18.03.2023, 11:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.03.2023, 11:48 przez Mackenzie Greengrass.)
Pamiętała…
Motyle.
I wiatr.
W głowie jej wirowało, pamięć płatała figle. W pierwszej chwili, gdy wyczuła zapach ziemi i trawy, myślała, że leży po prostu w ogrodzie matki albo że sama położyła się gdzieś w Kniei Godryka – czasem, kiedy była młodsza, zakradała się tutaj i tak robiła, i nie potrafiłaby wyjaśnić czemu. Ale potem przypomniała sobie najpierw niebieskie motyle (dlaczego właśnie je?), wiatr, który ją porwał i jedyną myśl, tkwiącą jej wtedy w głowie: umrze. Za chwilę umrze.
Nie umarła jednak.
Uniosła się powoli, najpierw na łokciach, potem na dłoniach. Ruchy miała ostrożne, jak wtedy, gdy gramoliła się z boiska po upadku miotły, sprawdzając, jak ciało zareaguje na każdy z nich. Testując w ten sposób, czy nie pojawiły się jakieś uszkodzenia, na które szczególnie trzeba uważać. Nie była medykiem, nie znała się na zaklęciach leczących... ale bardzo, bardzo dużo wiedziała o tym, co możesz sobie zrobić po upadku z dużej wysokości albo uderzeniu w głowę czy rękę.
Moja miotła, przypomniała sobie jeszcze z pewną paniką, rozglądając się wokół. Mogłoby się wydawać dziwne, że szuka właśnie jej, bardziej przejęta miotłą niż ustaleniem, co się stało na Beltain. To nie był nawet najnowszy model, którego używała na meczach, a poprzednia, ale wciąż dobra, do której Mackenzie mocno się przywiązała. Właściwie… to nawet było dziwne, choć nie dla niej… Przy okazji, dostrzegła najpierw Martina, również leżącego w trawie, a potem ogień i tańczącą w pobliżu kobietę. Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, że to chyba nie tak, że porwało ją jakieś dziwne zaklęcie. Stało się coś złego. Nie tylko jej. Mimo to zachowała względny spokój, wypływający może trochę z tego, że Mackenzie rzadko ulegała gwałtownym emocjom innym niż gniew, a i to w specyficznych wypadkach, może – bo koleżanka z drużyny, jedyna osoba, którą znała i o której wiedziała, że jest na sabacie, opuściła go przed zmierzchem.
Podniosła się. Rozważała przez chwilę próbę teleportacji (nie wiedziała w końcu jeszcze, że ta nie ma szans podziałać), ale pomyślała, że może jeszcze spróbuje się rozejrzeć. Myśl o znalezieniu miotły wciąż obijała się po głowie Mackenzie.
– Przepraszam? – mruknęła, trochę do Martina, trochę do tańczącej kobiety. Spojrzenie Greengrass powędrowało ku drzewom, w próbie rozpoznania, czy to knieja… – Ktoś wie, gdzie my jesteśmy?
Motyle.
I wiatr.
W głowie jej wirowało, pamięć płatała figle. W pierwszej chwili, gdy wyczuła zapach ziemi i trawy, myślała, że leży po prostu w ogrodzie matki albo że sama położyła się gdzieś w Kniei Godryka – czasem, kiedy była młodsza, zakradała się tutaj i tak robiła, i nie potrafiłaby wyjaśnić czemu. Ale potem przypomniała sobie najpierw niebieskie motyle (dlaczego właśnie je?), wiatr, który ją porwał i jedyną myśl, tkwiącą jej wtedy w głowie: umrze. Za chwilę umrze.
Nie umarła jednak.
Uniosła się powoli, najpierw na łokciach, potem na dłoniach. Ruchy miała ostrożne, jak wtedy, gdy gramoliła się z boiska po upadku miotły, sprawdzając, jak ciało zareaguje na każdy z nich. Testując w ten sposób, czy nie pojawiły się jakieś uszkodzenia, na które szczególnie trzeba uważać. Nie była medykiem, nie znała się na zaklęciach leczących... ale bardzo, bardzo dużo wiedziała o tym, co możesz sobie zrobić po upadku z dużej wysokości albo uderzeniu w głowę czy rękę.
Moja miotła, przypomniała sobie jeszcze z pewną paniką, rozglądając się wokół. Mogłoby się wydawać dziwne, że szuka właśnie jej, bardziej przejęta miotłą niż ustaleniem, co się stało na Beltain. To nie był nawet najnowszy model, którego używała na meczach, a poprzednia, ale wciąż dobra, do której Mackenzie mocno się przywiązała. Właściwie… to nawet było dziwne, choć nie dla niej… Przy okazji, dostrzegła najpierw Martina, również leżącego w trawie, a potem ogień i tańczącą w pobliżu kobietę. Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, że to chyba nie tak, że porwało ją jakieś dziwne zaklęcie. Stało się coś złego. Nie tylko jej. Mimo to zachowała względny spokój, wypływający może trochę z tego, że Mackenzie rzadko ulegała gwałtownym emocjom innym niż gniew, a i to w specyficznych wypadkach, może – bo koleżanka z drużyny, jedyna osoba, którą znała i o której wiedziała, że jest na sabacie, opuściła go przed zmierzchem.
Podniosła się. Rozważała przez chwilę próbę teleportacji (nie wiedziała w końcu jeszcze, że ta nie ma szans podziałać), ale pomyślała, że może jeszcze spróbuje się rozejrzeć. Myśl o znalezieniu miotły wciąż obijała się po głowie Mackenzie.
– Przepraszam? – mruknęła, trochę do Martina, trochę do tańczącej kobiety. Spojrzenie Greengrass powędrowało ku drzewom, w próbie rozpoznania, czy to knieja… – Ktoś wie, gdzie my jesteśmy?