała dlaczego, ale głos mężczyzny przeciął ciszę i była zmuszona podjąć działanie. Musieli uciekać. Jedno krótkie skinienie wystarczyło, by rozsądek, na kilka minut zagłuszony przez rytuał, zaczął wracać na swoje miejsce.
Zanim rzuciła się do ucieczki, przypomniała sobie, że nadal nie mieli swoich różdżek. Spojrzenie błyskawicznie odnalazło miejsce, w którym gospodarze odłożyli odebraną im broń. Astoria ruszyła niemal natychmiast, a smukłe palce zacisnęły się na znajomym drewnie z taką ulgą, jakby dopiero teraz odzyskała część samej siebie. Drugą różdżkę podała Othello'wi niemal mechanicznie. Dopiero wtedy zorientowała się, że na posiadłość nałożono więcej zabezpieczeń, bo nadal nie mogli się teleportować.
Spojrzała na mężczyznę, a jej palce zacisnęły się na jego dłoni z odruchem człowieka, który przez chwilę utracił grunt pod nogami i instynktownie szukał czegoś, co pozwoli mu odzyskać równowagę. Może rytuał nie zdążył jeszcze całkowicie odpuścić. Może magia nadal pozostawiała między nimi cienką, niewidzialną nić. A może po prostu po raz pierwszy od bardzo dawna Astoria znalazła się w sytuacji, której nie potrafiła opanować wyłącznie chłodnym rozumem. Nie miała czasu na analizę. Zaczęli biec. Korytarze, które wcześniej wydawały się jedynie ponure, teraz przypominały wnętrze umierającego organizmu. Starała się dotrzymać mu kroku, ale po paru chwilach poczuła znajome pieczenie w płucach. Oddech stawał się coraz płytszy, a serce biło zbyt szybko. Jej ciało wciąż zbyt osłabione po Spalonej Nocy, zaczynało ją znów zawodzić. Zacisnęła mocniej palce na dłoni mężczyzny, zmuszając nogi do kolejnych kroków, choć każdy następny wymagał coraz większego wysiłku.
W końcu dotarli do drzwi wejściowych i wypadli na zewnątrz. Dopiero wtedy go puściła, opierając się o zimny mur rezydencji. Oddech urywał się w krótkich, nierównych haustach, które nie przynosiły oczekiwanej ulgi. Zamknęła oczy i próbowała odzyskać kontrolę.
- U-udało się - wychrypiała z trudem, zerkając na niego z ukosa. Nie zdziwiłaby się, gdyby chciał, jak najszybciej się stąd wyrwać. Tyle że musieli jeszcze wyjść poza tereny posiadłości.
- Chyba musimy przekroczyć bramę, żeby się teleportować - odezwała się, gdy w końcu oddech zaczął wracać do normy. Musiała chwilę odpocząć, żeby się przypadkiem nie rozszczepić. - Nie mogę uwierzyć, że to… wszystko… wydarzyło się naprawdę.
Kiedy Othello odsunął się od niej, zamrugała kilkakrotnie, jak człowiek wybudzający się z wyjątkowo realistycznego snu, po czym instynktownie potrząsnęła głową, próbując odpędzić od siebie dziwne odrętwienie. Dopiero wtedy spojrzała przed siebie. Jej źrenice rozszerzyły się gwałtownie.
Vaillantowie płonęli.
Po plecach Astorii przebiegł lodowaty dreszcz. Przerażenie ścisnęło gardło znacznie mocniej niż sam pocałunek kilka chwil wcześniej. To naprawdę zadziałało. Nie do końca rozumiała dlaczego, ale głos mężczyzny przeciął ciszę i była zmuszona podjąć działanie. Musieli uciekać. Jedno krótkie skinienie wystarczyło, by rozsądek, na kilka minut zagłuszony przez rytuał, zaczął wracać na swoje miejsce.
Zanim rzuciła się do ucieczki, przypomniała sobie, że nadal nie mieli swoich różdżek. Spojrzenie błyskawicznie odnalazło miejsce, w którym gospodarze odłożyli odebraną im broń. Astoria ruszyła niemal natychmiast, a smukłe palce zacisnęły się na znajomym drewnie z taką ulgą, jakby dopiero teraz odzyskała część samej siebie. Drugą różdżkę podała Othello'wi niemal mechanicznie. Dopiero wtedy zorientowała się, że na posiadłość nałożono więcej zabezpieczeń, bo nadal nie mogli się teleportować.
Spojrzała na mężczyznę, a jej palce zacisnęły się na jego dłoni z odruchem człowieka, który przez chwilę utracił grunt pod nogami i instynktownie szukał czegoś, co pozwoli mu odzyskać równowagę. Może rytuał nie zdążył jeszcze całkowicie odpuścić. Może magia nadal pozostawiała między nimi cienką, niewidzialną nić. A może po prostu po raz pierwszy od bardzo dawna Astoria znalazła się w sytuacji, której nie potrafiła opanować wyłącznie chłodnym rozumem. Nie miała czasu na analizę. Zaczęli biec. Korytarze, które wcześniej wydawały się jedynie ponure, teraz przypominały wnętrze umierającego organizmu. Starała się dotrzymać mu kroku, ale po paru chwilach poczuła znajome pieczenie w płucach. Oddech stawał się coraz płytszy, a serce biło zbyt szybko. Jej ciało wciąż zbyt osłabione po Spalonej Nocy, zaczynało ją znów zawodzić. Zacisnęła mocniej palce na dłoni mężczyzny, zmuszając nogi do kolejnych kroków, choć każdy następny wymagał coraz większego wysiłku.
W końcu dotarli do drzwi wejściowych i wypadli na zewnątrz. Dopiero wtedy go puściła, opierając się o zimny mur rezydencji. Oddech urywał się w krótkich, nierównych haustach, które nie przynosiły oczekiwanej ulgi. Zamknęła oczy i próbowała odzyskać kontrolę.
- U-udało się - wychrypiała z trudem, zerkając na niego z ukosa. Nie zdziwiłaby się, gdyby chciał, jak najszybciej się stąd wyrwać. Tyle że musieli jeszcze wyjść poza tereny posiadłości.
- Chyba musimy przekroczyć bramę, żeby się teleportować - odezwała się, gdy w końcu oddech zaczął wracać do normy. Musiała chwilę odpocząć, żeby się przypadkiem nie rozszczepić. - Nie mogę uwierzyć, że to… wszystko… wydarzyło się naprawdę.
learn the rules
then break some
then break some