14.07.2026, 12:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2026, 12:28 przez Christopher Rosier.)
Zaaferowany Chris nie zwrócił uwagi na to, że liście faktycznie nie leżały tu wcześniej: pomyślał tylko że będą świetną podpałką. Gdyby spojrzeć w górę, Victoria mogłaby dostrzec też, że niektóre liście zaczęły brązowieć, a teraz niemal pod jej nogi upadło jabłko, na wpół zgnite. Być może ten proces umierania drzewa popchnął mieszkańców do desperackiego kroku i poświęcenia Emily. Ta nie zdołała podpalić pierwszej zapałki, ale już drugą tak i cisnęła ją tam, gdzie Victoria polała drzewo benzyną. Zaczęło powoli zajmować się ogniem.
– Młoda, mieszkasz w zajeździe? Masz klucz? – spytał Chris. Podał Victorii drugi kanister, a sam przykucnął i przystawił zapalniczkę do liści u stóp drzewa. Podpalił jeden, potem drugi i trzeci. Emily podpalała kolejne zapałki i ciskała je pod drzewo.
– Nie… ale nie zamykamy drzwi… Tu… tu zawsze było bezpiecznie…
– Pokaż mi swoje okno. Vika, siądziesz za kierownicą? Trzeba będzie szybko spierdalać – rzucił, a potem obrócił się ku oknu, które wskazała Emily. Ruszył tam pędem, pozwalając dziewczętom na dokończenie dzieła: podlanie benzyną kolejnych fragmentów pnia i wystających tu i ówdzie z ziemi korzeni.
Ogień buchnął wysoko, a gałęzie drzewa zaczęły poruszać, jakby odczuwało ból. Emily cofnęła się gwałtownie, gdy jedna z nich przeleciała tuż koło jej twarzy. Kolejne liście zaczęły sypać się z gałęzi.
Na ulicy wciąż nie było nikogo widać, ale to świtu nie pozostało wiele czasu.
– Zabierzecie mnie stąd? – wyszeptała, zwracając spojrzenie na Victorię. – Gdziekolwiek. Możecie mnie zostawić gdziekolwiek, tylko nie tutaj. Proszę.
Rosiera nie było zaledwie przez cztery czy pięć minut: wypadł z zajazdu, zostawiając po sobie otwarte drzwi. W rękach miał sporo rzeczy, losowo schwytanych z pokoju Emily, bo najwyraźniej uznał, że osiemnastoletnia dziewczyna, uciekająca z domu z dwójką obcych ludzi powinna mieć chociaż jakąś kurtkę.
– Spierdalamy! Chyba jedno z nich obudziłem – rzucił, wpadając tym razem na miejsce pasażera, i ciskając rzeczy do środka bez ładu i składu.
Pień drzewa czernił się, a liście zwijały, gdy ogień wzrastał coraz bardziej i bardziej.
– Do licha, nie pomyślałem, żeby podsypać to gwoździami – dodał jeszcze.
– Młoda, mieszkasz w zajeździe? Masz klucz? – spytał Chris. Podał Victorii drugi kanister, a sam przykucnął i przystawił zapalniczkę do liści u stóp drzewa. Podpalił jeden, potem drugi i trzeci. Emily podpalała kolejne zapałki i ciskała je pod drzewo.
– Nie… ale nie zamykamy drzwi… Tu… tu zawsze było bezpiecznie…
– Pokaż mi swoje okno. Vika, siądziesz za kierownicą? Trzeba będzie szybko spierdalać – rzucił, a potem obrócił się ku oknu, które wskazała Emily. Ruszył tam pędem, pozwalając dziewczętom na dokończenie dzieła: podlanie benzyną kolejnych fragmentów pnia i wystających tu i ówdzie z ziemi korzeni.
Ogień buchnął wysoko, a gałęzie drzewa zaczęły poruszać, jakby odczuwało ból. Emily cofnęła się gwałtownie, gdy jedna z nich przeleciała tuż koło jej twarzy. Kolejne liście zaczęły sypać się z gałęzi.
Na ulicy wciąż nie było nikogo widać, ale to świtu nie pozostało wiele czasu.
– Zabierzecie mnie stąd? – wyszeptała, zwracając spojrzenie na Victorię. – Gdziekolwiek. Możecie mnie zostawić gdziekolwiek, tylko nie tutaj. Proszę.
Rosiera nie było zaledwie przez cztery czy pięć minut: wypadł z zajazdu, zostawiając po sobie otwarte drzwi. W rękach miał sporo rzeczy, losowo schwytanych z pokoju Emily, bo najwyraźniej uznał, że osiemnastoletnia dziewczyna, uciekająca z domu z dwójką obcych ludzi powinna mieć chociaż jakąś kurtkę.
– Spierdalamy! Chyba jedno z nich obudziłem – rzucił, wpadając tym razem na miejsce pasażera, i ciskając rzeczy do środka bez ładu i składu.
Pień drzewa czernił się, a liście zwijały, gdy ogień wzrastał coraz bardziej i bardziej.
– Do licha, nie pomyślałem, żeby podsypać to gwoździami – dodał jeszcze.