— Hm. Uspokoiło się, czyli nie musicie siedzieć dwadzieścia cztery godziny bez przerwy i możliwości powrotu do domu. Nie napływają do was bez przerwy ranni, którym domy zawaliły się na głowę, albo których posiekał jakiś dupek. Uspokoiło się, czyli czy na przykład, miałbyś czas wypić kawkę — sprecyzował. Nie wątpił, że w szpitalu nigdy tak naprawdę nie mogło być spokojnie, ale to co działo się w Mungu w nocy z ósmego na dziewiątego września było ewenementem. Wszystko gotowało się, ścierało ze sobą i człowiek nie wiedział na czym skoncentrować uwagę. Nawet siedząc w swojej sali słyszał z korytarza poruszenie, które wydawało się nie kończyć. — Mam nadzieję, że ten stan nie potrwa jeszcze długo — poklepał Basiliusa po ramieniu, uśmiechając się do niego lekko, ale w wyraźnie zmęczony sposób.
Wrzesień się jeszcze nie skończył, rozłażąc we wręcz nieprawdopodobny sposób, a Atreus wciąż czuł się tak samo niewyspany i znużony. Nie było czasu by zgubić się w kasynie, bo z jakiegoś powodu uznał, że praca to będzie jego sposób na zajęcie myśli. Siedział więc w niej do oporu i ile tylko mógł, męcząc ciało bardziej niż bezsenność z którą już wcześniej się zmagał.
— Czemu nie? Jestem na dworze, chcę zapalić — skrzywił się wyraźnie. Nawet nie chodziło o to, że chciał – zwyczajnie musiał. Nałóg nie pozwalał o sobie zapomnieć, nawet jeśli próbował. Nie dotknęła go klątwa ognia, całe kurwa szczęście, bo inaczej chyba chodziłby po ścianach, ale jednocześnie zwyczajnie zapominał, że niektórzy mogli mieć co do tego jakieś obiekcje. Starał się tego unikać w towarzystwie Brenny, ale reszta? Reszta spychana była na dalszy plan. — I co sobie z tych jabłek zrobisz, kompot? Tam jest jakiś stragan z warzywami — wskazał na któreś ze stoisk, które miało przybity znak z koszem owoców.