07.07.2026, 23:29 ✶
Astoria zacisnęła szczękę tak mocno, że przez moment rozbolały ją skronie. Nie znosiła, gdy ktokolwiek widział ją w chwili słabości. Emocje należało zamykać za starannie wypolerowaną fasadą uprzejmości, zmęczenie ignorować, a ból traktować jak coś prywatnego, niemal wstydliwego. Nie miała zwyczaju skarżyć się na własne ciało, nawet wtedy, gdy odmawiało posłuszeństwa. Dlatego wyprostowała się niemal natychmiast. Powoli odsunęła plecy od chłodnego muru i uniosła brodę odrobinę wyżej, jakby samą postawą mogła przekonać świat, że nic się nie stało.
Pierwszy oddech okazał się błędem. Powietrze wdarło się do płuc zbyt gwałtownie, rozlewając pod mostkiem znajome, ostre pieczenie. Miała wrażenie, że ktoś zacisnął wokół jej klatki piersiowej żelazną obręcz i z każdą sekundą dokręca ją coraz mocniej. Mięśnie między żebrami napinały się boleśnie, próbując wymusić głębszy wdech, lecz organizm uparcie odmawiał współpracy. Przełknęła ślinę, usiłując zignorować narastający ucisk, lecz ten zamiast ustąpić, wspiął się wyżej, aż do gardła. Powietrze zaczęło świszczeć cicho przy każdym wdechu, a serce, pobudzone wysiłkiem i stresem, biło tak szybko, że niemal zagłuszało szum wiatru.
Odwróciła twarz, mając naiwną nadzieję, że Othello nie zwróci uwagi. Zamknęła oczy. Wdech. Krótka pauza. Wydech. Jeszcze raz.
- Nic mi nie będzie… - zapewniła. Wiedziała z doświadczenia, że panika była najgorszym sprzymierzeńcem duszności. Im bardziej próbowała zaczerpnąć powietrza, tym bardziej organizm zamykał się na kolejne wdechy.
Bała się, że zaraz coś na nich wyskoczy. Każdy szmer wśród wysokich traw sprawiał, że odruchowo obracała głowę. Każde poruszenie gałęzi przyciągało spojrzenie. Palce mocniej zacisnęły się na różdżce, a serce, zamiast zwolnić, ponownie przyspieszyło. Obawiała się, że płonący Vaillantowie nie byli końcem tej historii, a jedynie jej początkiem. Kiedy ciężki mechanizm bramy wreszcie ustąpił z głuchym zgrzytem, odetchnęła niemal niezauważalnie.
Oddech wciąż pozostawał płytszy, niż powinien, lecz był już na tyle równy, by mogła ruszyć przed siebie bez zdradzania, jak wiele wysiłku kosztowało ją dojście do tego stanu. Nie chciała być ciężarem. Nie po tym, co właśnie wspólnie przeszli. Jeśli mieli stąd wyjść, zamierzała zrobić wszystko, by Othello ani przez chwilę nie musiał wybierać między własnym bezpieczeństwem a pomaganiem jej. Nawet jeśli oznaczało to zaciśnięcie zębów i udawanie, że płonące płuca są jedynie drobną niedogodnością.
Drzwi wejściowe, które jeszcze przed chwilą pozostawały nieruchome, poruszyły się z przeciągłym skrzypnięciem. Ciemność zalegająca w holu zdawała się gęstnieć, przybierając kształt, którego nie potrafiła od razu zrozumieć. Przez moment miała wrażenie, że to jedynie cień, złudzenie wywołane zmęczeniem i nadmiarem emocji. Potem cień wykonał krok. Coś wyłoniło się zza progu. Sylwetka była nienaturalnie wysoka, zbyt chuda, jakby zbudowana z samych ostrych kątów i wydłużonych kończyn. Nie widziała twarzy. W miejscu, gdzie powinny znajdować się rysy, zalegała jedynie ciemność, a mimo to miała nieodparte wrażenie, że istota patrzy prosto na nich. Przez jej ciało przebiegł lodowaty dreszcz. W następnej chwili zacisnęła palce na rękawie jego płaszcza i pociągnęła go gwałtownie za sobą, wykorzystując otwartą bramę jako jedyną drogę ucieczki. Metalowe skrzydła przemknęły tuż obok nich, gdy wypadli poza granice posiadłości.
- Tak… naprawdę myślałam, że już po nas - odetchnęła z ulgą, kiedy znaleźli się po drugiej stronie. Spojrzała na własną dłoń. Drżała. Ledwie zauważalnie. Schowała ją więc w fałdach płaszcza, zanim zdążyła zdradzić więcej, niż zamierzała. - Czy… mógłbyś zabrać mnie ze sobą na Pokątną? - zapytała cicho. Potrafiła aportować się sprawnie i precyzyjnie, ale wymagało to skupienia, chłodnej głowy i pełnej kontroli nad własnym ciałem. Teraz nie miała żadnej z tych rzeczy. Płuca nadal paliły po szaleńczym biegu, a rozszczepienie nie należało do rzeczy, których chciała doświadczyć.
Pierwszy oddech okazał się błędem. Powietrze wdarło się do płuc zbyt gwałtownie, rozlewając pod mostkiem znajome, ostre pieczenie. Miała wrażenie, że ktoś zacisnął wokół jej klatki piersiowej żelazną obręcz i z każdą sekundą dokręca ją coraz mocniej. Mięśnie między żebrami napinały się boleśnie, próbując wymusić głębszy wdech, lecz organizm uparcie odmawiał współpracy. Przełknęła ślinę, usiłując zignorować narastający ucisk, lecz ten zamiast ustąpić, wspiął się wyżej, aż do gardła. Powietrze zaczęło świszczeć cicho przy każdym wdechu, a serce, pobudzone wysiłkiem i stresem, biło tak szybko, że niemal zagłuszało szum wiatru.
Odwróciła twarz, mając naiwną nadzieję, że Othello nie zwróci uwagi. Zamknęła oczy. Wdech. Krótka pauza. Wydech. Jeszcze raz.
- Nic mi nie będzie… - zapewniła. Wiedziała z doświadczenia, że panika była najgorszym sprzymierzeńcem duszności. Im bardziej próbowała zaczerpnąć powietrza, tym bardziej organizm zamykał się na kolejne wdechy.
Bała się, że zaraz coś na nich wyskoczy. Każdy szmer wśród wysokich traw sprawiał, że odruchowo obracała głowę. Każde poruszenie gałęzi przyciągało spojrzenie. Palce mocniej zacisnęły się na różdżce, a serce, zamiast zwolnić, ponownie przyspieszyło. Obawiała się, że płonący Vaillantowie nie byli końcem tej historii, a jedynie jej początkiem. Kiedy ciężki mechanizm bramy wreszcie ustąpił z głuchym zgrzytem, odetchnęła niemal niezauważalnie.
Oddech wciąż pozostawał płytszy, niż powinien, lecz był już na tyle równy, by mogła ruszyć przed siebie bez zdradzania, jak wiele wysiłku kosztowało ją dojście do tego stanu. Nie chciała być ciężarem. Nie po tym, co właśnie wspólnie przeszli. Jeśli mieli stąd wyjść, zamierzała zrobić wszystko, by Othello ani przez chwilę nie musiał wybierać między własnym bezpieczeństwem a pomaganiem jej. Nawet jeśli oznaczało to zaciśnięcie zębów i udawanie, że płonące płuca są jedynie drobną niedogodnością.
Drzwi wejściowe, które jeszcze przed chwilą pozostawały nieruchome, poruszyły się z przeciągłym skrzypnięciem. Ciemność zalegająca w holu zdawała się gęstnieć, przybierając kształt, którego nie potrafiła od razu zrozumieć. Przez moment miała wrażenie, że to jedynie cień, złudzenie wywołane zmęczeniem i nadmiarem emocji. Potem cień wykonał krok. Coś wyłoniło się zza progu. Sylwetka była nienaturalnie wysoka, zbyt chuda, jakby zbudowana z samych ostrych kątów i wydłużonych kończyn. Nie widziała twarzy. W miejscu, gdzie powinny znajdować się rysy, zalegała jedynie ciemność, a mimo to miała nieodparte wrażenie, że istota patrzy prosto na nich. Przez jej ciało przebiegł lodowaty dreszcz. W następnej chwili zacisnęła palce na rękawie jego płaszcza i pociągnęła go gwałtownie za sobą, wykorzystując otwartą bramę jako jedyną drogę ucieczki. Metalowe skrzydła przemknęły tuż obok nich, gdy wypadli poza granice posiadłości.
- Tak… naprawdę myślałam, że już po nas - odetchnęła z ulgą, kiedy znaleźli się po drugiej stronie. Spojrzała na własną dłoń. Drżała. Ledwie zauważalnie. Schowała ją więc w fałdach płaszcza, zanim zdążyła zdradzić więcej, niż zamierzała. - Czy… mógłbyś zabrać mnie ze sobą na Pokątną? - zapytała cicho. Potrafiła aportować się sprawnie i precyzyjnie, ale wymagało to skupienia, chłodnej głowy i pełnej kontroli nad własnym ciałem. Teraz nie miała żadnej z tych rzeczy. Płuca nadal paliły po szaleńczym biegu, a rozszczepienie nie należało do rzeczy, których chciała doświadczyć.
learn the rules
then break some
then break some