09.07.2026, 15:47 ✶
Zenek nie lubił jazzu. Nie jego zajawka. Nie jego gatunek. No, może brazylijska bossa nova. Ale to już było bardziej taneczne. Żeby coś takiego zapuścić, to musiał się między nimi pojawić wytrawny marynarz. Na razie miał przed sobą jedynie dziedziczkę różdżkarskiej fortuny, jak optymistycznie nazywał Ollivanderowski sklepik na Pokątnej.
Wracając do jazzu. To, co Woody czy inni laicy nazywali w Rejwachu jazzem, w rzeczywistości niewiele miało wspólnego z ambitną improwizacją. To to by się odbywało, jakby ktoś tu grał na pianinie. Może z akompaniamentem innych instrumentów. Ewentualnie jakby to Zenek zagrał na synthku, bo synthek wszystko potrafi. Ale nie. Tym, co katowało bębenki słuchaczy w danym momencie, był album easy listening jazz/blues, przez co wnętrze brzmiało jak z jakiegoś westernu. I to nie takiego udźwiękowionego przez Ennio Morricone.
Dźwięki wydobywające się spod igły, wpadające do tuby i transferowane na cały bar miały swoją funkcję. Miały usypiać. Uspokajać. Wprowadzać pijaków w stan lekkiego odprężenia. Tak, by nie rozwalili baru przed końcem zmiany tego, kto to zapuścił. W gruncie rzeczy to była porażka po stronie Zenka, że to "easy listening" jeszcze leciało. Powinien ogarniać zmiany nastroju. No, ogarniał. Właśnie ogarniał. I nie, wbrew obiegowym opiniom Zenek nie wystraszył żadnego kota. To nie jego wina, że kot mu się wepchał pod buty.
— Też nie lubię jazzu. — odparł Septimie, a frędzle zafalowały w zatęchłym od piwa powietrzu. Postał tam jeszcze chwilę, by Septima dokończyła myśl, ale on już usłyszał wystarczająco.
Podrapał się po zaroście. Wzrok wylądował gdzieś w górze. Jazz zalewał jego uszy, a on wyobraził sobie, że na suficie kręcił się wiatrak jak w prawdziwym saloon. Uderzał językiem o zęby. Z jego ust wydostało się zdawkowe: tsk tsk tsk.
— To muszę wrócić na zaplecze. Zaraz wracam.
Odwrócił się na pięcie. W dość dramatycznym podmuchu powietrza frędzle poszybowały do tyłu i w górę, podobnież jak nogawki dzwonów. Zenek oddalił się tam, skąd przybył. Już, już prawie sprawiał wrażenie, jakby miał wejść na scenę, ale gwałtownie skręcił do kanciapy pod schodami. Otworzył drzwi i tyle go widzieli.
Pociągnął za sznurek na wysokości głowy. Pojedyncza żarówka rozświetliła wnętrze kanciapy. Zenek dalej robił krótkie tsk tsk tsk. Rozejrzał się wokół, chociaż był tam zaledwie minutę temu, i odnalazł wzrokiem stertę z albumami. Pochylił się i przejechał po niej palcem. Leżące na stercie wąskie grzbiety okładek oferowały jedynie tytuł. Chwycił zatem za te z samego wierzchu sterty. Były to wydawnictwa z tego roku. Niektórych nawet jeszcze nie otworzył. Przeglądał okładki i prowadził krótkie kalkulacje w głowie, aż nie zdecydował się na cztery. Z albumami w dłoniach wyprostował się. Zerknął jeszcze na odłożone na bok albumy żeńskich wokalistek. Popatrzył na ich dzikie, rude włosy. Dziwne, że każda z nich takie miała. No ale to chyba stereotyp wiedźmy. Albo logotyp. Popatrzył też na ich skąpe odzienie. I stwierdził… nie no, Septimie takiego chłamu nie będzie pokazywał. Może jak jej się jego wybór nie spodoba. Zobaczymy. Pociągnął za sznurek i ponownie wyszedł.
Nie było go mniej więcej tyle, co męskie wyjście do toalety.
Niebawem Zenek ponownie stał przed Septimą. W ramionach ściskał wybrane tytuły. Bury kot obserwował ich z politowaniem. (A dobre sobie, te koty to zawsze jakieś wąty mają, nawet nie wiadomo o co.)
Na stoliku przed Septimą rozłożył zdobycze z kanciapy. Nie mówił o nich zbyt wiele. Palec Septimy miał zadecydować.
Centralną figurą okładki Pink Moon autorstwa Nick Drake wydawał się księżycowy owal. Po chwili obserwator odnajdywał liścia; wtedy owal nabierał wyglądu owocu. A może to był ser? Zenek nie miał pojęcia. Na okładce była także lewitująca filiżanka i dziwnie antropomorficzne białe serce z twarzą. No po prostu wizażowy odlot. Zenek nie miał pojęcia, co tu się działo, ale może przekona to Septimę.
W porównaniu do poprzedniej, kolejna okładka wydała się zadziwiająco prosta. Biały kwadrat, a na nim krzywy napis. Zarówno nazwa albumu, jak i zespołu. Neu! by Neu! należało już gatunkowo do niemieckiej awangardy i wpadało bardziej w gusta Zenka; a te, jak wiadomo, nie wpadały w gusta wszystkich. Ale może Septimę zaintryguje prostota.
Na kolejnej okładce figurowało czarno-białe popiersie faceta w kapeluszu, co to Zenkowi przypominał garnek. Burza włosów wokół niego. Duży, czerwony tytuł: T.REX. Album The Slider już samą okładką zapowiadał niezdrową dawkę dramatyzmu. Aż Zenek nie wiedział, czy Septima by się na to zdecydowała.
Ostatniego albumu Zenek niemal nie chwycił ze sterty. Finalnie jednak go ze sobą zabrał, no bo jakby mógł zostawić Big Stara? Ciemna, jednolita okładka prezentowała neonową gwiazdę, w środku której był neonowy napis: BIG. #1 Record zapowiadał się jako dobra zabawa.
Zenek rzucał cień nad stolikiem i czekał.
Wracając do jazzu. To, co Woody czy inni laicy nazywali w Rejwachu jazzem, w rzeczywistości niewiele miało wspólnego z ambitną improwizacją. To to by się odbywało, jakby ktoś tu grał na pianinie. Może z akompaniamentem innych instrumentów. Ewentualnie jakby to Zenek zagrał na synthku, bo synthek wszystko potrafi. Ale nie. Tym, co katowało bębenki słuchaczy w danym momencie, był album easy listening jazz/blues, przez co wnętrze brzmiało jak z jakiegoś westernu. I to nie takiego udźwiękowionego przez Ennio Morricone.
Dźwięki wydobywające się spod igły, wpadające do tuby i transferowane na cały bar miały swoją funkcję. Miały usypiać. Uspokajać. Wprowadzać pijaków w stan lekkiego odprężenia. Tak, by nie rozwalili baru przed końcem zmiany tego, kto to zapuścił. W gruncie rzeczy to była porażka po stronie Zenka, że to "easy listening" jeszcze leciało. Powinien ogarniać zmiany nastroju. No, ogarniał. Właśnie ogarniał. I nie, wbrew obiegowym opiniom Zenek nie wystraszył żadnego kota. To nie jego wina, że kot mu się wepchał pod buty.
— Też nie lubię jazzu. — odparł Septimie, a frędzle zafalowały w zatęchłym od piwa powietrzu. Postał tam jeszcze chwilę, by Septima dokończyła myśl, ale on już usłyszał wystarczająco.
Podrapał się po zaroście. Wzrok wylądował gdzieś w górze. Jazz zalewał jego uszy, a on wyobraził sobie, że na suficie kręcił się wiatrak jak w prawdziwym saloon. Uderzał językiem o zęby. Z jego ust wydostało się zdawkowe: tsk tsk tsk.
— To muszę wrócić na zaplecze. Zaraz wracam.
Odwrócił się na pięcie. W dość dramatycznym podmuchu powietrza frędzle poszybowały do tyłu i w górę, podobnież jak nogawki dzwonów. Zenek oddalił się tam, skąd przybył. Już, już prawie sprawiał wrażenie, jakby miał wejść na scenę, ale gwałtownie skręcił do kanciapy pod schodami. Otworzył drzwi i tyle go widzieli.
Pociągnął za sznurek na wysokości głowy. Pojedyncza żarówka rozświetliła wnętrze kanciapy. Zenek dalej robił krótkie tsk tsk tsk. Rozejrzał się wokół, chociaż był tam zaledwie minutę temu, i odnalazł wzrokiem stertę z albumami. Pochylił się i przejechał po niej palcem. Leżące na stercie wąskie grzbiety okładek oferowały jedynie tytuł. Chwycił zatem za te z samego wierzchu sterty. Były to wydawnictwa z tego roku. Niektórych nawet jeszcze nie otworzył. Przeglądał okładki i prowadził krótkie kalkulacje w głowie, aż nie zdecydował się na cztery. Z albumami w dłoniach wyprostował się. Zerknął jeszcze na odłożone na bok albumy żeńskich wokalistek. Popatrzył na ich dzikie, rude włosy. Dziwne, że każda z nich takie miała. No ale to chyba stereotyp wiedźmy. Albo logotyp. Popatrzył też na ich skąpe odzienie. I stwierdził… nie no, Septimie takiego chłamu nie będzie pokazywał. Może jak jej się jego wybór nie spodoba. Zobaczymy. Pociągnął za sznurek i ponownie wyszedł.
Nie było go mniej więcej tyle, co męskie wyjście do toalety.
Niebawem Zenek ponownie stał przed Septimą. W ramionach ściskał wybrane tytuły. Bury kot obserwował ich z politowaniem. (A dobre sobie, te koty to zawsze jakieś wąty mają, nawet nie wiadomo o co.)
Na stoliku przed Septimą rozłożył zdobycze z kanciapy. Nie mówił o nich zbyt wiele. Palec Septimy miał zadecydować.
Centralną figurą okładki Pink Moon autorstwa Nick Drake wydawał się księżycowy owal. Po chwili obserwator odnajdywał liścia; wtedy owal nabierał wyglądu owocu. A może to był ser? Zenek nie miał pojęcia. Na okładce była także lewitująca filiżanka i dziwnie antropomorficzne białe serce z twarzą. No po prostu wizażowy odlot. Zenek nie miał pojęcia, co tu się działo, ale może przekona to Septimę.
W porównaniu do poprzedniej, kolejna okładka wydała się zadziwiająco prosta. Biały kwadrat, a na nim krzywy napis. Zarówno nazwa albumu, jak i zespołu. Neu! by Neu! należało już gatunkowo do niemieckiej awangardy i wpadało bardziej w gusta Zenka; a te, jak wiadomo, nie wpadały w gusta wszystkich. Ale może Septimę zaintryguje prostota.
Na kolejnej okładce figurowało czarno-białe popiersie faceta w kapeluszu, co to Zenkowi przypominał garnek. Burza włosów wokół niego. Duży, czerwony tytuł: T.REX. Album The Slider już samą okładką zapowiadał niezdrową dawkę dramatyzmu. Aż Zenek nie wiedział, czy Septima by się na to zdecydowała.
Ostatniego albumu Zenek niemal nie chwycił ze sterty. Finalnie jednak go ze sobą zabrał, no bo jakby mógł zostawić Big Stara? Ciemna, jednolita okładka prezentowała neonową gwiazdę, w środku której był neonowy napis: BIG. #1 Record zapowiadał się jako dobra zabawa.
Zenek rzucał cień nad stolikiem i czekał.
Sen jest bratem śmierci.