30.06.2026, 23:52 ✶
Wahała się, choć nie było to widoczne w gwałtownych ruchach czy nerwowym spojrzeniu. Objawiło się jedynie w tym krótkim, ledwie dostrzegalnym bezruchu, w oddechu zatrzymanym na ułamek sekundy. Nie była odpowiednią osobą do udzielania miłosnych porad. Bo co właściwie wiedziała o miłości? O tej prawdziwej, długo budowanej, codziennej, która dojrzewała przez lata i kończyła się zaręczynami, wspólnymi planami oraz przekonaniem, że druga osoba stanie się rodziną? Niewiele. Zawstydzająco niewiele. Nigdy nie kochała mężczyzny wystarczająco długo, by budować z nim przyszłość. Jej jedyne narzeczeństwo zakończyło się, zanim zdążyło naprawdę się rozpocząć, a i tak nie było budowane na uczuciach, tylko na układach. Czuła się aktualnie całkowicie niekompetentna i nienawidziła tego uczucia.
Każda historia miała przynajmniej dwie strony, a prawda bardzo rzadko znajdowała się wyłącznie po jednej z nich. Ta myśl nie była próbą usprawiedliwiania Louvaina. Była raczej wyrazem ostrożności, którą Astoria pielęgnowała niemal obsesyjnie. Zbyt wiele razy widziała ludzi wydających wyroki, zanim poznali wszystkie okoliczności. Sama nie chciała popełnić podobnego błędu. Oni oboje musieli chcieć szczerej rozmowy, która pozwoliłaby im pokonać trudności. A przecież nie miała pojęcia, czy Louvain tego chciał. Nie wiedziała nawet, czy Desideria jeszcze tego chciała, czy raczej rozpaczliwie próbowała zatrzymać wspomnienie człowieka, którego już nie było. I właśnie dlatego każde słowo rady wydawało jej się nieuczciwe. Mogła powiedzieć: walcz. Mogła powiedzieć: odpuść. Mogła powtórzyć któryś z tych pustych sloganów, które ludzie rozdawali sobie nawzajem z zadziwiającą łatwością, jakby cudze życie było prostym równaniem. Ale żadna z tych odpowiedzi nie należała do niej.
- Przykro mi, Desi - powiedziała cicho, a szczerość tych słów zaskoczyła nawet ją samą. Nie było w nich uprzejmej formułki ani obowiązku. Było tylko ciężkie, autentyczne współczucie. - Nie znoszę patrzeć, jak cierpisz. Nie zasługujesz na takie traktowanie. - przegryzła dolną wargę, podejmując decyzję i ostrożnie uniosła dłonie, by objąć ją ramionami. Przyciągnęła ją do siebie na tyle delikatnie, jakby obawiała się, że zbyt mocny uścisk mógłby rozsypać to, co z takim trudem jeszcze trzymało się w całości.
- Jeśli jest cokolwiek… cokolwiek, co mogę zrobić… - odezwała się cicho, odkładając całą swoją dumę i potrzebę kontrolowania emocji na bok. - Nie obiecuję, że znajdę rozwiązanie. Nigdy nie byłam dobra w sprawach sercowych, ale… możesz na mnie liczyć - nie było jej łatwo wypowiedzieć te słowa, bo nie były tylko obietnicą pomocy. Były pierwszym wyciągnięciem ręki ponad miesiącami milczenia, urażonej dumy i wzajemnych pretensji. A jednak nie potrafiła się odwrócić i przejść obok cierpienia kobiety obojętnie. Nieraz powtarzała sobie, że to męczące, że nie warto, że następnym razem po prostu odpuści. Nigdy nie potrafiła, nie tak naprawdę. Była w tym jakaś irytująca słabość, głęboko zakorzeniona, starsza od jej dumy i rozsądku. Słabość wyłącznie wobec garstki ludzi, których raz wpuściła do swojego świata. Desideria od lat należała do tego niewielkiego grona, nawet jeśli obie uparcie udawały ostatnimi miesiącami, że jest inaczej.
Każda historia miała przynajmniej dwie strony, a prawda bardzo rzadko znajdowała się wyłącznie po jednej z nich. Ta myśl nie była próbą usprawiedliwiania Louvaina. Była raczej wyrazem ostrożności, którą Astoria pielęgnowała niemal obsesyjnie. Zbyt wiele razy widziała ludzi wydających wyroki, zanim poznali wszystkie okoliczności. Sama nie chciała popełnić podobnego błędu. Oni oboje musieli chcieć szczerej rozmowy, która pozwoliłaby im pokonać trudności. A przecież nie miała pojęcia, czy Louvain tego chciał. Nie wiedziała nawet, czy Desideria jeszcze tego chciała, czy raczej rozpaczliwie próbowała zatrzymać wspomnienie człowieka, którego już nie było. I właśnie dlatego każde słowo rady wydawało jej się nieuczciwe. Mogła powiedzieć: walcz. Mogła powiedzieć: odpuść. Mogła powtórzyć któryś z tych pustych sloganów, które ludzie rozdawali sobie nawzajem z zadziwiającą łatwością, jakby cudze życie było prostym równaniem. Ale żadna z tych odpowiedzi nie należała do niej.
- Przykro mi, Desi - powiedziała cicho, a szczerość tych słów zaskoczyła nawet ją samą. Nie było w nich uprzejmej formułki ani obowiązku. Było tylko ciężkie, autentyczne współczucie. - Nie znoszę patrzeć, jak cierpisz. Nie zasługujesz na takie traktowanie. - przegryzła dolną wargę, podejmując decyzję i ostrożnie uniosła dłonie, by objąć ją ramionami. Przyciągnęła ją do siebie na tyle delikatnie, jakby obawiała się, że zbyt mocny uścisk mógłby rozsypać to, co z takim trudem jeszcze trzymało się w całości.
- Jeśli jest cokolwiek… cokolwiek, co mogę zrobić… - odezwała się cicho, odkładając całą swoją dumę i potrzebę kontrolowania emocji na bok. - Nie obiecuję, że znajdę rozwiązanie. Nigdy nie byłam dobra w sprawach sercowych, ale… możesz na mnie liczyć - nie było jej łatwo wypowiedzieć te słowa, bo nie były tylko obietnicą pomocy. Były pierwszym wyciągnięciem ręki ponad miesiącami milczenia, urażonej dumy i wzajemnych pretensji. A jednak nie potrafiła się odwrócić i przejść obok cierpienia kobiety obojętnie. Nieraz powtarzała sobie, że to męczące, że nie warto, że następnym razem po prostu odpuści. Nigdy nie potrafiła, nie tak naprawdę. Była w tym jakaś irytująca słabość, głęboko zakorzeniona, starsza od jej dumy i rozsądku. Słabość wyłącznie wobec garstki ludzi, których raz wpuściła do swojego świata. Desideria od lat należała do tego niewielkiego grona, nawet jeśli obie uparcie udawały ostatnimi miesiącami, że jest inaczej.
learn the rules
then break some
then break some