03.07.2026, 08:32 ✶
– Straszliwie – zapewnił Christopher, z trudem powstrzymując chęć położenia nacisku na []istrasz[/i].
– Na pewno nigdy więcej niż zjecie smaczniejszej – dodała gorliwie kobieta, a Chris pomyślał sobie, że zupełnie nie wyglądała na psychopatkę, a chyba jednak psychopatką była. Niby niewinne zdanie w jego uszach brzmiało absolutnie złowieszczo.
Jeszcze się przekonamy, pomyślał, z typową dla siebie pewnością siebie.
*
– Ranisz mnie, skarbie – westchnął Chris, kiedy Victoria zapowiedziała, że nie powinien pić. Kobieta za ladą rozpromieniła się w uśmiechach.
– Podamy tylko pół szklaneczki, pieczeń będzie najwcześniej za godzinę, potem spokojnie sobie zjecie, a jeszcze Carol wspominała, że musicie poczekać, żeby Tom przyniósł wam paliwa. Na pewno zdąży wywietrzyć z głowy – obiecała, błyskawicznie nalewając im alkoholu. Chris faktycznie dostał pół szklaneczki, ale „szklaneczki”, które im zaserwowano, były w istocie wielkimi szklankami.
Spoglądał na naczynie trochę sceptycznie, zastanawiając się, czy czegoś do tego nie dodano. Alkohol mógł być równie dobrze sposobem zbudowania pozytywnego wrażenia i przetrzymania ich tu odrobinę dłużej, jak i sprawienia, że będą potem mniej ruchliwi, kiedy zostaną rzuceni strachowi na pożarcie. W każdym razie, choć szczerze miał ochotę na spróbowanie tego cydru, gdy kobieta odwróciła się i wybiegła, wzywając jakąś Emily, pochylił się i wlał część zawartości szklanki do najbliższego kwiatka.
Nawet kwiat w donicy zdawał się tu kwitnąć podejrzanie pięknie.
– Mam wrażenie, że są… zdesperowani – szepnął do Victorii. Może dlatego, że Samhain było coraz bliżej, że dwie ofiary się im wymknęły, i że nie mogli mieć pewności czy pojawią się wkrótce kolejne w na tyle odosobnionym miejscu. Wszelkie rozbawienie znikło z jego twarzy, zastąpione powagą: było jasne, że musieli uważać, bo jeśli mieszkańcy choćby pomyślą, że i oni mogą się im wymknąć, mogli sięgnąć po coś znacznie gwałtowniejszego od gwoździ w oponach.
Chwilę później z zaplecza wyszła dziewczyna, młoda, chyba jeszcze nastolatka: na oko miała jakieś siedemnaście, może osiemnaście lat. Była dość podobna do swojej… chyba ciotki, która ich obsługiwała, i niosła tacę z talerzami.
– Cześć – przywitała się z uśmiechem i ostrożnie postawiła tacę. – Mam nadzieję, że wam zasmakuje, dopiero uczę się przygotowywać słynny sos cioci, a dziś nie spodziewaliśmy się gości… rzadko tu ktoś zajeżdża poza dostawcami. Chociaż jesteście już drugą parą w dwa dni! Przepraszam, nie powinnam chyba tyle gadać? Ale zastanawiam się, skąd jesteście.
– Na pewno nigdy więcej niż zjecie smaczniejszej – dodała gorliwie kobieta, a Chris pomyślał sobie, że zupełnie nie wyglądała na psychopatkę, a chyba jednak psychopatką była. Niby niewinne zdanie w jego uszach brzmiało absolutnie złowieszczo.
Jeszcze się przekonamy, pomyślał, z typową dla siebie pewnością siebie.
*
– Ranisz mnie, skarbie – westchnął Chris, kiedy Victoria zapowiedziała, że nie powinien pić. Kobieta za ladą rozpromieniła się w uśmiechach.
– Podamy tylko pół szklaneczki, pieczeń będzie najwcześniej za godzinę, potem spokojnie sobie zjecie, a jeszcze Carol wspominała, że musicie poczekać, żeby Tom przyniósł wam paliwa. Na pewno zdąży wywietrzyć z głowy – obiecała, błyskawicznie nalewając im alkoholu. Chris faktycznie dostał pół szklaneczki, ale „szklaneczki”, które im zaserwowano, były w istocie wielkimi szklankami.
Spoglądał na naczynie trochę sceptycznie, zastanawiając się, czy czegoś do tego nie dodano. Alkohol mógł być równie dobrze sposobem zbudowania pozytywnego wrażenia i przetrzymania ich tu odrobinę dłużej, jak i sprawienia, że będą potem mniej ruchliwi, kiedy zostaną rzuceni strachowi na pożarcie. W każdym razie, choć szczerze miał ochotę na spróbowanie tego cydru, gdy kobieta odwróciła się i wybiegła, wzywając jakąś Emily, pochylił się i wlał część zawartości szklanki do najbliższego kwiatka.
Nawet kwiat w donicy zdawał się tu kwitnąć podejrzanie pięknie.
– Mam wrażenie, że są… zdesperowani – szepnął do Victorii. Może dlatego, że Samhain było coraz bliżej, że dwie ofiary się im wymknęły, i że nie mogli mieć pewności czy pojawią się wkrótce kolejne w na tyle odosobnionym miejscu. Wszelkie rozbawienie znikło z jego twarzy, zastąpione powagą: było jasne, że musieli uważać, bo jeśli mieszkańcy choćby pomyślą, że i oni mogą się im wymknąć, mogli sięgnąć po coś znacznie gwałtowniejszego od gwoździ w oponach.
Chwilę później z zaplecza wyszła dziewczyna, młoda, chyba jeszcze nastolatka: na oko miała jakieś siedemnaście, może osiemnaście lat. Była dość podobna do swojej… chyba ciotki, która ich obsługiwała, i niosła tacę z talerzami.
– Cześć – przywitała się z uśmiechem i ostrożnie postawiła tacę. – Mam nadzieję, że wam zasmakuje, dopiero uczę się przygotowywać słynny sos cioci, a dziś nie spodziewaliśmy się gości… rzadko tu ktoś zajeżdża poza dostawcami. Chociaż jesteście już drugą parą w dwa dni! Przepraszam, nie powinnam chyba tyle gadać? Ale zastanawiam się, skąd jesteście.