Święta zawsze były dla niej dziwnym czasem, w którym przez długi czas nie umiała się odnaleźć. Kiedy jeszcze była mała, jej mama próbowała dbać o to, by wszyscy zasiadali przy stole. Próbowała – o, to było chyba odpowiednie słowo, biorąc pod uwagę że jej mąż traktował te dni jak każde inne i nie zawsze na wspólnych uroczystościach bywał. Nie ważne jednak czy Fenris faktycznie w domu był czy nie, zawsze pozostawała po nim, jakaś ciągnąca się po kątach niepewność. Przez długi więc czas, zwyczajnie sabatów nie lubiła, jakby twarz ojca miała wyszczerzyć się na nią, kiedy tylko odwróciłaby się przez ramię. Ale w Rejwachu… w Rejwachu było inaczej. Miło, spokojnie i brakowało duszącej atmosfery.
Senka ubrała się z okazji obiadu w różowiutką sukienkę, obszytą pluszem na dole, dekolcie i dookoła rękawków. Wyjmowała ją tylko na specjalne okazje, bo obszywki z chęcią zostawały na wszystkim, czego można było się dotknąć, ale specjalna okazja zobowiązywała, prawda? Wcześniejsze uroczystości, które zdążyła obiec z Keyleth, uraczyła zaledwie ciemną spódnicą i najwyględniejszym płaszczem w jej szafie, ale nie oczekiwała tam spotkać nikogo, komu należało pokazać że obchodzi święta.
Usiadła koło Nico, uważnym spojrzeniem przypatrując się wszystkiemu, co trafiło na stół. Doraźne pomaganie przy kuchennych przygotowaniach to jedno, a oglądanie wszystkiego w pełnej glorii i chwale, to drugie.
— Ja też nie — zapewniła Woodiego, bo dla niej mogli z miejsca zacząć wszystko jeść i zacząć kłamać Lewisowi, jakie to wszystko było pyszne.
Blood is rare and sweet as cherry wine