01.07.2026, 11:15 ✶
Hrabia de la Rochefouclaud Montbel zazwyczaj nie lubił słuchać nikogo i niczego, poza własnym wewnętrznym niekończącym się monologiem. Z drugiej strony, kiedy rozpoczął swój "wieczorny kurs" magipsychiatrii, bardzo dużo wysiłku włożył w to, żeby chociaż nominalnie słuchać pacjentów, nawet jeżeli miałoby to li tylko byś podstawą do później zastosowanej na nich manipulacji. Głos Botta był przyjemny, ciepły. Słodki jak jego słodycze. Był taki troskliwy, taki trzęsący się nad tymi wszystkimi, którzy być może doświadczali tego samego.
Gabriel nigdy nie gustował w blondynach, ale przeszła mu przez głowę myśl, że chciałby sprawdzić, czy jego krew jest równie słodka, co poza niewinności i altruizmu, która wręcz krzyczała o przetestowanie.
Nawet nie wyciągnął zębów. Talent i ciężka praca tego rosłego słodziaka sprawiały, że dobre, cywilizowane stosunki z nim były na wagę złota.
– Za tydzień. Za tydzień w moim gabinecie – nie miał jeszcze gabinetu, ale w sumie właśnie postanowił, że będzie go mieć. Nie mógł przecież przyjmować tych wszystkich biedaczków w swojej komnacie w opactwie, bo po pierwsze Lucy mogłaby być niezadowolona, po drugie słodka ciemnojadaczka rozrosła się bardziej niż przypuszczał i wzbudzała nerwowe impulsy w czarodziejach nienawykłych do tej pięknej rośliny. Tymczasem pokoik gospodarczy w agencji detektywistycznej panny Rosewood mógł być pospiesznie przemeblowany, niewielki szezlong, krzesło, mała szafa na ubrania kojarzące się magom z czymś miłym i bezpiecznym.
Gabriel westchnął ciężko, nie chodziło nawet o to że tak bardzo chciał wracać do pracy. Po prostu potrzebował nie tylko makaroników spod rąk najznamienitszego cukiernika XX wieku, ale potrzebował też krwi, a zważywszy na problemy wampirzej społeczności i spontaniczne wysysanie ludzi na ulicach, miał dziwne wrażenie, że jego łowy mogłyby mieć szalenie krótkie nogi. Oczywiście mógł się żywić na mugolach, za którymi nikt by nawet palcem nie kiwnął, i po prawdzie robił to przecież aby utrzymać się przy życiu, ale krew bez tej magicznej iskry była po prostu… jałowa.
– To miejsce… jest bardzo miłe i spełniło swoją funkcję, ale zawsze jest dobrze mieć przystań, bezpieczne otoczenie w którym dusza może się rozluźnić i w zaufaniu podzielić się swoją bolączką. Czasem wystarczy tylko rozmowa. Uporządkowanie wspomnień, skonfrontowanie się z emocjami i potrzebami, które za nimi stoją. Czasem… jak w tym przypadku… magihipnoza jest niezbędna. To paskudne zaklęcie i paskudne oddziaływanie na ludzi dobrej woli. Bardzo mi przykro, że Ciebie to spotkało, pozostaje się cieszyć, że są narzędzia, aby to powtrzymać. – Uśmiechnął się kojąco, jak tylko potrafił najlepiej, choć już wiedział, że przyjdzie mu spędzić trochę czasu przed lustrem, aby wypolerować miły, kojący wyraz twarzy. – Podeślę Ci adres, bo teraz ha… wyleciał mi z głowy. – zaśmiał się lekko dotykając opuszkami palców czoła, jakby to jego własne działania autohipnotyczne były temu winne. – Mam tam teraz tylko adresy cukierni do których chciałem się udać w celu zrealizowania swojej cukierniczej fantazji. Podniebienie mojej pani wymaga mistrzowskiego potraktowania – Urwał nieco skołowany własnym wyznaniem, a wraz z tą niezręcznością podniósł się i kompulsywnie sprawdził godzinę na kopertowym zegarku, który przed chwilą pełnił funkcję wahadełka. –Pozwól, że przedstawię Ci jeszcze kilka ćwiczeń oddechowych, wspierających duchową obronę, przed ingerencją zaklęcia. Razem z adresem mogę wysłać również kilka dobrych kadzidełek na sen, wspierających rekonwalescencję. Strach to potężne narzędzie, ale my jako ludzkość szczęśliwie znaleźliśmy kilka całkiem skutecznych sposobów przeciwko niemu. – Nie wspomniał o własnych strachach, które wciąż potrafiły niszczyć go na tygodnie, sprawiać, że nie miał ochoty opuszczać pozbawionego pościeli łóżka. Nie wspomniał o własnym krzyku, o szarpaninie, gdy tylko prześcieradło krępowało mu ruchy, nie wspomniał o koszmarach w których zimne ściany krypty były coraz bliżej i bliżej, a on tracił oddech, choć nigdy przecież nie musiał oddychać będąc żywym trupem. Nie wspomniał o niczym, bo i nie było potrzeby, skoro teraz był tylko i aż akwizytorem zdrowia psychicznego. Akwizytorem o całkiem przyjemnym uśmiechu i było nie było skutecznym władaniu sztuką hipnozy. Zamiast tego ćwiczył oddech z rosłym blondynem, zdradzał mu tajniki odwracania uwagi, osadzania się i kotwiczenia w rzeczywistości, gdy nadchodził atak, jakikolwiek atak emocjonalnej nadwyżki. Za tydzień i tak się spotkają, może za dwa… Może następnym razem zajrzy głębiej w jego świadomość, żeby znaleźć traumę nad którą warto byłoby pracować długoterminowo. Altruiści, ci którzy zawsze chcieli dawać, nigdy brać… Jak tam Twoje poczucie własnej wartości panie Bott? Jak tam pańskie dzieciństwo? Jak tam kłębiący się gniew, gdy gesty dobroci pozostają bez odpowiedzi? Jak tam poczucie winy? Uśmiech Gabriela był całkiem szczery. Lubił zawiązywać nowe znajomości. Zwłaszcza takie słodkie.
Gabriel nigdy nie gustował w blondynach, ale przeszła mu przez głowę myśl, że chciałby sprawdzić, czy jego krew jest równie słodka, co poza niewinności i altruizmu, która wręcz krzyczała o przetestowanie.
Nawet nie wyciągnął zębów. Talent i ciężka praca tego rosłego słodziaka sprawiały, że dobre, cywilizowane stosunki z nim były na wagę złota.
– Za tydzień. Za tydzień w moim gabinecie – nie miał jeszcze gabinetu, ale w sumie właśnie postanowił, że będzie go mieć. Nie mógł przecież przyjmować tych wszystkich biedaczków w swojej komnacie w opactwie, bo po pierwsze Lucy mogłaby być niezadowolona, po drugie słodka ciemnojadaczka rozrosła się bardziej niż przypuszczał i wzbudzała nerwowe impulsy w czarodziejach nienawykłych do tej pięknej rośliny. Tymczasem pokoik gospodarczy w agencji detektywistycznej panny Rosewood mógł być pospiesznie przemeblowany, niewielki szezlong, krzesło, mała szafa na ubrania kojarzące się magom z czymś miłym i bezpiecznym.
Gabriel westchnął ciężko, nie chodziło nawet o to że tak bardzo chciał wracać do pracy. Po prostu potrzebował nie tylko makaroników spod rąk najznamienitszego cukiernika XX wieku, ale potrzebował też krwi, a zważywszy na problemy wampirzej społeczności i spontaniczne wysysanie ludzi na ulicach, miał dziwne wrażenie, że jego łowy mogłyby mieć szalenie krótkie nogi. Oczywiście mógł się żywić na mugolach, za którymi nikt by nawet palcem nie kiwnął, i po prawdzie robił to przecież aby utrzymać się przy życiu, ale krew bez tej magicznej iskry była po prostu… jałowa.
– To miejsce… jest bardzo miłe i spełniło swoją funkcję, ale zawsze jest dobrze mieć przystań, bezpieczne otoczenie w którym dusza może się rozluźnić i w zaufaniu podzielić się swoją bolączką. Czasem wystarczy tylko rozmowa. Uporządkowanie wspomnień, skonfrontowanie się z emocjami i potrzebami, które za nimi stoją. Czasem… jak w tym przypadku… magihipnoza jest niezbędna. To paskudne zaklęcie i paskudne oddziaływanie na ludzi dobrej woli. Bardzo mi przykro, że Ciebie to spotkało, pozostaje się cieszyć, że są narzędzia, aby to powtrzymać. – Uśmiechnął się kojąco, jak tylko potrafił najlepiej, choć już wiedział, że przyjdzie mu spędzić trochę czasu przed lustrem, aby wypolerować miły, kojący wyraz twarzy. – Podeślę Ci adres, bo teraz ha… wyleciał mi z głowy. – zaśmiał się lekko dotykając opuszkami palców czoła, jakby to jego własne działania autohipnotyczne były temu winne. – Mam tam teraz tylko adresy cukierni do których chciałem się udać w celu zrealizowania swojej cukierniczej fantazji. Podniebienie mojej pani wymaga mistrzowskiego potraktowania – Urwał nieco skołowany własnym wyznaniem, a wraz z tą niezręcznością podniósł się i kompulsywnie sprawdził godzinę na kopertowym zegarku, który przed chwilą pełnił funkcję wahadełka. –Pozwól, że przedstawię Ci jeszcze kilka ćwiczeń oddechowych, wspierających duchową obronę, przed ingerencją zaklęcia. Razem z adresem mogę wysłać również kilka dobrych kadzidełek na sen, wspierających rekonwalescencję. Strach to potężne narzędzie, ale my jako ludzkość szczęśliwie znaleźliśmy kilka całkiem skutecznych sposobów przeciwko niemu. – Nie wspomniał o własnych strachach, które wciąż potrafiły niszczyć go na tygodnie, sprawiać, że nie miał ochoty opuszczać pozbawionego pościeli łóżka. Nie wspomniał o własnym krzyku, o szarpaninie, gdy tylko prześcieradło krępowało mu ruchy, nie wspomniał o koszmarach w których zimne ściany krypty były coraz bliżej i bliżej, a on tracił oddech, choć nigdy przecież nie musiał oddychać będąc żywym trupem. Nie wspomniał o niczym, bo i nie było potrzeby, skoro teraz był tylko i aż akwizytorem zdrowia psychicznego. Akwizytorem o całkiem przyjemnym uśmiechu i było nie było skutecznym władaniu sztuką hipnozy. Zamiast tego ćwiczył oddech z rosłym blondynem, zdradzał mu tajniki odwracania uwagi, osadzania się i kotwiczenia w rzeczywistości, gdy nadchodził atak, jakikolwiek atak emocjonalnej nadwyżki. Za tydzień i tak się spotkają, może za dwa… Może następnym razem zajrzy głębiej w jego świadomość, żeby znaleźć traumę nad którą warto byłoby pracować długoterminowo. Altruiści, ci którzy zawsze chcieli dawać, nigdy brać… Jak tam Twoje poczucie własnej wartości panie Bott? Jak tam pańskie dzieciństwo? Jak tam kłębiący się gniew, gdy gesty dobroci pozostają bez odpowiedzi? Jak tam poczucie winy? Uśmiech Gabriela był całkiem szczery. Lubił zawiązywać nowe znajomości. Zwłaszcza takie słodkie.