13.07.2026, 21:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.07.2026, 21:48 przez Alexander Mulciber.)
Alexander nie należał.
Opanował sztukę życia na obrzeżach świata niemal do perfekcji. Nie przez swoje zblazowanie, nie przez obojętność nawet, ale przez coś dalece bardziej niepokojącego — coś, co sprawiało, że poruszać się umiał wyłącznie na peryferiach egzystencji — właściwość charakteru, fundamentalną wadę, markującą żywot jego niczym pęknięcie przebiegające przez skałę. Zdawało mu się, że czuje głęboko, a jednak wszystkie jego przywiązania były powierzchownymi. Nigdy nie dał nikomu namacalnego dowodu swojego uczucia. Nie przeszedł pomyślnie żadnej z postawionych przed nim prób.
Alexander Mulciber był złym człowiekiem. Był człowiekiem słabym, a jednak miał w sobie wystarczająco siły, żeby rozpoznać zło, jakie w sobie nosił. Nie chciał pokazywać nikomu swoich ran ani swoich blizn, bo wszystkie rany i blizny, jakie nosił na swoim ciele, nosił z własnej winy. Nie wierzył w żal, bo życie spędził użalając się nad sobą. Nie należała mu się litość. Nie dla jasnowidza, który lepiej niż inni świadomy był konsekwencji swych czynów. Nie był w stanie przewidzieć wszystkiego, owszem — a jednak marnym zdawało się to wytłumaczeniem, wymówką wręcz. Miał się za kogoś lepszego od innych ludzi, kogoś bliższego bogom, których czciła Navi, w gruncie rzeczy nie różnił się większość czasu od tych wszystkich wymuskanych paniczyków, w których śmiechu słychać było pieniądze. A jednak różnił się od nich, upierał się, wiedział, że się różni.
Inaczej Jahnavi nie patrzyłaby na niego w ten sposób.
Nie lubił upraszczania, bo świat był tworem o wiele bardziej skomplikowanym niż mogłoby się wydawać, a jednak własne uczucia mimowolnie podporządkowywał znajomym dychotomiom. Dobro i zło. Wolność i zawłaszczenie. Szacunek i pogarda. Jakże łatwo byłoby powiedzieć, że ludzie byli mu wrogimi. Jakże łatwym byłoby dokonać uproszczenia w drugą stronę: przyznać, że to on był przez cały czas ludzkości wrogiem. Nikt go nigdy nie skrzywdził, krzywdził tylko Alexander. Nie było tak, kłócił się sam ze sobą, nie potrafiąc dociec, co właściwie chce tym osiągnąć.
Wszelkich wyborów dokonywał z pełną świadomością tego, co mu przyniosą. Więc dlaczego wciąż wybierał źle? A przecież jesteś taki inteligentny, szeptały głosy w jego głowie. Nie ma drogi, której byś nie zmapował. Nie ma ścieżki, którą nie podążyłyby twoje myśli. Więc dlaczego wciąż jesteś tym, kim jesteś? Nie umiał odpowiedzieć. Wiedział jednak, że potrzebował doznać wszystkiego, czego doznał, żeby mógł z nią teraz tutaj siedzieć.
Może dlatego tak bardzo nie znosił litości. Nie znosił tego, że była odpowiedzią na wszystkie jego dylematy.
Nie chciał litości. Chciał sprawiedliwości, chciał logiki, chciał struktury. Chciał pierdolonego prawa natury, pożerającej tych, którzy są zbyt słabi, żeby przetrwać. Potrzebował konsekwencji. Potrzebował ciągów przyczynowo-skutkowych, rachunku prawdopodobieństwa. Bo tak jak Alexander Mulciber ukochał tajemnice losu, tak odmawiał tajemnic ludzkości. Oczy jego, zapatrzone w nieskończoność wszechświata, obojętnie prześlizgiwały się po nieskończoności, jaką był człowiek. "Nigdy nie ma jednej interpretacji", powtarzał, doszukując się znaczeń we wróżbach, "przyszłość nie jest brukowanym traktem, lecz wiedzie przez rozstajne bezdroża".
A jednak samemu sobie odmawiał więcej niż jednego odczytania. Współistnienia sprzeczności, które były tym, co tak bardzo ukochał we wszystkim innym. Świat istniał dla niego w przestrzeni między dychotomiami. Może dlatego Alexander Mulciber istnieć nie chciał. Może dlatego nie umiał kochać. W profesji swojej wymagał wieloznaczności, ale od lat żył wydanym na samego siebie wyrokiem.
Okazanie litości nigdy nie wchodziło w grę. Litość zdejmowała go pogardą.
Litość była przerażająca.
Przerażało go zrozumienie, jakie widział na dnie oczu Jahnavi, głębokich jak leśne jeziorko, w którego odmętach odnalazł spokój. Wiedział, że Jahnavi rozumie. Widział to w sposobie, w jaki patrzyła na świat. W sposobie, w jaki patrzyła na niego. Przerażało go jej zrozumienie, a jednocześnie przejmowało absolutną fascynacją. Nie przywiązywał nigdy wagi do świętości, bo nie był człowiekiem wiary, a jednak świętą była uległość, z jaką akceptowała to, co przynosi jej przeznaczenie. Przywykł widzieć w tym właściwość natury kobiecej. Mężczyznom była poniżającą, a jednak poszukiwali jej w kobietach.
Pożądali jej.
Obejrzał więc z bliska własne pożądanie. Palcami powiódł wzdłuż zapłakanej twarzy, jaką nosiło. Dotknął policzków spływających łzami, nie dociekając jednak ich znaczenia. Uczucia przemijały, ale rytuały były wiecznymi. A było coś rytualnego w tym, jak pomazała jego czoło ziemią. W tym jak zrosiła jego wrzosowisko łzami. W tym jak złożyła pocałunek na jego ustach.
Wplótł delikatnie dłoń w ciemnobrązowe włosy Jahnavi, którymi smagał wiatr. Pachniały kadzidłem, wonnymi olejkami, które wcierała w nie z wielką pieczołowitością. Pachniały wiatrem, pomyślał, pozwalając, aby zakryły jego twarz nagłym podmuchem. Pachniały ziemią.
Czy tak wyglądała wzajemność? Chciał dać jej tak wiele rzeczy, ale ona nigdy nie chciała brać. Teraz jednak zabrała mu oddech.
Nie całuj mnie z litości.
Może jednak pragnął jej litości, pomyślał spokojnie, kciukiem rozcierając łzy na twarzy Jahnavi. Może jednak wciąż umiał pragnąć.
Alexander pragnął należeć.
Przyciągnął Jahnavi bliżej, jak wcześniej, gdy osłaniał ją przed wiatrem. Jego ręce drżały, nienawykłe do czegoś innego niż branie. A jednak dotyk był delikatnym. Dotyk był czułym, chociaż wrzosowisko, na które ją przywiódł, tchnęło surowością.
Pogłębił pocałunek.
Opanował sztukę życia na obrzeżach świata niemal do perfekcji. Nie przez swoje zblazowanie, nie przez obojętność nawet, ale przez coś dalece bardziej niepokojącego — coś, co sprawiało, że poruszać się umiał wyłącznie na peryferiach egzystencji — właściwość charakteru, fundamentalną wadę, markującą żywot jego niczym pęknięcie przebiegające przez skałę. Zdawało mu się, że czuje głęboko, a jednak wszystkie jego przywiązania były powierzchownymi. Nigdy nie dał nikomu namacalnego dowodu swojego uczucia. Nie przeszedł pomyślnie żadnej z postawionych przed nim prób.
Alexander Mulciber był złym człowiekiem. Był człowiekiem słabym, a jednak miał w sobie wystarczająco siły, żeby rozpoznać zło, jakie w sobie nosił. Nie chciał pokazywać nikomu swoich ran ani swoich blizn, bo wszystkie rany i blizny, jakie nosił na swoim ciele, nosił z własnej winy. Nie wierzył w żal, bo życie spędził użalając się nad sobą. Nie należała mu się litość. Nie dla jasnowidza, który lepiej niż inni świadomy był konsekwencji swych czynów. Nie był w stanie przewidzieć wszystkiego, owszem — a jednak marnym zdawało się to wytłumaczeniem, wymówką wręcz. Miał się za kogoś lepszego od innych ludzi, kogoś bliższego bogom, których czciła Navi, w gruncie rzeczy nie różnił się większość czasu od tych wszystkich wymuskanych paniczyków, w których śmiechu słychać było pieniądze. A jednak różnił się od nich, upierał się, wiedział, że się różni.
Inaczej Jahnavi nie patrzyłaby na niego w ten sposób.
Nie lubił upraszczania, bo świat był tworem o wiele bardziej skomplikowanym niż mogłoby się wydawać, a jednak własne uczucia mimowolnie podporządkowywał znajomym dychotomiom. Dobro i zło. Wolność i zawłaszczenie. Szacunek i pogarda. Jakże łatwo byłoby powiedzieć, że ludzie byli mu wrogimi. Jakże łatwym byłoby dokonać uproszczenia w drugą stronę: przyznać, że to on był przez cały czas ludzkości wrogiem. Nikt go nigdy nie skrzywdził, krzywdził tylko Alexander. Nie było tak, kłócił się sam ze sobą, nie potrafiąc dociec, co właściwie chce tym osiągnąć.
Wszelkich wyborów dokonywał z pełną świadomością tego, co mu przyniosą. Więc dlaczego wciąż wybierał źle? A przecież jesteś taki inteligentny, szeptały głosy w jego głowie. Nie ma drogi, której byś nie zmapował. Nie ma ścieżki, którą nie podążyłyby twoje myśli. Więc dlaczego wciąż jesteś tym, kim jesteś? Nie umiał odpowiedzieć. Wiedział jednak, że potrzebował doznać wszystkiego, czego doznał, żeby mógł z nią teraz tutaj siedzieć.
Może dlatego tak bardzo nie znosił litości. Nie znosił tego, że była odpowiedzią na wszystkie jego dylematy.
Nie chciał litości. Chciał sprawiedliwości, chciał logiki, chciał struktury. Chciał pierdolonego prawa natury, pożerającej tych, którzy są zbyt słabi, żeby przetrwać. Potrzebował konsekwencji. Potrzebował ciągów przyczynowo-skutkowych, rachunku prawdopodobieństwa. Bo tak jak Alexander Mulciber ukochał tajemnice losu, tak odmawiał tajemnic ludzkości. Oczy jego, zapatrzone w nieskończoność wszechświata, obojętnie prześlizgiwały się po nieskończoności, jaką był człowiek. "Nigdy nie ma jednej interpretacji", powtarzał, doszukując się znaczeń we wróżbach, "przyszłość nie jest brukowanym traktem, lecz wiedzie przez rozstajne bezdroża".
A jednak samemu sobie odmawiał więcej niż jednego odczytania. Współistnienia sprzeczności, które były tym, co tak bardzo ukochał we wszystkim innym. Świat istniał dla niego w przestrzeni między dychotomiami. Może dlatego Alexander Mulciber istnieć nie chciał. Może dlatego nie umiał kochać. W profesji swojej wymagał wieloznaczności, ale od lat żył wydanym na samego siebie wyrokiem.
Okazanie litości nigdy nie wchodziło w grę. Litość zdejmowała go pogardą.
Litość była przerażająca.
Przerażało go zrozumienie, jakie widział na dnie oczu Jahnavi, głębokich jak leśne jeziorko, w którego odmętach odnalazł spokój. Wiedział, że Jahnavi rozumie. Widział to w sposobie, w jaki patrzyła na świat. W sposobie, w jaki patrzyła na niego. Przerażało go jej zrozumienie, a jednocześnie przejmowało absolutną fascynacją. Nie przywiązywał nigdy wagi do świętości, bo nie był człowiekiem wiary, a jednak świętą była uległość, z jaką akceptowała to, co przynosi jej przeznaczenie. Przywykł widzieć w tym właściwość natury kobiecej. Mężczyznom była poniżającą, a jednak poszukiwali jej w kobietach.
Pożądali jej.
Obejrzał więc z bliska własne pożądanie. Palcami powiódł wzdłuż zapłakanej twarzy, jaką nosiło. Dotknął policzków spływających łzami, nie dociekając jednak ich znaczenia. Uczucia przemijały, ale rytuały były wiecznymi. A było coś rytualnego w tym, jak pomazała jego czoło ziemią. W tym jak zrosiła jego wrzosowisko łzami. W tym jak złożyła pocałunek na jego ustach.
Wplótł delikatnie dłoń w ciemnobrązowe włosy Jahnavi, którymi smagał wiatr. Pachniały kadzidłem, wonnymi olejkami, które wcierała w nie z wielką pieczołowitością. Pachniały wiatrem, pomyślał, pozwalając, aby zakryły jego twarz nagłym podmuchem. Pachniały ziemią.
Czy tak wyglądała wzajemność? Chciał dać jej tak wiele rzeczy, ale ona nigdy nie chciała brać. Teraz jednak zabrała mu oddech.
Nie całuj mnie z litości.
Może jednak pragnął jej litości, pomyślał spokojnie, kciukiem rozcierając łzy na twarzy Jahnavi. Może jednak wciąż umiał pragnąć.
Alexander pragnął należeć.
Przyciągnął Jahnavi bliżej, jak wcześniej, gdy osłaniał ją przed wiatrem. Jego ręce drżały, nienawykłe do czegoś innego niż branie. A jednak dotyk był delikatnym. Dotyk był czułym, chociaż wrzosowisko, na które ją przywiódł, tchnęło surowością.
Pogłębił pocałunek.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat