17.07.2026, 14:57 ✶
Hej piękna, bolało jak spadłaś z nieba? Bo Zenka bolało. Jak go ugodzili jakąś kulką.
No, śnieżka to to nie była. Kula popiołu trafiła go w twarz i rozmyła wzrok. Chrupnęło mu w nosie. Oczekiwał na śmierć, ale nie nadeszła. Koleś w ciemnej pelerynie dał mu drugą szansę. Potem go gonili. Ciskali zaklęciami, co dla Zenka cios poniżej pasa. On takich nie umie. By im co najwyżej mógł ten badyl w oko wsadzić. Gonili go godzinami. Wreszcie znalazł miejsce za śmietnikiem, wiedziony przeczuciem i znajomością mapy. Nawet jakieś zwidy już widział. By tam posiedział jeszcze dłużej, to by się ten bezdomny faktycznie zmaterializował i go przeprowadził na drugą stronę tęczy.
Ale nie było bezdomnego. To już była ułuda z przeszłości. Pojawił się za to Crow.
Czarny jak noc i tamten koleś. Pachnący nocą. Tak to sobie Zenek wyobrażał. Bo jak tylko pociągnął nosem, to syknął z bólu. Cicho. Tak jak to robią szczury, gdy przemykają ulicą.
I by mu to Zenek wszystko opowiedział, gdyby nie ukrywali się nadal, skuleni za tamtym śmietnikiem. Tylko że… no, tylko że Zenek też nie do końca wiedział, czy Crow tam był.
Crow był ciepły. Ciepło promieniowało z każdego żywego człowieka. Z Crowa też. Jakby ludzie wydzielali ciepło. A przecież niebo wrzało. Nie potrzebowali więcej.
Crow przykucnął przy nim. Dłonie miał wilgotne. Dotykiem odpowiadał na dotyk. A dotyk po twarzy przynosił wspomnienia. Wspomnienia zaledwie z poprzedniego wieczoru, no ale nadal. Skórzana nogawka wysunęła się spomiędzy palców Zenka.
Obrzęknięta twarz i zaschnięta od paru godzin krew sugerowały stan o wiele dramatyczniejszy, niż faktycznie prezentowały obrażenia Zenka. Zresztą sam na ileś minut zmienił się w króla dramatu. I jak tak patrzył w ciemne oczy, których w ciemności wcale nie widział, to chciało mu się śmiać. No chciało! Wyszczerzył kły jak małpa. Po czym znowu wrócił do oddychania przez usta.
Rękę przeniósł na bark Crowa, to znaczy Crow mu przeniósł. W porządku. Nogi Zenka działały, nawet jeśli z głową było gorzej. Na ramionach Crow też miał skórę. Skórzana kurtka opinała torso. Wczoraj leżała na jego podłodze. A że nogi działały, chwycił kurtkę na barku. Drugą ręką chwycił go pod żebrem. I się podniósł.
Wcale nie musiał się podpierać. Chciał go dotknąć.
Przesunęli się głębiej, w głąb zaułka. Robili się coraz ciemniejsi. Tak to było przy tych śmieciach. Nawet śmierciożercy nie patrzyli na śmieci. Czyli bezpieczni. Na jakieś kilka minut. Uratowani brakiem jednego r.
Wokół skórzanej kurtki dalej ciepło. Po czole spłynęła mu kropla potu. Chyba się paliło. Tak na serio. Trzeszczenie w uszach mu szalało, jakby ktoś odpalił brudną płytę. A ona leciała i leciała, na mega głośności. Na cały Londyn. Magiczny ogień… kiedyś już takim oddychał. Musieli opuścić kryjówkę, nie było wyjścia.
Nos puchnął, Londyn płonął, a oni biegali. Czarodziejami z Nokturnu rządził jakiś popęd śmierci. Ale odkąd go zobaczył… po tym całym fiasco z kaktusem. Nie umierać.
W budynku było ciemno.
//Aktywność fizyczna: ◉◉○○○, Znajomość Półświatka I, Muzyka I, Derealizacja I
No, śnieżka to to nie była. Kula popiołu trafiła go w twarz i rozmyła wzrok. Chrupnęło mu w nosie. Oczekiwał na śmierć, ale nie nadeszła. Koleś w ciemnej pelerynie dał mu drugą szansę. Potem go gonili. Ciskali zaklęciami, co dla Zenka cios poniżej pasa. On takich nie umie. By im co najwyżej mógł ten badyl w oko wsadzić. Gonili go godzinami. Wreszcie znalazł miejsce za śmietnikiem, wiedziony przeczuciem i znajomością mapy. Nawet jakieś zwidy już widział. By tam posiedział jeszcze dłużej, to by się ten bezdomny faktycznie zmaterializował i go przeprowadził na drugą stronę tęczy.
Ale nie było bezdomnego. To już była ułuda z przeszłości. Pojawił się za to Crow.
Czarny jak noc i tamten koleś. Pachnący nocą. Tak to sobie Zenek wyobrażał. Bo jak tylko pociągnął nosem, to syknął z bólu. Cicho. Tak jak to robią szczury, gdy przemykają ulicą.
I by mu to Zenek wszystko opowiedział, gdyby nie ukrywali się nadal, skuleni za tamtym śmietnikiem. Tylko że… no, tylko że Zenek też nie do końca wiedział, czy Crow tam był.
Crow był ciepły. Ciepło promieniowało z każdego żywego człowieka. Z Crowa też. Jakby ludzie wydzielali ciepło. A przecież niebo wrzało. Nie potrzebowali więcej.
Crow przykucnął przy nim. Dłonie miał wilgotne. Dotykiem odpowiadał na dotyk. A dotyk po twarzy przynosił wspomnienia. Wspomnienia zaledwie z poprzedniego wieczoru, no ale nadal. Skórzana nogawka wysunęła się spomiędzy palców Zenka.
Obrzęknięta twarz i zaschnięta od paru godzin krew sugerowały stan o wiele dramatyczniejszy, niż faktycznie prezentowały obrażenia Zenka. Zresztą sam na ileś minut zmienił się w króla dramatu. I jak tak patrzył w ciemne oczy, których w ciemności wcale nie widział, to chciało mu się śmiać. No chciało! Wyszczerzył kły jak małpa. Po czym znowu wrócił do oddychania przez usta.
Rękę przeniósł na bark Crowa, to znaczy Crow mu przeniósł. W porządku. Nogi Zenka działały, nawet jeśli z głową było gorzej. Na ramionach Crow też miał skórę. Skórzana kurtka opinała torso. Wczoraj leżała na jego podłodze. A że nogi działały, chwycił kurtkę na barku. Drugą ręką chwycił go pod żebrem. I się podniósł.
Wcale nie musiał się podpierać. Chciał go dotknąć.
Przesunęli się głębiej, w głąb zaułka. Robili się coraz ciemniejsi. Tak to było przy tych śmieciach. Nawet śmierciożercy nie patrzyli na śmieci. Czyli bezpieczni. Na jakieś kilka minut. Uratowani brakiem jednego r.
Wokół skórzanej kurtki dalej ciepło. Po czole spłynęła mu kropla potu. Chyba się paliło. Tak na serio. Trzeszczenie w uszach mu szalało, jakby ktoś odpalił brudną płytę. A ona leciała i leciała, na mega głośności. Na cały Londyn. Magiczny ogień… kiedyś już takim oddychał. Musieli opuścić kryjówkę, nie było wyjścia.
Nos puchnął, Londyn płonął, a oni biegali. Czarodziejami z Nokturnu rządził jakiś popęd śmierci. Ale odkąd go zobaczył… po tym całym fiasco z kaktusem. Nie umierać.
W budynku było ciemno.
//Aktywność fizyczna: ◉◉○○○, Znajomość Półświatka I, Muzyka I, Derealizacja I
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.