21.07.2026, 18:50 ✶
A pewne francuskie wampirze monstrum miało tychże sekretów trochę… Tak już bywało z istotami, które przestały należeć wyłącznie do królestwa żywych, ponieważ ich serca dawno ucichły.
Czas był dla Gustawa najwierniejszym sprzymierzeńcem. Powoli przesuwał swą niewidzialną dłonią po kartach historii, ścierając z nich imiona, daty i szczegóły aż nawet najcięższe przewinienia zaczynały przypominać jedynie blade cienie dawnych wydarzeń. Skandale, które niegdyś wywoływały szepty w najznamienitszych salonach z czasem stawały się tylko odległym wspomnieniem. Podobne sytuacje traktował jak sekret posiadające naturę szlachetnego trunku. Należało przechowywać go w odpowiednich warunkach z dala od ciekawskich spojrzeń. Wampiry znały tę sztukę lepiej niż ktokolwiek inny. Miały w końcu na to wieczność!
Za perfekcyjnie wyważonym uśmiechem francuskiego arystokraty i reputacją szanowanego mecenasa, kryło się jednak coś innego. Własne zaniedbanie w ukryciu własnych tajemnic.
Głód najpierw odbierał drobne rzeczy. Cierpliwość. Potem pojawiała się drażliwość. Następnie przychodził niepokój aż wreszcie budziła się ta najstarsza, najbardziej pierwotna część jego natury.
Tego wieczoru Delacour pozwolił sobie na zbyt wiele. Kilka dni spędził bez odpowiedniego pożywienia. Zbyt wiele godzin pochylonych nad dokumentami, listami i sprawami, które wymagały jego uwagi. Zbyt wiele obowiązków, które w ludzkich oczach czyniły go człowiekiem odpowiedzialnym, jednakże w rzeczywistości były jedynie kolejnym sposobem na odsunięcie chwili, której nie można było uniknąć. Przekonywał sam siebie, że jedna noc więcej niczego nie była w stanie zmienić, lecz… wampirza natura nie znała dumy, a głód zawsze czekał cierpliwie. W związku z tym, kiedy Astoria przekroczyła próg salonu, natychmiast wyczuł jej obecność.
Życie. Ciepło ludzkiego ciała. Zapach krwi płynącej spokojnie pod delikatną skórą.
Blade palce zacisnęły się mocniej na krawędzi fotela. Najbardziej przerażające było jednak to, że nie była obcą osobą. Znał ją oraz cenił. Szacunek, jaki wobec niej żywił, powinien był wystarczyć.
Wystarczał. Ledwie.
— Panno Avery — odezwał się. Musiał dać sobie chwilę.
Czas był dla Gustawa najwierniejszym sprzymierzeńcem. Powoli przesuwał swą niewidzialną dłonią po kartach historii, ścierając z nich imiona, daty i szczegóły aż nawet najcięższe przewinienia zaczynały przypominać jedynie blade cienie dawnych wydarzeń. Skandale, które niegdyś wywoływały szepty w najznamienitszych salonach z czasem stawały się tylko odległym wspomnieniem. Podobne sytuacje traktował jak sekret posiadające naturę szlachetnego trunku. Należało przechowywać go w odpowiednich warunkach z dala od ciekawskich spojrzeń. Wampiry znały tę sztukę lepiej niż ktokolwiek inny. Miały w końcu na to wieczność!
Za perfekcyjnie wyważonym uśmiechem francuskiego arystokraty i reputacją szanowanego mecenasa, kryło się jednak coś innego. Własne zaniedbanie w ukryciu własnych tajemnic.
Głód najpierw odbierał drobne rzeczy. Cierpliwość. Potem pojawiała się drażliwość. Następnie przychodził niepokój aż wreszcie budziła się ta najstarsza, najbardziej pierwotna część jego natury.
Tego wieczoru Delacour pozwolił sobie na zbyt wiele. Kilka dni spędził bez odpowiedniego pożywienia. Zbyt wiele godzin pochylonych nad dokumentami, listami i sprawami, które wymagały jego uwagi. Zbyt wiele obowiązków, które w ludzkich oczach czyniły go człowiekiem odpowiedzialnym, jednakże w rzeczywistości były jedynie kolejnym sposobem na odsunięcie chwili, której nie można było uniknąć. Przekonywał sam siebie, że jedna noc więcej niczego nie była w stanie zmienić, lecz… wampirza natura nie znała dumy, a głód zawsze czekał cierpliwie. W związku z tym, kiedy Astoria przekroczyła próg salonu, natychmiast wyczuł jej obecność.
Życie. Ciepło ludzkiego ciała. Zapach krwi płynącej spokojnie pod delikatną skórą.
Blade palce zacisnęły się mocniej na krawędzi fotela. Najbardziej przerażające było jednak to, że nie była obcą osobą. Znał ją oraz cenił. Szacunek, jaki wobec niej żywił, powinien był wystarczyć.
Wystarczał. Ledwie.
— Panno Avery — odezwał się. Musiał dać sobie chwilę.
Wiatr kołysze w locie ćmy
Wilki śpią mocno, że aż strach
I tylko ty nie śpisz Duszko ma
Boisz się nocnic, złych wietrzyc i zjaw
Wilki śpią mocno, że aż strach
I tylko ty nie śpisz Duszko ma
Boisz się nocnic, złych wietrzyc i zjaw