13.07.2026, 09:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.07.2026, 15:58 przez Christopher Rosier.)
Strach znikł gdzieś za nimi w ciemnościach, ale Chris wciąż jechał tak szybko, jak mógł, nie ryzykując, że straci panowanie nad pojazdem i dachuje. Nie wiedzieli w końcu, w jaki sposób to coś się poruszało, ani jak było szybkie. Nie spoglądał w lusterko ani ku Victorii, całkowicie skupiony na drodze i bardzo wściekły o to uszkodzenie drzwi. Może też trochę na ludzi rzucających własnych krewnych na pożarcie potworom, kiedy nie udało się im znaleźć jakichś przypadkowych ofiar, ale jednak prawdopodobnie te drzwi wnerwiały go bardziej.
Emily wpatrująca się w tylną szybę, zwróciła na Victorię niemal oszalałe z przerażenia spojrzenie. Objęła się rękami i przez chwilę zdawało się, że nie rozumie, o co ta w ogóle pyta.
– Drzewo? – powtórzyła, próbując się otrząsnąć i chyba zrozumieć, co to miało wspólnego z tą straszną istotą. – Ono…
Zawahała się.
– Kiedy byłam tu parę lat wydaje mi się… wydaje mi się, że go nie było. Albo było mniejsze. Dużo mniejsze. Spytałam raz o nie… – Zacięła się. Pewnie chciała wspomnieć o ciotce lub wuju, i po jej policzkach pociekły łzy. Zaopiekowali się ją, byli rodziną, pewnie darzyła ich uczuciem i wierzyła, że wzajemnym. – Powiedzieli mi, że ono chroni miasteczko.
– Miejmy więc nadzieję, że to ono jest kluczem – rzucił Chris. Pola pozostały za nimi: przed nimi pojawiły się pierwsze budynki.
– Kluczem?
– Być może to z nim związany jest ten stwór. Jeżeli je zniszczymy, on przepadnie, ale pewnie ziemia zacznie obumierać.
Emily wpatrywała się w tył głowy Christophera, a potem jej twarz nagle nabrała jakiegoś zacięcia.
– Jak mogę pomóc?
Chris uśmiechnął się tylko i skręcił na główną drogę. Nie zamierzał narzekać na tę ofertę, bo wiedział, że jeżeli się nie pospieszą, miejscowi spróbują ich powstrzymać: to zaś oznaczało, że powinni działać szybko. Może jeżeli uda się im zadziałać dostatecznie prędką, zdołają nawet wedrzeć się do domu Emily, by zabrać trochę rzeczy.
Zaparkował niemal przed samym drzewem, a potem zaciągnął ręczny, nie wyłączając jednak silnika. Wyskoczył z auta, rzucił Victorii niewielki kanister, który trzymali z przodu, a sam doskoczył do bagażnika, by wyciągnąć z niego siekierę i jeszcze jeden kanister.
- Bierz zapałki, młoda - rzucił, ciskając ku Emily pudełeczko. Sam miał jeszcze zapalniczkę.
Emily wpatrująca się w tylną szybę, zwróciła na Victorię niemal oszalałe z przerażenia spojrzenie. Objęła się rękami i przez chwilę zdawało się, że nie rozumie, o co ta w ogóle pyta.
– Drzewo? – powtórzyła, próbując się otrząsnąć i chyba zrozumieć, co to miało wspólnego z tą straszną istotą. – Ono…
Zawahała się.
– Kiedy byłam tu parę lat wydaje mi się… wydaje mi się, że go nie było. Albo było mniejsze. Dużo mniejsze. Spytałam raz o nie… – Zacięła się. Pewnie chciała wspomnieć o ciotce lub wuju, i po jej policzkach pociekły łzy. Zaopiekowali się ją, byli rodziną, pewnie darzyła ich uczuciem i wierzyła, że wzajemnym. – Powiedzieli mi, że ono chroni miasteczko.
– Miejmy więc nadzieję, że to ono jest kluczem – rzucił Chris. Pola pozostały za nimi: przed nimi pojawiły się pierwsze budynki.
– Kluczem?
– Być może to z nim związany jest ten stwór. Jeżeli je zniszczymy, on przepadnie, ale pewnie ziemia zacznie obumierać.
Emily wpatrywała się w tył głowy Christophera, a potem jej twarz nagle nabrała jakiegoś zacięcia.
– Jak mogę pomóc?
Chris uśmiechnął się tylko i skręcił na główną drogę. Nie zamierzał narzekać na tę ofertę, bo wiedział, że jeżeli się nie pospieszą, miejscowi spróbują ich powstrzymać: to zaś oznaczało, że powinni działać szybko. Może jeżeli uda się im zadziałać dostatecznie prędką, zdołają nawet wedrzeć się do domu Emily, by zabrać trochę rzeczy.
Zaparkował niemal przed samym drzewem, a potem zaciągnął ręczny, nie wyłączając jednak silnika. Wyskoczył z auta, rzucił Victorii niewielki kanister, który trzymali z przodu, a sam doskoczył do bagażnika, by wyciągnąć z niego siekierę i jeszcze jeden kanister.
- Bierz zapałki, młoda - rzucił, ciskając ku Emily pudełeczko. Sam miał jeszcze zapalniczkę.