03.07.2026, 23:42 ✶
Hałas, który usłyszał zza drzwi, nie był przypadkowy. Jeszcze kilka sekund wcześniej Astoria z całej siły odsunęła od siebie nieszczęsny lampion. Dynia prześlizgnęła się po blacie i z głuchym stuknięciem uderzyła o drewnianą skrzynię stojącą pod ścianą. Nie pękła. Niestety. Wciąż istniała, uparcie przypominając jej o kilku godzinach zmarnowanej pracy. Stała oparta dłońmi o stół, z pochyloną głową i zaciśniętymi szczękami. Fartuch nosił ślady pomarańczowego miąższu, na mankietach roboczej szaty widniały smugi wilgotnego soku z dyni, a pojedyncze pasma włosów wymknęły się z idealnego upięcia. Gdy usłyszała pukanie, odruchowo wyprostowała plecy. Jednym ruchem odsunęła od siebie narzędzia i poprawiła fartuch, jakby samo uporządkowanie stanowiska pracy mogło zamaskować fakt, że przed chwilą była o krok od rzucenia czymś o ścianę.
- Wejdź - mruknęła, słysząc głos brata. Na jego widok przez krótką chwilę zapomniała o lampionach. Leo wyglądał, jak zwykle, nieskazitelnie. Kącik jej ust drgnął niemal niezauważalnie. Normalnie dorównywała mu elegancją, ale teraz czuła się przy nim jak kocmołuch. Kiedy próbował wykorzystać dar snowidzenia, wytrzymała jego spojrzenie bez mrugnięcia. Doskonale znała to charakterystyczne skupienie. Obserwowała je od dzieciństwa i równie dobrze rozpoznawała chwilę, w której magia odmawiała mu współpracy.
- Zechcesz mi pomóc? - zaproponowała z nadzieją w głosie, że może jednak nie zostanie sama na polu bitwy. - Robię lampiony na Samhain. Miałam kilka zamówień, ale muszę jeszcze zrobić dla siebie… no, i planowałam też dla ciebie. Tyle, że idzie mi coraz gorzej - westchnęła ciężko i sięgnęła po jeden z lampionów, obracając go w dłoniach z miną konserwatora oglądającego bezpowrotnie zniszczony eksponat. Uniosła dynię nieco wyżej, żeby brat mógł dokładnie przyjrzeć się efektowi.
- Jedynie pierwszy wyszedł mi przyzwoicie. Doprawdy żałosne - krótka pauza, by sięgnąć po drugą karykaturę, która miała być dla Laurence'a. - Oba są okropne. - Nie było w tym ani cienia przesady. Odłożyła lampiony z powrotem na blat i oparła się biodrem o stół.
- Im bardziej próbuję, tym gorzej wychodzi. Za każdym razem myślę, że wystarczy poprawić jeden detal. Potem drugi. Potem trzeci. I nagle okazuje się, że zniszczyłam wszystko, co wcześniej było całkiem przyzwoite - spojrzała z niechęcia na kolejne warzywo czekające w kolejce.
- Jestem zawodową kustoszką sztuki, malarką. Potrafię odrestaurować dwustuletni obraz z mikropęknięciami w warstwie farby, a przegrywam z warzywem - w jej głosie pobrzmiewała frustracja i zrezygnowanie. Może powinna odpocząć, może jutro pójdzie jej lepiej? - I proszę cię, nawet nie próbuj mówić, że nie są takie złe. Lampiony robione przez dzieci wyglądają lepiej.
- Wejdź - mruknęła, słysząc głos brata. Na jego widok przez krótką chwilę zapomniała o lampionach. Leo wyglądał, jak zwykle, nieskazitelnie. Kącik jej ust drgnął niemal niezauważalnie. Normalnie dorównywała mu elegancją, ale teraz czuła się przy nim jak kocmołuch. Kiedy próbował wykorzystać dar snowidzenia, wytrzymała jego spojrzenie bez mrugnięcia. Doskonale znała to charakterystyczne skupienie. Obserwowała je od dzieciństwa i równie dobrze rozpoznawała chwilę, w której magia odmawiała mu współpracy.
- Zechcesz mi pomóc? - zaproponowała z nadzieją w głosie, że może jednak nie zostanie sama na polu bitwy. - Robię lampiony na Samhain. Miałam kilka zamówień, ale muszę jeszcze zrobić dla siebie… no, i planowałam też dla ciebie. Tyle, że idzie mi coraz gorzej - westchnęła ciężko i sięgnęła po jeden z lampionów, obracając go w dłoniach z miną konserwatora oglądającego bezpowrotnie zniszczony eksponat. Uniosła dynię nieco wyżej, żeby brat mógł dokładnie przyjrzeć się efektowi.
- Jedynie pierwszy wyszedł mi przyzwoicie. Doprawdy żałosne - krótka pauza, by sięgnąć po drugą karykaturę, która miała być dla Laurence'a. - Oba są okropne. - Nie było w tym ani cienia przesady. Odłożyła lampiony z powrotem na blat i oparła się biodrem o stół.
- Im bardziej próbuję, tym gorzej wychodzi. Za każdym razem myślę, że wystarczy poprawić jeden detal. Potem drugi. Potem trzeci. I nagle okazuje się, że zniszczyłam wszystko, co wcześniej było całkiem przyzwoite - spojrzała z niechęcia na kolejne warzywo czekające w kolejce.
- Jestem zawodową kustoszką sztuki, malarką. Potrafię odrestaurować dwustuletni obraz z mikropęknięciami w warstwie farby, a przegrywam z warzywem - w jej głosie pobrzmiewała frustracja i zrezygnowanie. Może powinna odpocząć, może jutro pójdzie jej lepiej? - I proszę cię, nawet nie próbuj mówić, że nie są takie złe. Lampiony robione przez dzieci wyglądają lepiej.
learn the rules
then break some
then break some