05.07.2026, 09:09 ✶
Pochylił się nieco i przesunął kciukiem po dłoni Victorii, może odruchowo, może w jakimś uspokajającym geście. Chris dość często grzeszył nieco nadmierną pewnością siebie, ale nawet on wiedział, że w tej chwili są w dość… delikatnym położeniu. Mieli do czynienia nie tylko z nietypowym potworem, ale też musieli brać pod uwagę, że ich największymi wrogami będą prawdopodobnie ludzi. Kto wie, czy nie wszyscy?
Nie zwrócił większej uwagi na paliwo: założył, że kobieta, która polecała Starego Toma i pobiegła tu przodem, musiała o tym wspomnieć. Za to już sporo na ich podejście, które zdawało się aż nazbyt usłużne po spotkaniu z Brianem i jego żoną.
– Tak, świetny – przytaknął, prostując się, choć sam cydru nie tknął, a sporą część szklanki opróżnił do donicy. Nie spojrzał na razie na Emily, obserwując zamiast tego Victorię, jakby szukał oznak świadczących o tym, że do cydru, faktycznie smacznego, ale i bardzo mocnego, coś dodano. Ale chyba na razie chciano ich tylko lekko podchmielić. Jeżeli stwór wychodził na żer nocą, to i nic dziwnego…
– Tak, podobno źle skręcili. Przegapili tablicę – powiedziała dziewczyna, ustawiając przed nimi talerze. – A potem nawaliło im coś w aucie, Stary Tom je naprawiał. Mam na imię Emily – przedstawiła się, potwierdzając ich podejrzenia i obdarzyła szerokim uśmiechem. Chris spojrzał na nią wreszcie, i chociaż widywał zło pod naprawdę różnymi postaciami, także tymi najbardziej niewinnymi, to pomyślał, że naprawdę ma nadzieję, że tego dzieciaka w to wszystko nie wciągnięto.
– Oczywiście – roześmiała się na pytanie Victorii. – Mieszkam tu dopiero od pół roku. Mój ojciec… no nie mógł się już mną dłużej zajmować, a dopiero za parę dni będę pełnoletnia… – powiedziała i spochmurniała trochę, ale zaraz znów przywołała uśmiech na twarz. – W każdym razie myślałam, że to straszne zesłanie, ale szybko przywykłam, to naprawdę niezwykłe miejsce. W mieście było tyle biedy, śmieci, a tu każdemu naprawdę dobrze się żyje.
– Zauważyłem gwoździe poprzybijane do drzwi. To jakiś miejscowy zwyczaj? Może jakieś święto? – spytał Chris neutralnym tonem, sięgając po widelec. Emily postawiła na razie przed nimi przystawki: pewnie pieczeń celowo będą opóźniać, skoro chcieli ich tu przetrzymać, ale jak był pewien, zależało im, aby nie zaczęli chodzić po wiosce w międzyczasie. Być może właśnie ktoś wbijał gwoździe w ich opony i lepiej, by tego nie zobaczyli…
– To jakaś miejscowa opowieść. Żelazo ma chronić przed czymś, co nadciąga po zmroku? Wiecie, trochę jak ta opowieść biblijna, z malowaniem znaków na drzwiach Izraelitów… wezwana moc wie, że ten dom jest nietykalny…
– Emily! Chodź mi pomóż! – zawołała właścicielka, stając w progu zaplecza.
Nie zwrócił większej uwagi na paliwo: założył, że kobieta, która polecała Starego Toma i pobiegła tu przodem, musiała o tym wspomnieć. Za to już sporo na ich podejście, które zdawało się aż nazbyt usłużne po spotkaniu z Brianem i jego żoną.
– Tak, świetny – przytaknął, prostując się, choć sam cydru nie tknął, a sporą część szklanki opróżnił do donicy. Nie spojrzał na razie na Emily, obserwując zamiast tego Victorię, jakby szukał oznak świadczących o tym, że do cydru, faktycznie smacznego, ale i bardzo mocnego, coś dodano. Ale chyba na razie chciano ich tylko lekko podchmielić. Jeżeli stwór wychodził na żer nocą, to i nic dziwnego…
– Tak, podobno źle skręcili. Przegapili tablicę – powiedziała dziewczyna, ustawiając przed nimi talerze. – A potem nawaliło im coś w aucie, Stary Tom je naprawiał. Mam na imię Emily – przedstawiła się, potwierdzając ich podejrzenia i obdarzyła szerokim uśmiechem. Chris spojrzał na nią wreszcie, i chociaż widywał zło pod naprawdę różnymi postaciami, także tymi najbardziej niewinnymi, to pomyślał, że naprawdę ma nadzieję, że tego dzieciaka w to wszystko nie wciągnięto.
– Oczywiście – roześmiała się na pytanie Victorii. – Mieszkam tu dopiero od pół roku. Mój ojciec… no nie mógł się już mną dłużej zajmować, a dopiero za parę dni będę pełnoletnia… – powiedziała i spochmurniała trochę, ale zaraz znów przywołała uśmiech na twarz. – W każdym razie myślałam, że to straszne zesłanie, ale szybko przywykłam, to naprawdę niezwykłe miejsce. W mieście było tyle biedy, śmieci, a tu każdemu naprawdę dobrze się żyje.
– Zauważyłem gwoździe poprzybijane do drzwi. To jakiś miejscowy zwyczaj? Może jakieś święto? – spytał Chris neutralnym tonem, sięgając po widelec. Emily postawiła na razie przed nimi przystawki: pewnie pieczeń celowo będą opóźniać, skoro chcieli ich tu przetrzymać, ale jak był pewien, zależało im, aby nie zaczęli chodzić po wiosce w międzyczasie. Być może właśnie ktoś wbijał gwoździe w ich opony i lepiej, by tego nie zobaczyli…
– To jakaś miejscowa opowieść. Żelazo ma chronić przed czymś, co nadciąga po zmroku? Wiecie, trochę jak ta opowieść biblijna, z malowaniem znaków na drzwiach Izraelitów… wezwana moc wie, że ten dom jest nietykalny…
– Emily! Chodź mi pomóż! – zawołała właścicielka, stając w progu zaplecza.