14.07.2026, 16:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2026, 16:05 przez Septima Ollivander.)
Timmy trochę nie wiedziała jak i w którym momencie zaanonsować Zenkowi, że po pierwsze to przybyła tu w trochę szemranych interesach, a po drugie to nie wiedziała do końca co zrobić z dłońmi, gdy nie mogła ich zająć sięganiem po chociażby kubek z gorącą herbatą.
Cholera, przecież na pewno tu nie mieli herbaty.
Próbowała całą siłą swojego ciała nie zerkać nerwowo ani w stronę drzwi wejściowych, ani ku panu Tarpaulinowi, zajętemu właśnie snuciem nowo przybyłym gościom opowieści o tutejszych kotach, ale… niepewne oczekiwanie nigdy nie należało do jej mocnych stron, a pozbawione nawet naczynia gorącego napoju stawało się osobliwie wręcz niezręczne — choć dla Septimy uczucie to zdawało się być już wszyte w smutny płaszcz codzienności. Nic nowego, a jednak, uwierało zawsze z tą samą mocą.
Więc gdy tylko Zenek zniknął za drzwiami prowadzącymi na zaplecze, porwała się błyskawicznie od stolika i ruszyła do baru po coś ciepłego. W gruncie rzeczy, ciepłe być nie musiało, ale jej kobiece kubki smakowe musiały jakoś oferowany przez tawernę trunek przetrawić, i to bez utraty godności.
Rejwach tymczasem nie odczuł ani na trochę nawet chwilowej nieobecności jednego ze swoich gospodarzy. Igła gramofonu natrętnie prowadziła kolejne takty ospałego jazzu, lecz reszta wnętrza nie dostosowywała się do narzucanego tempa. Kufle wracały na ladę z głuchym stukiem, portrety dawnych właścicieli przekrzykiwały się wesoło co jakiś czas, a rozmowy rozlewały się po sali w dziki ocean kakofonicznej symfonii. Warsztat Ollivanderów również grał swój własny rytm — ale ten ich należał do spokojnych i miarowych, takich jak w dobrze naoliwionej maszynie. Rejwach przypominał za to żywy organizm, który nawet w bezruchu oddychał pełną piersią. Ale może to nie była huczna celebracja życia, może miał on chorobę płuc po wielu dekadach nikotynowego uzależnienia i każdy oddech był walką o przetrwanie? Ciężko stwierdzić.
Przy barze zatrzymała się z pozoru potulnie, czekając aż pan Tarpaulin skończy nalewać piwo dwóm czarodziejom spierającym się o wynik ostatniego meczu Zjednoczonych z Puddlemere. Po trzydziestu sekundach, zatuptała energicznie trzewikiem, tak jakby tuptanie pozwalało piwnej pianie osiadać w kuflach szybciej i sprawniej. Oczywiście nikt takiego tuptania w głośnej knajpie nie słyszał, ale gdy tylko uwaga szefa powędrowała w końcu do Ollivander, skinęła uprzejmie głową zamawiając grzańca i dziękując sobie w myślach za to, że swoim nastawieniem wymęczyła napitek o może minutę szybciej niż inni. Zenkowi nie zamówiła nic, bo był w pracy, kranówy zamawiać nie wypadało, a czerwony sok dolewało się tu tylko do piwa, ale tylko w walentynki.
Obejrzała się przez ramię, wypatrując tym razem samego muzyka. Zniknął przecież na zapleczu z takim ferworem, jakby od powodzenia tej krótkiej przeprawy przez Rejwach i mityczne zaplecze, zależało powodzenie całego wieczora, a ona zamiast roztkliwiać się nad różdżkami i swoimi badaniami, śledziła wzrokiem dziwnie znajome frędzle kołyszące się przy każdym jego kroku. Kapłanki z doliny Kadiszy nosiły podobne ozdoby, choć ich szaty przeplatano jeszcze piórami dudków, wysuszonym sitowiem i drobnymi ptasimi kośćmi. Tutaj nie dostrzegała niczego podobnego, ale być może zwyczajnie nie doceniała pomysłowości Zenka, albo wiedziała o nim po prostu za mało.
Gdy tylko powrócił i rozłożył przed nią płyty, ścisnęła odruchowo dłoń na grzbiecie notatnika, który przecież wyjątkowo wiernie wciąż czekał na Badacza. Która była godzina?
— Ciekawa okładka. — Odparła, poprzedzając odpowiedź pomrukiem zastanowienia. Musnęła opuszkiem palca ilustrację, jakby obawiała się rozmazać farbę. Oceniała przede wszystkim samo rzemiosło, czyli papier, sposób prowadzenia linii, dobór barw i ciężar kompozycji. Samą sztukę znała niemal wyłącznie z książek, dlatego jedynym skojarzeniem, jakie przyszło jej do głowy, był Salvador Dalí, choć równie dobrze inspiracją mógł być ktoś zupełnie inny. W końcu przeniosła zaciekawione spojrzenie na białą okładkę Neu!, pozornie zupełnie pozbawioną charakteru. — Wiesz co…spróbujmy tego Neu!
Nie próbowała być przewrotna. Uznała po prostu, że skoro Zenek chciał zaprosić ją do swojego świata, najlepiej będzie wejść do niego bez gotowych wyobrażeń, których mogłaby nabrać pod wpływem zbyt sugestywnej okładki. Uśmiechnęła się więc lekko i wskazała palcem prosty biały kwadrat.
Upiła przy tym łyk gorącego grzańca, który zamiast rozlać po jej ciele falę przyjemnego ciepła, paskudnie oparzył ją w język. Grymasu rozczarowania nie była w stanie ukryć.
— Tylko co jeśli gościom się nie spodoba? — odchrząknęła zamaszyście, próbując pozbyć się z gardła przypadkowo połkniętego goździka — czyja to będzie wtedy wina? Moja?
Ponownie zakasłała, tym razem nie będąc w stanie ukryć malutkiej studzienki łez ułożonych na granicach dolnych powiek. Miała tylko nadzieję, że goździk nie przekłuł gładkiej ścianki przełyku. Po Spalonej Nocy miała dość szpitali.
Cholera, przecież na pewno tu nie mieli herbaty.
Próbowała całą siłą swojego ciała nie zerkać nerwowo ani w stronę drzwi wejściowych, ani ku panu Tarpaulinowi, zajętemu właśnie snuciem nowo przybyłym gościom opowieści o tutejszych kotach, ale… niepewne oczekiwanie nigdy nie należało do jej mocnych stron, a pozbawione nawet naczynia gorącego napoju stawało się osobliwie wręcz niezręczne — choć dla Septimy uczucie to zdawało się być już wszyte w smutny płaszcz codzienności. Nic nowego, a jednak, uwierało zawsze z tą samą mocą.
Więc gdy tylko Zenek zniknął za drzwiami prowadzącymi na zaplecze, porwała się błyskawicznie od stolika i ruszyła do baru po coś ciepłego. W gruncie rzeczy, ciepłe być nie musiało, ale jej kobiece kubki smakowe musiały jakoś oferowany przez tawernę trunek przetrawić, i to bez utraty godności.
Rejwach tymczasem nie odczuł ani na trochę nawet chwilowej nieobecności jednego ze swoich gospodarzy. Igła gramofonu natrętnie prowadziła kolejne takty ospałego jazzu, lecz reszta wnętrza nie dostosowywała się do narzucanego tempa. Kufle wracały na ladę z głuchym stukiem, portrety dawnych właścicieli przekrzykiwały się wesoło co jakiś czas, a rozmowy rozlewały się po sali w dziki ocean kakofonicznej symfonii. Warsztat Ollivanderów również grał swój własny rytm — ale ten ich należał do spokojnych i miarowych, takich jak w dobrze naoliwionej maszynie. Rejwach przypominał za to żywy organizm, który nawet w bezruchu oddychał pełną piersią. Ale może to nie była huczna celebracja życia, może miał on chorobę płuc po wielu dekadach nikotynowego uzależnienia i każdy oddech był walką o przetrwanie? Ciężko stwierdzić.
Przy barze zatrzymała się z pozoru potulnie, czekając aż pan Tarpaulin skończy nalewać piwo dwóm czarodziejom spierającym się o wynik ostatniego meczu Zjednoczonych z Puddlemere. Po trzydziestu sekundach, zatuptała energicznie trzewikiem, tak jakby tuptanie pozwalało piwnej pianie osiadać w kuflach szybciej i sprawniej. Oczywiście nikt takiego tuptania w głośnej knajpie nie słyszał, ale gdy tylko uwaga szefa powędrowała w końcu do Ollivander, skinęła uprzejmie głową zamawiając grzańca i dziękując sobie w myślach za to, że swoim nastawieniem wymęczyła napitek o może minutę szybciej niż inni. Zenkowi nie zamówiła nic, bo był w pracy, kranówy zamawiać nie wypadało, a czerwony sok dolewało się tu tylko do piwa, ale tylko w walentynki.
Obejrzała się przez ramię, wypatrując tym razem samego muzyka. Zniknął przecież na zapleczu z takim ferworem, jakby od powodzenia tej krótkiej przeprawy przez Rejwach i mityczne zaplecze, zależało powodzenie całego wieczora, a ona zamiast roztkliwiać się nad różdżkami i swoimi badaniami, śledziła wzrokiem dziwnie znajome frędzle kołyszące się przy każdym jego kroku. Kapłanki z doliny Kadiszy nosiły podobne ozdoby, choć ich szaty przeplatano jeszcze piórami dudków, wysuszonym sitowiem i drobnymi ptasimi kośćmi. Tutaj nie dostrzegała niczego podobnego, ale być może zwyczajnie nie doceniała pomysłowości Zenka, albo wiedziała o nim po prostu za mało.
Gdy tylko powrócił i rozłożył przed nią płyty, ścisnęła odruchowo dłoń na grzbiecie notatnika, który przecież wyjątkowo wiernie wciąż czekał na Badacza. Która była godzina?
— Ciekawa okładka. — Odparła, poprzedzając odpowiedź pomrukiem zastanowienia. Musnęła opuszkiem palca ilustrację, jakby obawiała się rozmazać farbę. Oceniała przede wszystkim samo rzemiosło, czyli papier, sposób prowadzenia linii, dobór barw i ciężar kompozycji. Samą sztukę znała niemal wyłącznie z książek, dlatego jedynym skojarzeniem, jakie przyszło jej do głowy, był Salvador Dalí, choć równie dobrze inspiracją mógł być ktoś zupełnie inny. W końcu przeniosła zaciekawione spojrzenie na białą okładkę Neu!, pozornie zupełnie pozbawioną charakteru. — Wiesz co…spróbujmy tego Neu!
Nie próbowała być przewrotna. Uznała po prostu, że skoro Zenek chciał zaprosić ją do swojego świata, najlepiej będzie wejść do niego bez gotowych wyobrażeń, których mogłaby nabrać pod wpływem zbyt sugestywnej okładki. Uśmiechnęła się więc lekko i wskazała palcem prosty biały kwadrat.
Upiła przy tym łyk gorącego grzańca, który zamiast rozlać po jej ciele falę przyjemnego ciepła, paskudnie oparzył ją w język. Grymasu rozczarowania nie była w stanie ukryć.
— Tylko co jeśli gościom się nie spodoba? — odchrząknęła zamaszyście, próbując pozbyć się z gardła przypadkowo połkniętego goździka — czyja to będzie wtedy wina? Moja?
Ponownie zakasłała, tym razem nie będąc w stanie ukryć malutkiej studzienki łez ułożonych na granicach dolnych powiek. Miała tylko nadzieję, że goździk nie przekłuł gładkiej ścianki przełyku. Po Spalonej Nocy miała dość szpitali.
Kocham drewno i duże bicepsy.