Nie do końca wiedział o co chodziło Stelli. Nie miał zamiaru się przecież z nikim wiązać. Może nie tyle co nawet nie miał zamiaru co nie nadawał się do takiego związku. Przynajmniej według siebie. Było wielu, lepszych kandydatów niż po prostu Borgin.
- Nie, no Stella. Co Ty mówisz w ogóle - zdziwił się po chwili na jej słowa o tym, że kiedyś sobie kogoś znajdzie - Ja się nie nadaje do takich rzeczy - kontynuował. Nawet jeżeliby się nadawał to zbytnio w to nie wierzył. Która głupia by z nim wytrzymała? Z jego dziecinnymi zachowaniami w pewnych momentach - Zresztą jaki ze mnie kandydat do jakichkolwiek rzeczy tego typu… Matrymonialnych czy innego tego typu… Ja się nawet nie potrafię od własnej matki wyprowadzić, a co dopiero jakieś śluby czy coś… - przetarł butem po podłodze - Nie wiem. To chyba nie dla mnie. Która by niby chciała, kogoś takiego jak ja? - zapytał pannę Avery. Stanley podszedł do siebie ze standardowym, krytycznym podejściem. Wszędzie doszukiwał się swojej winy albo nierozwagi. Po części znęcał się nad samym sobą. No ale cóż… Tak działa przesadna samokrytyka.
- Naprawdę? - spojrzał na nią kiedy wypowiedziała się pozytywnie o niedzielnych obiadkach - Jak chcesz, to możesz wpadać częściej. Ona na pewno nie będzie miała nic przeciwko - dodał wskazując na swoją matkę, która właśnie przygotowywała się do odpytki Stelli - A, że ona tu po części rządzi no to wiesz… Dla mnie to też nie problem - dopowiedział, a następnie się zamknął, aby posłuchać o co tak naprawdę wypytywała Anne.
- No widzę, że na razie to standardowo… Skąd się znacie… - powiedział, słuchając pierwszej kwestii Anne dotyczącej tego, że jej syn nie chwalił się, że kogoś poznał. Tu był lekko pies pogrzebany. Prawda była taka, że rzeczywiście poznał… I to bardzo fajną dziewczynę z która się na pewno dogadywał. Jednak mimo wszystko nie było nic więcej między nimi. A na pewno nie oficjalnie, ponieważ “oficjalnie” już było na obiadkach.
- I po co to pytanie o zawód? - pokręcił głową z niezadowolenia - Jak jej syn wybrał taką swoją lepszą połowę, to nawet mogłaby sprzedawać pocztówki. To jego wybór i koniec - odparł. Niby jego matka chciałaby dla niego jak najlepiej ale to jednak on sam miał największy wpływ na to wszystko. Jakby przecież nie polubiła jego drugiej połówki to musiałaby z tym żyć… Albo pożegnać się z własnym synem…
- To już jest jakaś przesada… Normalną pracą? A praca w ministerstwie to co? Pies? Ona myśli, że tam się można tak o, z ulicy dostać? - powiedział rozsierdzony. Nie spodobały mu się słowa Anne - Tylko to całe ministerstwo - przedrzeźniał ją - Oooo, i jeszcze czego… Nie widzi poza nim życia… Ja nie wiem… Ona mnie chyba w ogóle nie kocha - założył ręce na klatce - Może powinienem się wyprowadzić z tego domu, skoro jej tak wszystko nie pasuje? - rzucił w eter - Stanley to, Stanley tamto. Stanley sramto - zdenerwował się - Wszystko jej kurwa nie pasuje. Co to w ogóle ma znaczyć - bulwersował się - A te wszystkie nadgodziny to co? To ja dla siebie robię? - pokiwał przecząco głową. Całkowicie nie zgadzał się ze słowami swojej matki.
- No i oczywiście. Trzyma stronę wszystkich, tylko nie moją - zacisnął pięść z tej całej złości - Gdyby tylko ojci… - zaczął mówić, jednak nie skończył. Urwał zdanie w połowie, odwracając wzrok na bok jakby chciał coś ukryć. Uronił małą łzę z tego powodu ale starał się mimo wszystko zachowywać twardo. To go jednak przerosło. Nie mógł sobie pozwolić dłużej na takie traktowanie. Nic złego w życiu nie zrobił, poza małymi ekscesami z panną Avery. Ale tak to nic więcej, a Anne traktowała go prawie jak najgorszego bandytę.
- Ciekawe co teraz Ci powie… - skomentował widząc jak Anne nachyla się do Stelli - Bo mężczyzn to trzeba sobie wychować? - zacytował - Nic z tych rzeczy. Nie ze mną te numery. Ja jestem nie do wychow… - przerwał kiedy usłyszał jak sama Anne stwierdziła, że z jej synem nie powinno być jakoś przeważnie trudno - To całkowita nieprawda. Nie da się mnie wychować. Żadna tego nie uczyni - zapewniał - Jestem prawdziwym mężczyzną. Chodzę swoimi drogami. Robię co chce - zaczął podkreślać dlaczego akurat jego nie da się “oswoić” - Co ona sobie wyobraża? Że jakaś kobieta zawróci mi w głowie i będę latał za nią… - przerwał przygryzając wargi. Zdał sobie sprawę, że w zasadzie to już był w trakcie takiego treningu. Najgorsze w tym wszystkim było to, że poddał mu się nie świadomie. A dodatkowo całkowicie to zaakceptował.
- Umm… - wyrzucił z siebie tylko na słowa Anne dotyczące tego jak Stanley patrzy na Stellę. Miała w tym co najmniej trochę racji… Może jednak więcej niż trochę. Całkowitą rację? Nie raz już tak miał, że zapatrywał się w nią bez tchu życia. Co więcej, zrobił to nawet nie tak dawno temu. Najlepsze w tym było to, że zachował się w tamtym momencie dokładnie tak samo, jak podczas głównego wspomnienia. Został całkowicie opętany, a następnie zamknięty w swego rodzaju transie.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972