Atreus nigdy nie miał przesadnie dużo okazji ku temu, by spędzać czas w Dolinie Godryka. Jemu to miejsce kojarzyło się przede wszystkim z Sabatami, które kowen organizował na Polanie Ognisk. A oprócz tego? Porzucał Brennie w okno kamieniami i może parę razy odwiedził jakąś daleką rodzinę, albo Julian zaprosił go na obiad. Wszystko wydawało mu się równie znajome, co obce, jakby podążał jakąś granicą leżącą idealnie pośrodku.
Blondynowi w pewien sposób przelatywały nad głowa powody, które pchały ludzi do zaglądania w Knieję Godryka. To, ze czaiły się tam widma, wydawało się nikogo nie zrażać w odpowiedni sposób – nie w taki, jaki według Atreusa powinni czuć wszelcy śmiałkowie, bo nie trudno mu było sobie przypomnieć ten strach, który czuł pod koniec sierpnia, kiedy jedno z nich znalazł z Geraldine w lesie, a drugie wylazło z piwnicy. I podobnie jak Victoria, skłonny był powtarzać w myślach swoje przemyślenia na temat nekromancji. No, może nie całej nekromancji, bo był to temat dość obszerny i zawiły, ale jeśli chodziło o patronusy to skory był się nie powstrzymywać. Kiedy było to jedyne narzędzie zmagania się z tymi istotami, Ministerstwo powinno ustosunkować się jak najszybciej, a nie liczyć na posłuszeństwo zdenerwowanych cywili, ze ktoś im las śmie zabierać.
— Wiesz co ja bym sobie tutaj pierdolnął? — zapytał, dłońmi błądząc po kieszeniach i wreszcie wyciągając z nich papierosy i zapalniczkę. — Taki wielki rytuał. Na całą Knieję najlepiej. Jak są te, które odstraszają mugoli, to żeby je zmodyfikować i położyć coś takiego żeby ludzie mieli wstręt do zbliżania się do Kniei, póki nie mają na to pozwolenia, czy coś takiego. — Zapalniczka pstryknęła pod palcami i rozżarzyła koniuszek papierosa, a chmurka sinego dymu powędrowała zaraz ku górze. — Szczerze? Brak mi trochę pomysłów, ale pozwolenie uczenia się na błędach jest chyba zanadto brutalne. Zabezpieczenia runiczne wokół Polany, skoro to o nią ma być wojna?