08.07.2026, 17:44 ✶
Skakał wzrokiem między Tarpaulinem a duchem. W tle majaczyła mu upichcona pieczeń. Pięknie pachniała, ta gąska. Jak tak leżała na kracie w całości, bezwstydnie rozbebeszona, to sprawiała wrażenie, jakby sama wskoczyła Lewisowi do pieca. A potrawy parowały. Enjorlas prześwitywał i zlewał się z parą.
Nawiedzona modlitwa obijała się o kieliszki i zastawę. Powracała do uszu z echem. Szklane kieliszki drżały. Zenek trochę nie wiedział, co robić i na kogo patrzeć, więc zaczął kreślić w powietrzu znak krzyża, aż modlitwa została zakończona.
Kiedy Woody nalewał im zupy, Zenek także skorzystał. — A, to ja wina porozlewam. — zaoferował się z sekundą opóźnienia. Jeszcze trzymał w rękach miskę ciepłej zupy. To ją odstawił, wstał i chwycił za dzban czerwonego wina. Zenek bardzo chciał tego wina. Przez chwilę chybotał się nad stołem razem z dzbanem, nalewając każdemu, kto mu pomachał kieliszkiem. Nic nie rozlał. W końcu usiadł na miejscu, z zupą i kieliszkiem.
Obejrzał się na biesiadniczki, za rekomendacją.
— Jak landrynka i cytrynka. — pokiwał głową lekko z aprobatą. Smakowita para z zupy łaskotała mu włosy na brodzie. — A jaką nam zupkę Lewis zrobił. Nikt kucharza nie chwali. — kucharzowi przyjrzał się bliżej, bo siedział tuż obok niego. Lewis w odświętnej koszuli, to jakby się zawlekł w pańską skórkę.
Woody chwycił za serwetę, to Zenkowi się przypomniało, że trzeba zacząć jeść. Reszta stołu chyba też się już za to powoli zabierała. No to Zenek wyciągnął serwetkę spod talerza. Rozłożył jednym ruchem. Każdy jeżyk niósł własne jabłko. Głupio mu było sadzać jeżyki na własnym kroczu. No więc serwetę złożył ponownie, a zaraz po tym chwycił łyżkę. Stuknął metalem o porcelanę, jak zanurzał ją w zupie.
Gdzieś tam pod ścianą, w dziurach zapaliły się oczy diabelskich stworzeń. To szczuroszczety wychylały nosa z ukrycia, przebudzone zapachami i krzątaniną ludzką. Wychynęły ze swojej kryjówki. Parada szczuroszczetów szturmowała pod nogi stołu. Ich trzepoczące macki zbliżały się z każdą minutą.
Jamę ustną Zenka zalał smak dyni. Przez chwilę nic innego w lokalu nie istniało. Tylko dynia, dynia, dynia. Niemal utopił nos w tej zupie. Znad talerza uniósł się dopiero na wzmiankę o kablach.
Potakiwał radośnie z zupą w gębie. Kable. Właśnie tak. Woody zapamiętał dobrze i nie trzeba go było w niczym poprawiać. No i bardzo dobrze, bo język był zajęty doświadczaniem zupy.
Nawiedzona modlitwa obijała się o kieliszki i zastawę. Powracała do uszu z echem. Szklane kieliszki drżały. Zenek trochę nie wiedział, co robić i na kogo patrzeć, więc zaczął kreślić w powietrzu znak krzyża, aż modlitwa została zakończona.
Kiedy Woody nalewał im zupy, Zenek także skorzystał. — A, to ja wina porozlewam. — zaoferował się z sekundą opóźnienia. Jeszcze trzymał w rękach miskę ciepłej zupy. To ją odstawił, wstał i chwycił za dzban czerwonego wina. Zenek bardzo chciał tego wina. Przez chwilę chybotał się nad stołem razem z dzbanem, nalewając każdemu, kto mu pomachał kieliszkiem. Nic nie rozlał. W końcu usiadł na miejscu, z zupą i kieliszkiem.
Obejrzał się na biesiadniczki, za rekomendacją.
— Jak landrynka i cytrynka. — pokiwał głową lekko z aprobatą. Smakowita para z zupy łaskotała mu włosy na brodzie. — A jaką nam zupkę Lewis zrobił. Nikt kucharza nie chwali. — kucharzowi przyjrzał się bliżej, bo siedział tuż obok niego. Lewis w odświętnej koszuli, to jakby się zawlekł w pańską skórkę.
Woody chwycił za serwetę, to Zenkowi się przypomniało, że trzeba zacząć jeść. Reszta stołu chyba też się już za to powoli zabierała. No to Zenek wyciągnął serwetkę spod talerza. Rozłożył jednym ruchem. Każdy jeżyk niósł własne jabłko. Głupio mu było sadzać jeżyki na własnym kroczu. No więc serwetę złożył ponownie, a zaraz po tym chwycił łyżkę. Stuknął metalem o porcelanę, jak zanurzał ją w zupie.
Gdzieś tam pod ścianą, w dziurach zapaliły się oczy diabelskich stworzeń. To szczuroszczety wychylały nosa z ukrycia, przebudzone zapachami i krzątaniną ludzką. Wychynęły ze swojej kryjówki. Parada szczuroszczetów szturmowała pod nogi stołu. Ich trzepoczące macki zbliżały się z każdą minutą.
Jamę ustną Zenka zalał smak dyni. Przez chwilę nic innego w lokalu nie istniało. Tylko dynia, dynia, dynia. Niemal utopił nos w tej zupie. Znad talerza uniósł się dopiero na wzmiankę o kablach.
Potakiwał radośnie z zupą w gębie. Kable. Właśnie tak. Woody zapamiętał dobrze i nie trzeba go było w niczym poprawiać. No i bardzo dobrze, bo język był zajęty doświadczaniem zupy.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.