Wyciągała trujące grzyby z niesamowitą wręcz cierpliwością, a co ważniejsze – zawsze wtedy kiedy nie patrzył, bo bardzo nie chciała żeby było mu przykro z tego powodu. Nie wyrzucała ich jednak tak zwyczajnie w las, albo znikała zaklęciem, zamiast tego wsadzając je w ziemię i sadząc na nowo, jakby cokolwiek miało im to pomóc w powrocie do gleby.
— Nie było nas, był las. Nie będzie nas, będzie las — wymruczała w odpowiedzi na jego błyskotliwe spostrzeżenia. Dora bardzo sobie ceniła tę przyrodniczą maksymę, jednocześnie uznając ją za jedną z ważniejszych rzeczy w swoim życiu i coś dzięki czemu można było lepiej docenić świat przyrody, który przecież otaczał wszystko. Nie miała tak skrajnych poglądów jak niektórzy, co głosili ze ludzie nie mieli prawa wyrywać naturze kolejnych kawałków zielonego świata, ale była absolutnie przekonana że leżał gdzieś złoty środek między naturą i kulturą.
Ubrana była w gruby sweter i ogrodniczki, które zostały na nim zapięte, a na tym wszystkim siedziała przeciwwiatrowa i nieprzemakalna kurtka. Na nogach miała natomiast kalosze, żeby mogła po lesie pomykać bez jakiegokolwiek strachu. Na razie wychodziło jej to fenomenalnie.
— Oh, pewnie zrobi takie super dobre grzybki marynowane. Ja bym takie zrobiła. Ale mam teraz na nie ochotę — zachwyciła się i nawet jej prawie ślinka pociekła na tę myśl. — Hmmm, możemy jeszcze parę zerwać. Tam widzę że się rozrastają, koło tych dziwnie szarawych drzew — wskazała palcem, nie zastanawiając się nawet dlaczego drzewa mogły mieć taki kolor, jakby troszkę za mgłą. Może faktycznie było na tyle wilgotno, że ta zaczynała się płożyć.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.