13.07.2026, 23:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2026, 13:55 przez Septima Ollivander.)
Za każdym razem, gdy wspominał tonących marynarzy, jej myśli odpływały w zadumę. Nie dlatego, że temat śmierci ją przerażał. Z tą zdążyła zawrzeć już dawno niepisany rozejm, kruchy i pełen wyjątków, ale jednak wystarczająco trwały, by nie odwracała wzroku od cudzych historii. Bardziej niepokoiło ją to, że każde takie zdanie natychmiast odbierała jako przypomnienie o nim samym, o człowieku, który wyruszał i znikał w nieznane, tak samo jak inni wychodzili z domu po masło i chleb.
Wiedziała przecież, że morze nie potrzebowało okrucieństwa syren, by zabierać bezpowrotnie ludzi. Czasem wystarczała mgła gęsta jak kasza manna. Czasem źle postawiony krok na podmokłym pokładzie. Czasem zwykły kaprys pogody, której nawet bogowie nie byli w stanie przekonać do posłuszeństwa.
Bywały dni, kiedy łapała się na tym, że słysząc o kolejnym statku wpływającym do portu, odruchowo zastanawiała się, czy był na nim również Flint, choć nigdy nie wypowiadała podobnych obaw na głos. Podejrzewała zresztą, że gdyby znał rozmiar tej cichej troski, uznałby ją za coś równie nieznośnego, co przesadnego. Był przecież człowiekiem, którego nie dało się zatrzymać przy brzegu, a próba przywiązania go siłą do lądu przypominałaby przekonywanie przypływu, aby został i już nigdy nie wracał.
Pamiętała również dzień, kiedy po raz pierwszy zabrał ją na Tamizę.
Nie płynęli daleko. Wystarczyło jednak kilka zakoli, żeby miasto wyblakło za ich plecami, a rzeka zaczęła wyglądać tak, jakby pamiętała jeszcze czasy starsze od Londynu. Dopłynęli wtedy do moczaru tak dzikiego, że gęsty szlam rzęsy wodnej zbierać można było garściami; woda była ciemna, nieruchoma, szczelnie przykryta tajemniczym zielonym kocem. Zastanawiała się jakie sekrety mogła skrywać? Pochyliła się nad burtą i przez krótką chwilę zobaczyła jego twarz rozmytą pod taflą, zatopioną pośród miękko rozpłaszczonych kapeluszy szeregu wodnych lilii. Woda porwała jego odbicie i rozszarpała je na tyle skutecznie, że przez jedno mocne uderzenie serca mogłaby przysiąc, iż patrzy w oczy topielca ze złotym grążelem w ustach.
Tej samej nocy przyśniło jej się, że woła go z brzegu, lecz ta sama stara rzeka uparcie oddawała tylko jego piękny uśmiech.
Twarz Septimy pozostawała niewzruszona, częściowo ukryta za ciemnymi kosmykami, które wiatr co chwilę wprawiał w ruch. Po odgłosie kroków poznała, że choć tamci zwolnili i nadal o czymś rozmawiali, nie przyszło im do głowy zatrzymać się obok.
Zobaczyła napięcie buzujące w męskich barkach; wyczuła je wcześniej niż gniew na twarzy — w zaciśniętej szczęce, w oddechu urwanym gdzieś pomiędzy wątłą cierpliwością, a odruchem, by jednak odpowiedzieć i to stanowczo. Kiedy więc odwrócił się ku niej i wyciągnął ramię, przyjęła je bez chwili zawahania.
Choć mięśnie wciąż miała napięte od tej krótkiej, nieproszonej sceny, nie pozwoliła, by przeistoczyło się to w grymas. Wyprostowała się jedynie odrobinę, wygładzając dłonią materiał płaszcza, jakby jedynym, co wydarzyło się przed chwilą, był zbyt silny podmuch wiatru. Po czym można było poznać prawdziwego londyńczyka? Ano po tym, że na każdą taką anomalię reagował obojętnością. Chyba, że naprawdę chciał się z kimś naparzać, więc jeśli zgraja mugoli jeszcze trochę pobeczy i poszturcha, to z pewnością natrafi w końcu na kogoś, kto tylko na podobny moment czeka.
Ruszyła pierwsza, pozostawiając za plecami i gwizdy, i śmiech, jakby należały już do poprzedniej strony. Oni swoją przerzucili i to rutynowo. Odruchowo jednakże sprawdziła swoją torbę — tak jakby mugole usprawnieni w moce telekinezy mogli ukraść jej własny dobytek przepasany na ukos ciała.
— W Dolinie? Nie planuję — odpowiedziała szczerze, choć domysły zaczęły plądrować jej umysł. Echo śmiechów i urwanych mugolskich docinków niosło się jeszcze za odchodzącymi sylwetkami. Cholerny cockney akcent. Jakby sama bezczelność nie wystarczała, musiała jeszcze tak brzmieć! Czy istniało coś gorszego dla ucha? — a nawet gdybym planowała, sądzę, że właśnie odebrałeś mi ochotę. Zabrzmiało to bardziej jak zakaz niż prośba.
Ollivander lubiła zaznać czasem dreszczyku emocji, więc ton pytania Flinta jej nie zastanowił. Zastanowiło ją za to coś innego. Spojrzała na niego z ukosa.
— O czym wiesz, o czym ja nie wiem, Dægberhcie? — pełne imię miękło na jej języku rzadziej niż Flint, dlatego zawsze brzmiało odrobinę poważniej.
Kilka zakrętów dalej znaleźli się pod masywną bryłą Ivory House, której ceglane ściany od dziesięcioleci patrzyły na przypływy i odpływy Tamizy. Ollivander obejrzała się za siebie, tak jakby wyczekiwała, że ktoś przez cały ten czas deptał im po trzewikach. Ani jednej żywej duszy.
— Czy wiesz o tym…od Macmillanów?
Właściwie to nie chciała tego pytania zadawać, bo wiedziała w jakiej pozycji umieszczało ją w kręgach własnej rodziny — właściwie to żadnych. Ale ciekawość i tym razem z nią wygrała.
Wiedziała przecież, że morze nie potrzebowało okrucieństwa syren, by zabierać bezpowrotnie ludzi. Czasem wystarczała mgła gęsta jak kasza manna. Czasem źle postawiony krok na podmokłym pokładzie. Czasem zwykły kaprys pogody, której nawet bogowie nie byli w stanie przekonać do posłuszeństwa.
Bywały dni, kiedy łapała się na tym, że słysząc o kolejnym statku wpływającym do portu, odruchowo zastanawiała się, czy był na nim również Flint, choć nigdy nie wypowiadała podobnych obaw na głos. Podejrzewała zresztą, że gdyby znał rozmiar tej cichej troski, uznałby ją za coś równie nieznośnego, co przesadnego. Był przecież człowiekiem, którego nie dało się zatrzymać przy brzegu, a próba przywiązania go siłą do lądu przypominałaby przekonywanie przypływu, aby został i już nigdy nie wracał.
Pamiętała również dzień, kiedy po raz pierwszy zabrał ją na Tamizę.
Nie płynęli daleko. Wystarczyło jednak kilka zakoli, żeby miasto wyblakło za ich plecami, a rzeka zaczęła wyglądać tak, jakby pamiętała jeszcze czasy starsze od Londynu. Dopłynęli wtedy do moczaru tak dzikiego, że gęsty szlam rzęsy wodnej zbierać można było garściami; woda była ciemna, nieruchoma, szczelnie przykryta tajemniczym zielonym kocem. Zastanawiała się jakie sekrety mogła skrywać? Pochyliła się nad burtą i przez krótką chwilę zobaczyła jego twarz rozmytą pod taflą, zatopioną pośród miękko rozpłaszczonych kapeluszy szeregu wodnych lilii. Woda porwała jego odbicie i rozszarpała je na tyle skutecznie, że przez jedno mocne uderzenie serca mogłaby przysiąc, iż patrzy w oczy topielca ze złotym grążelem w ustach.
Tej samej nocy przyśniło jej się, że woła go z brzegu, lecz ta sama stara rzeka uparcie oddawała tylko jego piękny uśmiech.
Twarz Septimy pozostawała niewzruszona, częściowo ukryta za ciemnymi kosmykami, które wiatr co chwilę wprawiał w ruch. Po odgłosie kroków poznała, że choć tamci zwolnili i nadal o czymś rozmawiali, nie przyszło im do głowy zatrzymać się obok.
Zobaczyła napięcie buzujące w męskich barkach; wyczuła je wcześniej niż gniew na twarzy — w zaciśniętej szczęce, w oddechu urwanym gdzieś pomiędzy wątłą cierpliwością, a odruchem, by jednak odpowiedzieć i to stanowczo. Kiedy więc odwrócił się ku niej i wyciągnął ramię, przyjęła je bez chwili zawahania.
Choć mięśnie wciąż miała napięte od tej krótkiej, nieproszonej sceny, nie pozwoliła, by przeistoczyło się to w grymas. Wyprostowała się jedynie odrobinę, wygładzając dłonią materiał płaszcza, jakby jedynym, co wydarzyło się przed chwilą, był zbyt silny podmuch wiatru. Po czym można było poznać prawdziwego londyńczyka? Ano po tym, że na każdą taką anomalię reagował obojętnością. Chyba, że naprawdę chciał się z kimś naparzać, więc jeśli zgraja mugoli jeszcze trochę pobeczy i poszturcha, to z pewnością natrafi w końcu na kogoś, kto tylko na podobny moment czeka.
Ruszyła pierwsza, pozostawiając za plecami i gwizdy, i śmiech, jakby należały już do poprzedniej strony. Oni swoją przerzucili i to rutynowo. Odruchowo jednakże sprawdziła swoją torbę — tak jakby mugole usprawnieni w moce telekinezy mogli ukraść jej własny dobytek przepasany na ukos ciała.
— W Dolinie? Nie planuję — odpowiedziała szczerze, choć domysły zaczęły plądrować jej umysł. Echo śmiechów i urwanych mugolskich docinków niosło się jeszcze za odchodzącymi sylwetkami. Cholerny cockney akcent. Jakby sama bezczelność nie wystarczała, musiała jeszcze tak brzmieć! Czy istniało coś gorszego dla ucha? — a nawet gdybym planowała, sądzę, że właśnie odebrałeś mi ochotę. Zabrzmiało to bardziej jak zakaz niż prośba.
Ollivander lubiła zaznać czasem dreszczyku emocji, więc ton pytania Flinta jej nie zastanowił. Zastanowiło ją za to coś innego. Spojrzała na niego z ukosa.
— O czym wiesz, o czym ja nie wiem, Dægberhcie? — pełne imię miękło na jej języku rzadziej niż Flint, dlatego zawsze brzmiało odrobinę poważniej.
Kilka zakrętów dalej znaleźli się pod masywną bryłą Ivory House, której ceglane ściany od dziesięcioleci patrzyły na przypływy i odpływy Tamizy. Ollivander obejrzała się za siebie, tak jakby wyczekiwała, że ktoś przez cały ten czas deptał im po trzewikach. Ani jednej żywej duszy.
— Czy wiesz o tym…od Macmillanów?
Właściwie to nie chciała tego pytania zadawać, bo wiedziała w jakiej pozycji umieszczało ją w kręgach własnej rodziny — właściwie to żadnych. Ale ciekawość i tym razem z nią wygrała.
Kocham drewno i duże bicepsy.