21.07.2026, 11:39 ✶
Ach, czyli Émile rozmawiał z tak zwanym indépendant, wolnym strzelcem. Oczywiście tacy ludzie działali w ten sposób jedynie w teorii. Ktoś musiał publikować jego wypociny, a te musiały spełniać pewne standardy. A jeśli człowiek ten nie potrafił znaleźć w Proroku stałego zatrudnienia, nie mówiło to nic pozytywnego o jego dziennikarskim rzemiośle. Mrzonki o liberté d'écriture oczywiście były ukochane paryskim liberałom, którzy nadal żyli wspomnieniem chwalebnej rewolucji, która upadła wraz z ostrzem gilotyny ścinającym głowy w imię wolności, równości i braterstwa.
Jednak mały wywiad Francuzowi nie mógł zaszkodzić. Trzeba było budować tu własną reputację, stworzyć się na nowo. We Francji szanowano go w arystokratycznych kręgach, tutaj zaczynał niemal od zera. Należało zapewnić sobie dobrą prasę. Szczególnie przed uroczystymi zaręczynami i ślubem.
Problem tkwił w tym, że nie do końca wiedział, jaka była obecna sytuacja. Czyżby chodziło o trwające od jakiegoś czasu zagrożenie ze strony terrorystów, tych całych Śmierciożerców? Nie mógł nazwać ich na łamach gazety otępiałymi radykałami, którzy nawet nie wiedzieli, w co wierzyli. A to, że angielskie rządy były na tyle słabe, że nie potrafiły sobie z nimi poradzić, uważał za znak, że Ministra powinna podać się do dymisji i powierzyć stanowisko komuś bardziej kompetentemu.
– Nazywam się Émile Mulciber i rzeczywiście nie jestem stąd. Mój ojciec pochodzi z Anglii, moja matka jest Francuzką z rodziny Delacour. Wychowałem się i uczyłem w Paryżu. Przyjechałem do Londynu dopiero niedawno, dwa miesiące temu – rzekł. – Obecnie pracuję w Szpitalu Świętego Munga, jestem medykiem. Nie sądzę zatem, bym był statystycznym mieszkańcem waszego kraju. Przyjechałem tu bowiem w celach matrymonialnych, nie z miłości do ojczyzny.
Zabrzmiało to nieco sucho, odrobinę wydarł się z jego wypowiedzi zgoła negatywny stosunek do kraju pochodzenia swego ojca. Sam Garreth Stuart nie przepadał za Anglią i o wiele lepiej odnalazł się we Francji. Epitety, jakimi opisywał on tutejszych Mulciberów nie nadawały się nawet do wypowiedzenia na głos, a co dopiero do gazety.
Jednak mały wywiad Francuzowi nie mógł zaszkodzić. Trzeba było budować tu własną reputację, stworzyć się na nowo. We Francji szanowano go w arystokratycznych kręgach, tutaj zaczynał niemal od zera. Należało zapewnić sobie dobrą prasę. Szczególnie przed uroczystymi zaręczynami i ślubem.
Problem tkwił w tym, że nie do końca wiedział, jaka była obecna sytuacja. Czyżby chodziło o trwające od jakiegoś czasu zagrożenie ze strony terrorystów, tych całych Śmierciożerców? Nie mógł nazwać ich na łamach gazety otępiałymi radykałami, którzy nawet nie wiedzieli, w co wierzyli. A to, że angielskie rządy były na tyle słabe, że nie potrafiły sobie z nimi poradzić, uważał za znak, że Ministra powinna podać się do dymisji i powierzyć stanowisko komuś bardziej kompetentemu.
– Nazywam się Émile Mulciber i rzeczywiście nie jestem stąd. Mój ojciec pochodzi z Anglii, moja matka jest Francuzką z rodziny Delacour. Wychowałem się i uczyłem w Paryżu. Przyjechałem do Londynu dopiero niedawno, dwa miesiące temu – rzekł. – Obecnie pracuję w Szpitalu Świętego Munga, jestem medykiem. Nie sądzę zatem, bym był statystycznym mieszkańcem waszego kraju. Przyjechałem tu bowiem w celach matrymonialnych, nie z miłości do ojczyzny.
Zabrzmiało to nieco sucho, odrobinę wydarł się z jego wypowiedzi zgoła negatywny stosunek do kraju pochodzenia swego ojca. Sam Garreth Stuart nie przepadał za Anglią i o wiele lepiej odnalazł się we Francji. Epitety, jakimi opisywał on tutejszych Mulciberów nie nadawały się nawet do wypowiedzenia na głos, a co dopiero do gazety.
Monsieur sans visage
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.