20.07.2026, 09:59 ✶
Brenna tylko się uśmiechnęła na słowa Alastora, bo zdecydowanie nie potrzebowała słodzenia, a i to co mówiła, mówiła całkowicie szczerze, nie w oczekiwaniu zaprzeczenia. Za to uniosła trochę brew, kiedy nagle się zawahał na tym „zajebaniu”: sama może nie przeklinała na prawo i lewo, ale ostatecznie obracając się wśród funkcjonariuszy i cóż, przestępców, jej uszy nie były szczególnie wrażliwe.
– Znajdziemy jakiś termin, w końcu to bardzo istotna umiejętność. Chociaż tak sobie myślę, że jeśli chodzi o mnie, pozostanę na pierwszym poziomie zaawansowania. Na ten drugi nie jestem jeszcze gotowa – oświadczyła z powagą, choć zdecydowanie Alek miał rację. Oboje mieli zajebane kalendarze i to tak po czubki głów.
Nie mogła jednak oprzeć się zastanawianiu, czy Alastor Moody kiedyś stracił zęba w walce z czarnoksiężnikami, jak głosiła fama, czy może jednak ten przepadł podczas przegranej walki ze szczególnie upierdliwą butelką.
*
Drzwi otworzyły się po chwili i na progu stanął, prawdopodobnie Ben. Mężczyzna w średnim wieku, wyglądający ze wszech miar normalnie, w ramionach trzymał narzędzia, i kiedy ich zobaczył, przytulił je do siebie czule, jakby się bał, że Brenna albo Alastor zaraz mu je wyrwą. Cofnął się nawet o krok i rozejrzał trochę nerwowo.
– Nie jesteście klientami – powiedział tonem odkrycia, mierząc ich podejrzliwym spojrzeniem. – Słuchajcie, nie chcę żadnych kłopotów, w porządku? Kończę zamówienia i wynoszę się z tego pojebanego kraju, ja mam wszystkiego dość.
– W sumie to moglibyśmy być. Gadałam z takim jednym, Canem, mówił, że współpracujecie i… – zaczęła Brenna, ale Ben uniósł ręce obronnym gestem i przy okazji upuścił narzędzia. Zaklął, pochylił się i zaczął je zbierać.
– Nie współpracuję już z nim! I w ogóle ani z żadnymi mugolakami, ani też nikomu nie będę tutaj już robił konkurencji, dobra? Sprzedaję budynek, będą tu zakładać jakiś domek letniskowy. Nie wiem czy on swój sprzeda, ale to nie moja sprawa, dobra?
– Znajdziemy jakiś termin, w końcu to bardzo istotna umiejętność. Chociaż tak sobie myślę, że jeśli chodzi o mnie, pozostanę na pierwszym poziomie zaawansowania. Na ten drugi nie jestem jeszcze gotowa – oświadczyła z powagą, choć zdecydowanie Alek miał rację. Oboje mieli zajebane kalendarze i to tak po czubki głów.
Nie mogła jednak oprzeć się zastanawianiu, czy Alastor Moody kiedyś stracił zęba w walce z czarnoksiężnikami, jak głosiła fama, czy może jednak ten przepadł podczas przegranej walki ze szczególnie upierdliwą butelką.
*
Drzwi otworzyły się po chwili i na progu stanął, prawdopodobnie Ben. Mężczyzna w średnim wieku, wyglądający ze wszech miar normalnie, w ramionach trzymał narzędzia, i kiedy ich zobaczył, przytulił je do siebie czule, jakby się bał, że Brenna albo Alastor zaraz mu je wyrwą. Cofnął się nawet o krok i rozejrzał trochę nerwowo.
– Nie jesteście klientami – powiedział tonem odkrycia, mierząc ich podejrzliwym spojrzeniem. – Słuchajcie, nie chcę żadnych kłopotów, w porządku? Kończę zamówienia i wynoszę się z tego pojebanego kraju, ja mam wszystkiego dość.
– W sumie to moglibyśmy być. Gadałam z takim jednym, Canem, mówił, że współpracujecie i… – zaczęła Brenna, ale Ben uniósł ręce obronnym gestem i przy okazji upuścił narzędzia. Zaklął, pochylił się i zaczął je zbierać.
– Nie współpracuję już z nim! I w ogóle ani z żadnymi mugolakami, ani też nikomu nie będę tutaj już robił konkurencji, dobra? Sprzedaję budynek, będą tu zakładać jakiś domek letniskowy. Nie wiem czy on swój sprzeda, ale to nie moja sprawa, dobra?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.