21.07.2026, 20:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.07.2026, 21:00 przez Lazarus Lovegood.)
Odbiór przygotowanych w terenowym oddziale celnym islandzkiego Ministerstwa Magii świstoklików przebiegł wyjątkowo sprawnie w porównaniu z analogicznym rodzimym procesem i Lazarus nie mógł wyjść z podziwu nad przejrzystością i zwięzłością niezbędnych do wypełnienia formularzy. Urzędowe druczki trudno było nazywać “eleganckimi”, ale w oczach wieloletniego pracownika Ministerstwa właśnie takimi się jawiły. Zawierały nawet odpowiednio dużo miejsca na zanotowanie ewentualnych uwag.
Gdyby nasze dokumenty miały takie pole, skończyłyby się wreszcie te kolorowe karteczki, które wiecznie się odklejają i gubią, pomyślał Lovegood, wspominając nabazgrane nieczytelnie notatki, przytwierdzane byle jak na Translokację do formularzy albo bezpośrednio do sprawdzanych paczek, często nieopatrzone żadnym podpisem i nieraz ginące w akcji. Potrafił co prawda rozpoznać wszystkich swoich kolegów celników po charakterze pisma, ale z ulgą pomyślał, że “N” Carrowa, które wyglądało, jak “IV”, nieodróżnialne “u”, “n” i “m” Weasleya i tragiczna organizacja miejsca pracy Maples, po której zawsze znajdował po kątach osierocone świstki z uwagami w stylu “Niech ktoś to jeszcze sprawdzi!”, “Brak informacji w B8”, “Nadawca kontakt Huang-Li Gao Zhengzhou wtorek” nie są już jego problemem.
Świstokliki pozwoliły uniknąć ewentualnych utrudnień spowodowanych śniegiem na drogach, a na pewno zaoszczędzić czas. Aportowali się pod bramą imponująco wielkiej hodowli, obejmującej niemal ćwierć linii brzegowej siarkowego jeziora znajdującego się na zapadniętym szczycie wulkanu. Niewygasłego, przeszło przez myśl Lazarusowi. Ostatnia aktywność miała miejsce zaledwie jedenaście lat temu. Czarodziej spojrzał pod nogi i wcisnął nieznacznie podeszwy butów w ziemię. Myśl o - być może - tkwiącej pod nią magmie była ekscytująca.
Właściciel, szczęśliwie władający angielskim, powitał ich niemalże jowialnie i, usłyszawszy, że przedstawiciele angielskich instytucji państwowych życzą sobie skontrolować źródło zaopatrzenia, zaprosił ich do zwiedzenia zakładu. Teoretycznie nie mieli prawa nałożyć żadnych sankcji na islandzkie przedsiębiorstwo, ale hodowca (a sądząc po rozmiarach jego przybytku, właściwie salamandrowy potentat) najwyraźniej nie zamierzał przepuścić okazji, by pochwalić się dorobkiem swego życia. Kipiąc zawodową dumą opowiadał o optymalnych warunkach, jakie stworzył do rozrodu i rozwoju płazów, o certyfikatach poświadczających poszanowanie wytycznych ekologicznej hodowli i humanitarnego pozyskiwania krwi zwierząt, o wystawach salamander, na jakich jego okazy uzyskały nagrody.
Płazy nigdy nie znajdowały się w centrum przyrodniczych zainteresowań Lazarusa, ale po pierwsze, czuł pewną nić porozumienia z drugim pasjonatem, a po drugie, trudno było odmówić uroku połyskującym, ognisto nakrapianym zwierzętom, wygrzewającym się w specjalnych paleniskach albo na zaczarowanych, gorących kamieniach. Strefa hodowli nie przypominała ponurych klatek, jakie można było napotkać w sklepach z magicznymi stworzeniami na Nokturnie, ani zagród, o jakich grzmieli mugolscy aktywiści ekologiczni. Poza wybiegiem dla dorosłych osobników, mieli okazję zobaczyć wylęgarnię, w której ciężarne jajami samice wydawały na świat larwy w salamandrowym ogniu o ściśle kontrolowanych parametrach temperatury i zawartości siarki, punkt pobrań, gdzie biało ubrani pracownicy ważyli salamandry i w zależności od wagi pobierali odpowiednią ilość krwi, laboratorium alchemiczne, gdzie prowadzono kontrolę jakości każdej partii, kwarantannik i magazyn. Wycieczka zakończyła się w gabinecie właściciela, którego duże okna wychodziły na turkusowe wody Viti.
- Idealnie byłoby, gdybyśmy mogli otrzymać próbki z różnych partii dla celów kontroli - podjął temat klątwołamacz, rozkładając na stole między Anthonym a islandzkim kontrahentem dokumenty (oczywiście ze starannie naniesionymi ostatnimi poprawkami i usuniętymi powstałymi podczas turbulencji śladami ołówka) - Po tym, co mieliśmy okazję zobaczyć, nie ma raczej wątpliwości co do pozytywnego wyniku ale musimy mieć zapisy w protokołach.
Gdyby nasze dokumenty miały takie pole, skończyłyby się wreszcie te kolorowe karteczki, które wiecznie się odklejają i gubią, pomyślał Lovegood, wspominając nabazgrane nieczytelnie notatki, przytwierdzane byle jak na Translokację do formularzy albo bezpośrednio do sprawdzanych paczek, często nieopatrzone żadnym podpisem i nieraz ginące w akcji. Potrafił co prawda rozpoznać wszystkich swoich kolegów celników po charakterze pisma, ale z ulgą pomyślał, że “N” Carrowa, które wyglądało, jak “IV”, nieodróżnialne “u”, “n” i “m” Weasleya i tragiczna organizacja miejsca pracy Maples, po której zawsze znajdował po kątach osierocone świstki z uwagami w stylu “Niech ktoś to jeszcze sprawdzi!”, “Brak informacji w B8”, “Nadawca kontakt Huang-Li Gao Zhengzhou wtorek” nie są już jego problemem.
Świstokliki pozwoliły uniknąć ewentualnych utrudnień spowodowanych śniegiem na drogach, a na pewno zaoszczędzić czas. Aportowali się pod bramą imponująco wielkiej hodowli, obejmującej niemal ćwierć linii brzegowej siarkowego jeziora znajdującego się na zapadniętym szczycie wulkanu. Niewygasłego, przeszło przez myśl Lazarusowi. Ostatnia aktywność miała miejsce zaledwie jedenaście lat temu. Czarodziej spojrzał pod nogi i wcisnął nieznacznie podeszwy butów w ziemię. Myśl o - być może - tkwiącej pod nią magmie była ekscytująca.
Właściciel, szczęśliwie władający angielskim, powitał ich niemalże jowialnie i, usłyszawszy, że przedstawiciele angielskich instytucji państwowych życzą sobie skontrolować źródło zaopatrzenia, zaprosił ich do zwiedzenia zakładu. Teoretycznie nie mieli prawa nałożyć żadnych sankcji na islandzkie przedsiębiorstwo, ale hodowca (a sądząc po rozmiarach jego przybytku, właściwie salamandrowy potentat) najwyraźniej nie zamierzał przepuścić okazji, by pochwalić się dorobkiem swego życia. Kipiąc zawodową dumą opowiadał o optymalnych warunkach, jakie stworzył do rozrodu i rozwoju płazów, o certyfikatach poświadczających poszanowanie wytycznych ekologicznej hodowli i humanitarnego pozyskiwania krwi zwierząt, o wystawach salamander, na jakich jego okazy uzyskały nagrody.
Płazy nigdy nie znajdowały się w centrum przyrodniczych zainteresowań Lazarusa, ale po pierwsze, czuł pewną nić porozumienia z drugim pasjonatem, a po drugie, trudno było odmówić uroku połyskującym, ognisto nakrapianym zwierzętom, wygrzewającym się w specjalnych paleniskach albo na zaczarowanych, gorących kamieniach. Strefa hodowli nie przypominała ponurych klatek, jakie można było napotkać w sklepach z magicznymi stworzeniami na Nokturnie, ani zagród, o jakich grzmieli mugolscy aktywiści ekologiczni. Poza wybiegiem dla dorosłych osobników, mieli okazję zobaczyć wylęgarnię, w której ciężarne jajami samice wydawały na świat larwy w salamandrowym ogniu o ściśle kontrolowanych parametrach temperatury i zawartości siarki, punkt pobrań, gdzie biało ubrani pracownicy ważyli salamandry i w zależności od wagi pobierali odpowiednią ilość krwi, laboratorium alchemiczne, gdzie prowadzono kontrolę jakości każdej partii, kwarantannik i magazyn. Wycieczka zakończyła się w gabinecie właściciela, którego duże okna wychodziły na turkusowe wody Viti.
- Idealnie byłoby, gdybyśmy mogli otrzymać próbki z różnych partii dla celów kontroli - podjął temat klątwołamacz, rozkładając na stole między Anthonym a islandzkim kontrahentem dokumenty (oczywiście ze starannie naniesionymi ostatnimi poprawkami i usuniętymi powstałymi podczas turbulencji śladami ołówka) - Po tym, co mieliśmy okazję zobaczyć, nie ma raczej wątpliwości co do pozytywnego wyniku ale musimy mieć zapisy w protokołach.