07.07.2026, 12:30 ✶
Kostka
– Gwóźdź wbity w oponę to coś symbolicznie innego niż taki wywieszony dla ochrony. Zwłaszcza że czy żelazo go odpycha? Czy może to dla niego znak, że tu mieszkają ludzie, których nie powinien ruszać? – zastanowił się Chris, już za kierownicą. – Być może paliwo zmieszali z wodą?
Skoro auto i tak miało potem trafić gdzieś do utopienia czy ukrycia w lasach, to nie musieli się martwić uszkodzonym bakiem. Tyle że w tym wypadku Chris wziął od mężczyzny kanister i wlał tylko odrobinę, bo w istocie wcale nie brakowało im paliwa: resztę schował, po spytaniu, czy może zatrzymać kanister, przy okazji upewniając się, że mają broń ułożoną w taki sposób, że Victoria będzie mogła sprawnie po nią sięgnąć.
Choć żałował, że siekiera została w tyle.
– Jak Jaś wykarmiony przez Babę Jagę – odparł bez zastanowienia. I to mimo tego, że z bólem serca poszedł do łazienki i tak na wszelki wypadek zmusił się tam do wymiotów, aby usunąć część środków, jakie mogliby podać. W każdym razie był okropnie najedzony, mimo tej wizyty w toalecie, ale nie czuł się słabo. Może mieszkańcy nie czuli, że muszą kogoś osłabić przed konfrontacją z tym potworem. – Trzymaj się, kocie – zarządził, ruszając.
Z wioski wyjeżdżał powoli. Zarówno dlatego, że opony mniej nagrzane i wolniej się poruszające mogły wolniej uszkadzać się od gwoździa, jak i dlatego, że się rozglądał, czy ktoś ich obserwuje. Potem wyjechali na drogę, którą podróżowali wczoraj i tu zwolnił jeszcze bardziej, przełączając światła na długie, tak by mogli z daleka dostrzec stracha, gdyby wyległ na drogę. Victoria mogła zerkać spokojnie na tę stronę, na której wczoraj grasował potwór.
Pierwszy dziwny odgłos, lekki trzask, zarzucenie, nastąpił kawałek przed miejscem, w którym wczoraj znaleźli Briana i jego partnerkę. Zaraz potem kolejny: być może te gwoździe wbito nawet nie w dwie opony, jak wczoraj wydawało się Chrisowi, a we wszystkie cztery, albo uszkodzono je jeszcze dodatkowo, aby na pewno musieli się zatrzymać. Coś trzasnęło, i to byłby moment, w którym każdy normalny kierowca zatrzymałby się, aby sprawdzić, co się dzieje i czy nie trzeba zmienić opony, nie chcąc ryzykować wypadku.
Ale oni nie byli normalni.
Victorii pośród roślin mignęła jakaś sylwetka.
Chris zaś dodał gazu do dechy. Opony i tak nie miały przetrwać długo, ale samochody miały to do siebie, że mogły chwilę toczyć się choćby siłą rozpędu. Przejechali z dużą prędkością obok miejsca, w którym parkowali wczoraj, a choć dźwięki były złowróżbne, i samochodem zarzucało, zdołali dojechać do miejsca, gdzie został ich samochód.
– Wyskakuj i szykuj nasze auto – rzucił Chris, wypadając z samochodu, który zaparkował w poprzek drogi. Nie żeby mieli od razu próbować uciec, ale musieli mieć taką możliwość, gdyby nie poszło dość dobrze. Sam dopadł bagażnika, cisnął worek z solą himalajską na ziemię, szybko wysypując ją na ziemię, a potem wygrzebał strzelbę i maczetę.
– Gwóźdź wbity w oponę to coś symbolicznie innego niż taki wywieszony dla ochrony. Zwłaszcza że czy żelazo go odpycha? Czy może to dla niego znak, że tu mieszkają ludzie, których nie powinien ruszać? – zastanowił się Chris, już za kierownicą. – Być może paliwo zmieszali z wodą?
Skoro auto i tak miało potem trafić gdzieś do utopienia czy ukrycia w lasach, to nie musieli się martwić uszkodzonym bakiem. Tyle że w tym wypadku Chris wziął od mężczyzny kanister i wlał tylko odrobinę, bo w istocie wcale nie brakowało im paliwa: resztę schował, po spytaniu, czy może zatrzymać kanister, przy okazji upewniając się, że mają broń ułożoną w taki sposób, że Victoria będzie mogła sprawnie po nią sięgnąć.
Choć żałował, że siekiera została w tyle.
– Jak Jaś wykarmiony przez Babę Jagę – odparł bez zastanowienia. I to mimo tego, że z bólem serca poszedł do łazienki i tak na wszelki wypadek zmusił się tam do wymiotów, aby usunąć część środków, jakie mogliby podać. W każdym razie był okropnie najedzony, mimo tej wizyty w toalecie, ale nie czuł się słabo. Może mieszkańcy nie czuli, że muszą kogoś osłabić przed konfrontacją z tym potworem. – Trzymaj się, kocie – zarządził, ruszając.
Z wioski wyjeżdżał powoli. Zarówno dlatego, że opony mniej nagrzane i wolniej się poruszające mogły wolniej uszkadzać się od gwoździa, jak i dlatego, że się rozglądał, czy ktoś ich obserwuje. Potem wyjechali na drogę, którą podróżowali wczoraj i tu zwolnił jeszcze bardziej, przełączając światła na długie, tak by mogli z daleka dostrzec stracha, gdyby wyległ na drogę. Victoria mogła zerkać spokojnie na tę stronę, na której wczoraj grasował potwór.
Pierwszy dziwny odgłos, lekki trzask, zarzucenie, nastąpił kawałek przed miejscem, w którym wczoraj znaleźli Briana i jego partnerkę. Zaraz potem kolejny: być może te gwoździe wbito nawet nie w dwie opony, jak wczoraj wydawało się Chrisowi, a we wszystkie cztery, albo uszkodzono je jeszcze dodatkowo, aby na pewno musieli się zatrzymać. Coś trzasnęło, i to byłby moment, w którym każdy normalny kierowca zatrzymałby się, aby sprawdzić, co się dzieje i czy nie trzeba zmienić opony, nie chcąc ryzykować wypadku.
Ale oni nie byli normalni.
Victorii pośród roślin mignęła jakaś sylwetka.
Chris zaś dodał gazu do dechy. Opony i tak nie miały przetrwać długo, ale samochody miały to do siebie, że mogły chwilę toczyć się choćby siłą rozpędu. Przejechali z dużą prędkością obok miejsca, w którym parkowali wczoraj, a choć dźwięki były złowróżbne, i samochodem zarzucało, zdołali dojechać do miejsca, gdzie został ich samochód.
– Wyskakuj i szykuj nasze auto – rzucił Chris, wypadając z samochodu, który zaparkował w poprzek drogi. Nie żeby mieli od razu próbować uciec, ale musieli mieć taką możliwość, gdyby nie poszło dość dobrze. Sam dopadł bagażnika, cisnął worek z solą himalajską na ziemię, szybko wysypując ją na ziemię, a potem wygrzebał strzelbę i maczetę.