12.07.2026, 14:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.07.2026, 14:30 przez Delyra Dolohov.)
— Oczywiście, dziękuję — odrzekła grzecznie Delyra. Dzięki tej informacji Penny ładnie dostarczy list. Po chwili dodała — Niestety mój list może iść dość długo, więc uzbrój się w cierpliwość, miła Pani. — wyszło to dość szarmancko, ale Dolohov chciała by taki wydźwięk miały jej słowa. Brzmiało to trochę męsko nawet, więc na końcu skinęła głową. Ale nie miała kapelusza. Gdyby miała to już by się z nim ukłoniła, chociaż podrywanie to nie był jej cel w ogóle na ten dzień. Ogólnie dzisiaj się nie spodziewała wizyty.
Lekko się spięła, kiedy Helloise tak przyciągnęła do siebie jej nadgarstek. Nawet dech jej zaparło w piersiach na chwilę. Przestała się ruszać, oddychać. Z jednej strony chciała dać pszenicowłosej moment na powąchanie tej mazi, ale z drugiej strony zamarła, bo nagle druga kobieta wydawała się bardzo blisko. Delyra nerwowo połknęła ślinę, skupiając się na czymś innym, żeby się nie gapić jak idiota.
Więc patrzyła na swoje pazkoncie, jak równe są od pilnika, którym odgrywała cudy wczoraj w nocy, jak brudne są od żyznej gleby Maida Vale, jak nie ma na nich żadnej nie pożądanej plamki, którą najczęściej widziała u osób z historią obgryzania paznokci. Uspokajała swój oddech, przestała zwracać uwagę na bliskość Helloise, jej percepcja szalała w drugą stronę, nagle bardzo zainteresowana butami i sukienką. W końcu powiedziała tym swoim delikatnym głosem, którym porozumiewała się z ładnymi panienkami i w ciszy ogrodu — Cóż to, myśli pani, jest? — Delyra też to powąchała, ale subtelnie się wzdrygnęła — Pachnie źle — wygłosiła dosadnie — Nie tak pachną wyroby z roślin.
Spojrzała w dół na drugą kobietę, oczekując ładnej, długiej odpowiedzi. Wiedziała, że Helloise jest w stanie taką udzielić. Po tej całej rozmowie o złotokapie? Na pewno mogła się wysłowić o tej dziwnej mazi. Na twarzy Dolohov zagościł grymas, konsystencja stopionego eliksiru nie podobała jej się — Mogę już to zmyć? W kącie ogrodu — pokazała stronę — jest kran.
Lekko się spięła, kiedy Helloise tak przyciągnęła do siebie jej nadgarstek. Nawet dech jej zaparło w piersiach na chwilę. Przestała się ruszać, oddychać. Z jednej strony chciała dać pszenicowłosej moment na powąchanie tej mazi, ale z drugiej strony zamarła, bo nagle druga kobieta wydawała się bardzo blisko. Delyra nerwowo połknęła ślinę, skupiając się na czymś innym, żeby się nie gapić jak idiota.
Więc patrzyła na swoje pazkoncie, jak równe są od pilnika, którym odgrywała cudy wczoraj w nocy, jak brudne są od żyznej gleby Maida Vale, jak nie ma na nich żadnej nie pożądanej plamki, którą najczęściej widziała u osób z historią obgryzania paznokci. Uspokajała swój oddech, przestała zwracać uwagę na bliskość Helloise, jej percepcja szalała w drugą stronę, nagle bardzo zainteresowana butami i sukienką. W końcu powiedziała tym swoim delikatnym głosem, którym porozumiewała się z ładnymi panienkami i w ciszy ogrodu — Cóż to, myśli pani, jest? — Delyra też to powąchała, ale subtelnie się wzdrygnęła — Pachnie źle — wygłosiła dosadnie — Nie tak pachną wyroby z roślin.
Spojrzała w dół na drugą kobietę, oczekując ładnej, długiej odpowiedzi. Wiedziała, że Helloise jest w stanie taką udzielić. Po tej całej rozmowie o złotokapie? Na pewno mogła się wysłowić o tej dziwnej mazi. Na twarzy Dolohov zagościł grymas, konsystencja stopionego eliksiru nie podobała jej się — Mogę już to zmyć? W kącie ogrodu — pokazała stronę — jest kran.