10.07.2026, 12:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2026, 14:00 przez Lazarus Lovegood.
Powód edycji: ło panie, rzut nie wyszedł, coś trzeba napisać na ten temat!
)
Rudowłosy czarodziej jak zahipnotyzowany przypatrywał się, jak dziewiczy knot świecy rozjarza się i najpierw czernieje na końcu, a potem spływa roztopionym woskiem od wyczarowanego przez Basiliusa Prewetta płomienia. W magicznym polu ochronno-wzmacniającym czuł wyraźnie przepływ nieswojej energii, proste, nienachalne zaklęcie uzdrowiciela, a także czarną magię, czającą się w kątach pokoju i zaciekach na suficie. Spojrzał na drugiego mężczyznę z aprobatą, zaklęcie wpisało się doskonale w jego własny krąg. Szybko zerknął na Ceolsige - gotowa do działania, jak zawsze. Przetoczył różdżkę w dłoniach - gładką, niemal czarną, o symetrycznie wyprofilowanym uchwycie - opuścił głowę i skoncentrował się.
Z wydechem zepchnął na tył głowy wszystkie myśli, skupiając uwagę na świadomości otaczającej go magii, pozwalając jej przepływać, nie próbując na razie kontrolować. Nieintuicyjne i odrobinę niepokojące, kiedy robił to w ten sposób, samemu będąc w centrum kręgu. Zawsze czuł się wtedy nieco bardziej odsłonięty, niż by preferował, ale to był najbardziej efektywny sposób na zrozumienie stacjonarnych, obszarowych klątw.
To było w gruncie rzeczy jak rozplątywanie supła.
Dopóki nie było, dopóki czarna magia nie spróbowała zaatakować nieostrożnego klątwołamacza, bo wtedy przypominało bardziej szukanie drogi w labiryncie.
(walącym się, wypełnionym krzykami i strachem labiryncie, szepnęło z głębi umysłu coś, czego Lazarus n i e s ł u c h a ł )
Był ostrożny i nie dotykał obcego zaklęcia, zanim nie był pewien, gdzie zacząć. Spróbował znaleźć koniec…
(krzykami, strachem i śmiercią, o ścianach po których pełzły czarne szczeliny pęknięć i z podłogą, która drżała pod stopami)
Stracił z oczu płomień świecy, pozwolił czarnomagicznym splotom przesunąć się mimo własnego magicznego pola, uciec spod różdżki, a kiedy Basilius spróbował wesprzeć jego wysiłki, wzdrygnął się, zarówno on, jak i jego Rozproszenie, bo-
(kontrola nad zaklęciem, j e g o zaklęciem, wyrwana mu brutalnie, “Wypieprzaj stąd, Lovegood!”)
Zamrugał. Mruknął cicho, tylko po to, by poczuć powietrze przechodzące przez struny głosowe, udowodnić sobie, że jest teraz, a nie osiem lat temu. Ochronna magia kręgu trwała, ale jego Rozproszenie rozlało się, zbyt rozcieńczone, by dokonać czegokolwiek. Zacisnął dłoń na różdżce, wypuścił powietrze przez nos i podniósł wzrok na Prewetta, sprawdzając, jak idzie jemu. Frustracja była trudna do utrzymania na dystans, lecz zadanie wciąż trwało, więc zgniótł ją w sobie i wrócił do pracy, tym razem pozwalając uzdrowicielowi podjąć próbę, czujny i gotów przynajmniej służyć mu wsparciem, skoro okazał się do niczego na pozycji frontowej.
Z wydechem zepchnął na tył głowy wszystkie myśli, skupiając uwagę na świadomości otaczającej go magii, pozwalając jej przepływać, nie próbując na razie kontrolować. Nieintuicyjne i odrobinę niepokojące, kiedy robił to w ten sposób, samemu będąc w centrum kręgu. Zawsze czuł się wtedy nieco bardziej odsłonięty, niż by preferował, ale to był najbardziej efektywny sposób na zrozumienie stacjonarnych, obszarowych klątw.
To było w gruncie rzeczy jak rozplątywanie supła.
Dopóki nie było, dopóki czarna magia nie spróbowała zaatakować nieostrożnego klątwołamacza, bo wtedy przypominało bardziej szukanie drogi w labiryncie.
(walącym się, wypełnionym krzykami i strachem labiryncie, szepnęło z głębi umysłu coś, czego Lazarus n i e s ł u c h a ł )
Był ostrożny i nie dotykał obcego zaklęcia, zanim nie był pewien, gdzie zacząć. Spróbował znaleźć koniec…
(krzykami, strachem i śmiercią, o ścianach po których pełzły czarne szczeliny pęknięć i z podłogą, która drżała pod stopami)
Rozproszenie - klątwołamanie. Lazarus próbuje rozproszyć efekt Karty Lokacji Zacieki
Rzut PO 1d100 - 29
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Stracił z oczu płomień świecy, pozwolił czarnomagicznym splotom przesunąć się mimo własnego magicznego pola, uciec spod różdżki, a kiedy Basilius spróbował wesprzeć jego wysiłki, wzdrygnął się, zarówno on, jak i jego Rozproszenie, bo-
(kontrola nad zaklęciem, j e g o zaklęciem, wyrwana mu brutalnie, “Wypieprzaj stąd, Lovegood!”)
Zamrugał. Mruknął cicho, tylko po to, by poczuć powietrze przechodzące przez struny głosowe, udowodnić sobie, że jest teraz, a nie osiem lat temu. Ochronna magia kręgu trwała, ale jego Rozproszenie rozlało się, zbyt rozcieńczone, by dokonać czegokolwiek. Zacisnął dłoń na różdżce, wypuścił powietrze przez nos i podniósł wzrok na Prewetta, sprawdzając, jak idzie jemu. Frustracja była trudna do utrzymania na dystans, lecz zadanie wciąż trwało, więc zgniótł ją w sobie i wrócił do pracy, tym razem pozwalając uzdrowicielowi podjąć próbę, czujny i gotów przynajmniej służyć mu wsparciem, skoro okazał się do niczego na pozycji frontowej.