08.07.2026, 02:23 ✶
Kiedy dostrzegła Zenka wyłaniającego się z bocznego przejścia, odłożyła tekturową podkładkę na blat, przez krótką chwilę łudząc się jeszcze, że tajemniczy Badacz postanowił wejść do Rejwachu od mniej oczywistej strony. Myśl rozpłynęła się jednak niemal natychmiast, gdy tylko Zenek omal nie potknął się o burego kota, a Septima poczuła do niego nagły, zupełnie nieproszony przypływ wrażenia duchowego pokrewieństwa. Uśmiech rozchylił jej twarz na moment, po czym zwinął się z powrotem gdzieś w kąciku niespokojnych ust.
Zenek niezmiennie wprawiał ją w lekką konsternację. Nie tyle sposobem bycia, ile samą aparycją. Był mugolakiem i najwyraźniej nigdy nie próbował zatrzeć z siebie śladów świata, z którego pochodził. W samym środku Nokturnu odznaczał się niemal ostentacyjnie; pośród ciężkich szat, wyświechtanych peleryn i czarodziejskiej osobliwości (niektórzy powiedzieli by nawet tandety), wyglądał, jakby przypadkiem wniósł do Rejwachu fragment zupełnie innego Londynu — tego pachnącego mokrym asfaltem, witrynami sklepów i elektrycznymi neonami, choć żaden z nich nie miał prawa świecić po tej stronie miasta.
Nie było w tym jednak nic wymuszonego. Nie sprawiał wrażenia człowieka próbującego zwrócić na siebie uwagę. Przeciwnie. Nosił swoją mugolskość z bezwysiłkową swobodą, o której Ollivander zamknięta w swojej ciasnej zbroi osobiście narzuconych oczekiwań, mogła by tylko pomarzyć.
Kiedy więc zachwiał się gwałtownie, omal nie lądując na kanapie, odruchowo oderwała dłoń od blatu. Palce zacisnęły się na powietrzu, nie znajdując niczego, czego mogłyby się uchwycić, choć nie było to potrzebne. Zenek przetrwał swoje starcie z pędzącą przed siebie, futrzaną przeszkodą.
Skinęła głową z ulgą. Powietrze uszło z jej ramion cicho, niemal słyszalnie. Może nie była żywą istotą, a przedziurawionym pontonem z basenu bogatego mugola?
— To twoja wina. Wystraszyłeś go — zawyrokowała zaczepnie. Ale Zenek od razu zadał jej pytanie i to takie, które wnet przemieniło jej oblicze w obkutą lodem rzeźbę bez żadnego wyrazu. — Hm… ja… — urwała z cichym zmieszaniem, marszcząc nos. Nigdy nie rozumiała, dlaczego najprostsze pytania potrafiły czasem rozplątać jej myśli skuteczniej niż najbardziej skomplikowane dyskusje o rdzeniach różdżek czy właściwościach drewna. A może rozumiała, tylko nie chciała się do niczego przyznać.
— Chyba… tak? — odpowiedziała w końcu, ale zabrzmiało to bardziej jak pytanie niż odpowiedź. Uciekła spojrzeniem ku blatowi, pozwalając palcom zająć się tekturową podkładką.
Muzyka nigdy nie była w jej domu czymś, o czym się żarliwie dyskutowało. Po prostu… była. Sączyła się z gramofonu podczas długich jesiennych popołudni, kiedy Garrick odkładał kolejne próbki drewna do pudełek podpisanych pismem, którego poza nim nikt nie potrafił odczytać, matka cerowała rozprute mankiety koszul, a Finneas, z nogami podwiniętymi pod siebie, próbował przekonać wszystkich, że dyrygowanie niewidzialną orkiestrą jest zajęciem poważnym i produktywnym. Gdy saksofon rozplatał kurz i roztocza, Septima siedziała wtedy na dywanie z kawałkiem hebanu albo książką otwartą na kolanach i z czasem przestała zauważać, kiedy jedna płyta kończyła się, a druga zaczynała. Tworzyły jedną, spójną narrację, której nigdy nie potrafiła nazwać, ani zdefiniować.
W zamyśleniu podważała paznokciem wyblakłą farbę na tekturowej podkładce. Spojrzenie powoli odwinęło się od blatu i osiadło na Zenku.
— Lubię, kiedy… — zawahała się, szukając właściwych słów. Nie posiadała ich. Za każdym razem, gdy próbowała wypowiadać się o sztuce, miała wrażenie, że zostawia najważniejszą część gdzieś pomiędzy splotem nieuporządkowanych myśli, a językiem. Nie potrafiła mówić o sztuce z elokwencją — w tym tkwiło sedno jej obecnych frustracji. Ale może nie powinna była pozować na żadnego znawcę. Przecież nim nie była.
Kącik jej ust drgnął nieśmiało. Uśmiech wypełzł powoli, jak kot sprawdzający ostrożnie, czy warto wyjść spod ławki.
— Pokaż mi coś, to ci powiem, czy mi się podoba.
Zabawne. W domu muzyka pachniała herbatą i politurą. Tutaj piwem i zaduchem, który spotkać można było wyłącznie w domach rozwodników. Ale może muzyka od Zenka miała zupełnie inny zapach.
Z sąsiedniego stolika oderwał się krótki wybuch śmiechu. Przeleciał ponad ich głowami, zahaczył o portrety i zdechł gdzieś pod sufitem, nie znajdując sobie miejsca pomiędzy muzyką. Ktoś potem przesunął krzesło po drewnianej podłodze, a dźwięk rozorał jazz na krótką chwilę, po czym zniknął pod nim bez żadnego śladu. Muzyk może i by znalazł w tej kakofonii bez harmonii sens i rytm, ale Septima znaleźć go nie potrafiła.
Zenek niezmiennie wprawiał ją w lekką konsternację. Nie tyle sposobem bycia, ile samą aparycją. Był mugolakiem i najwyraźniej nigdy nie próbował zatrzeć z siebie śladów świata, z którego pochodził. W samym środku Nokturnu odznaczał się niemal ostentacyjnie; pośród ciężkich szat, wyświechtanych peleryn i czarodziejskiej osobliwości (niektórzy powiedzieli by nawet tandety), wyglądał, jakby przypadkiem wniósł do Rejwachu fragment zupełnie innego Londynu — tego pachnącego mokrym asfaltem, witrynami sklepów i elektrycznymi neonami, choć żaden z nich nie miał prawa świecić po tej stronie miasta.
Nie było w tym jednak nic wymuszonego. Nie sprawiał wrażenia człowieka próbującego zwrócić na siebie uwagę. Przeciwnie. Nosił swoją mugolskość z bezwysiłkową swobodą, o której Ollivander zamknięta w swojej ciasnej zbroi osobiście narzuconych oczekiwań, mogła by tylko pomarzyć.
Kiedy więc zachwiał się gwałtownie, omal nie lądując na kanapie, odruchowo oderwała dłoń od blatu. Palce zacisnęły się na powietrzu, nie znajdując niczego, czego mogłyby się uchwycić, choć nie było to potrzebne. Zenek przetrwał swoje starcie z pędzącą przed siebie, futrzaną przeszkodą.
Skinęła głową z ulgą. Powietrze uszło z jej ramion cicho, niemal słyszalnie. Może nie była żywą istotą, a przedziurawionym pontonem z basenu bogatego mugola?
— To twoja wina. Wystraszyłeś go — zawyrokowała zaczepnie. Ale Zenek od razu zadał jej pytanie i to takie, które wnet przemieniło jej oblicze w obkutą lodem rzeźbę bez żadnego wyrazu. — Hm… ja… — urwała z cichym zmieszaniem, marszcząc nos. Nigdy nie rozumiała, dlaczego najprostsze pytania potrafiły czasem rozplątać jej myśli skuteczniej niż najbardziej skomplikowane dyskusje o rdzeniach różdżek czy właściwościach drewna. A może rozumiała, tylko nie chciała się do niczego przyznać.
— Chyba… tak? — odpowiedziała w końcu, ale zabrzmiało to bardziej jak pytanie niż odpowiedź. Uciekła spojrzeniem ku blatowi, pozwalając palcom zająć się tekturową podkładką.
Muzyka nigdy nie była w jej domu czymś, o czym się żarliwie dyskutowało. Po prostu… była. Sączyła się z gramofonu podczas długich jesiennych popołudni, kiedy Garrick odkładał kolejne próbki drewna do pudełek podpisanych pismem, którego poza nim nikt nie potrafił odczytać, matka cerowała rozprute mankiety koszul, a Finneas, z nogami podwiniętymi pod siebie, próbował przekonać wszystkich, że dyrygowanie niewidzialną orkiestrą jest zajęciem poważnym i produktywnym. Gdy saksofon rozplatał kurz i roztocza, Septima siedziała wtedy na dywanie z kawałkiem hebanu albo książką otwartą na kolanach i z czasem przestała zauważać, kiedy jedna płyta kończyła się, a druga zaczynała. Tworzyły jedną, spójną narrację, której nigdy nie potrafiła nazwać, ani zdefiniować.
W zamyśleniu podważała paznokciem wyblakłą farbę na tekturowej podkładce. Spojrzenie powoli odwinęło się od blatu i osiadło na Zenku.
— Lubię, kiedy… — zawahała się, szukając właściwych słów. Nie posiadała ich. Za każdym razem, gdy próbowała wypowiadać się o sztuce, miała wrażenie, że zostawia najważniejszą część gdzieś pomiędzy splotem nieuporządkowanych myśli, a językiem. Nie potrafiła mówić o sztuce z elokwencją — w tym tkwiło sedno jej obecnych frustracji. Ale może nie powinna była pozować na żadnego znawcę. Przecież nim nie była.
Kącik jej ust drgnął nieśmiało. Uśmiech wypełzł powoli, jak kot sprawdzający ostrożnie, czy warto wyjść spod ławki.
— Pokaż mi coś, to ci powiem, czy mi się podoba.
Zabawne. W domu muzyka pachniała herbatą i politurą. Tutaj piwem i zaduchem, który spotkać można było wyłącznie w domach rozwodników. Ale może muzyka od Zenka miała zupełnie inny zapach.
Z sąsiedniego stolika oderwał się krótki wybuch śmiechu. Przeleciał ponad ich głowami, zahaczył o portrety i zdechł gdzieś pod sufitem, nie znajdując sobie miejsca pomiędzy muzyką. Ktoś potem przesunął krzesło po drewnianej podłodze, a dźwięk rozorał jazz na krótką chwilę, po czym zniknął pod nim bez żadnego śladu. Muzyk może i by znalazł w tej kakofonii bez harmonii sens i rytm, ale Septima znaleźć go nie potrafiła.
Kocham drewno i duże bicepsy.