Dziewczę słuchało odpowiedzi Sama z wyraźnym zainteresowaniem, skubiąc przy tym dalej truskawki, które przecież miały być dla niego prezentem. Spodziewała się jednak, że nie będzie miał do niej o to zbyt dużych pretensji. Przynajmniej ona sama by nie miała.
— No tak. Kózki. Bardzo fajne są, lubię je — wtrąciła. Chociaż Dora lubiła każde żywe stworzenie, więc obrzucanie Miłki i Białki miłością, nie było niczym niezwykłym. Skarmiała je nieco zbyt dużą ilością sianka, ale tylko wtedy kiedy nikt nie patrzył! — Oh, ja też tak mega bardzo tęsknię za Knieją! Bardzo lubiłam po niej spacerować. Albo iść sobie na łączkę i poleżeć w słońcu. Raz mnie z Brenną capnęły w niej diabelskie sidła, ale wszystko było w porządku i w sumie jak się człowiek rozgląda, to jest całkiem bezpiecznie. A teraz to co najwyżej na wrzosowiska. Znaczy może nie aż tak, bo się robi coraz zimniej i w ogóle. Ale wiesz co, podobno jest coś, dzięki czemu te okropne Widma trzymają się z daleka? Jakaś runa, która ma je odstraszać… Ale nie znam detali — w sumie nie była pewna, czemu się tym bardziej zainteresowała, ale zebranie Zakonu, na którym wzmianka padła, było raczej mało przyjemnym wspomnieniem. Kolejny raz, kiedy wszyscy się pokłócili, a pan Moody mówił nawet, że byłby w stanie ludzi zabijać dla dobra sprawy…
— A no bo to taka choroba jak ktoś za dużo w ziemi grzebie. Czasem się człowieka ima. Nazywa się zielona zaraza — nawet nie mrugnęła okiem, kiedy rozpiął przed nią koszulę, mimowolnie chyba wchodząc w tryb lekarski. — To wygląda… hm. To coś odnośnie tej twojej klątwy od ziemi? Pamiętasz, w ogrodzie zrobiłeś taki ambaras… to cię przez to porasta?
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.