23.07.2026, 21:19 ✶
Szorstkie słowa ojca zabolały Othella, bowiem naświetlały, jak William widział jego jako syna. Wiedział, że był dla ojca nicnieznaczącym śmieciem. Bękartem, spłodzonym przypadkiem z kobietą, którą cenił tylko odrobinę wyżej niż prostytutkę. Przy innych Othello unosił się dumą. Potrafił zgromić kogoś jednym spojrzeniem. Wydawał się wtedy tak dostojny, surowy. W czarnym garniturze, o bladym obliczu przyobleczonym groźnym cieniem. Przy ojcu jednak czuł się jak mały chłopiec. Jak dziecko, które usłyszało od rodzica właśnie takie zdanie. Dlaczego ojciec tak mówił? Czemu tak czynił? Jaki miał powód, by obrażać swoje jedyne dzieci? Osoby, które nie opuściły go, lecz w imię rodzinnej tradycji starały się spędzić z nim chociaż chwilę. A już po narzekaniach matki Othello był na psychice mocno podkruszony i poczuł, że szare oczy zeszkliły mu się nieco. Martwi bowiem okazywali się często lepszym towarzystwem niż rodzina.
Modlitwa w Mabon była dla Othella bardzo ważna. W dni przesileń bogowie spoglądali na ludzi z większą łaską, a słowa niosły donioślejsze znaczenie. Dobrze było poprosić o coś tego dnia, bo tym razem błagania śmiertelników mogły zostać wysłuchane. Othello chciał pomodlić się za rodzeństwo. Poprosić o pomyślność dla nich, a i być może o zdolność rozpoznania prawdy od fałszu. Teraz miał tylko jedną prośbę, taką, która normalnemu człowiekowi ciążyłaby na sercu. Której normalny człowiek, by nawet nie pomyślał.
Zabierzcie go stąd. Za zasłonę, do Limbo, gdzie włóczył się będzie jako samotna zjawa. I niech jego duch cierpi katusze żalu po tym, jak traktował swą rodzinę. Niech każdego dnia rozrywają go na strzępy dzikie, nienasycone bestie zaświatów. Niech cierpi pośród najgorszych i najszkaradniejszych mar i niech nie wraca na ziemię, by żadne z jego dzieci nie musiało oglądać już jego twarzy. Taka była jego modlitwa. Jego życzenie.
Odile pod warstwą grubej skóry nosiła wrażliwe serce, jakkolwiek by się nie upierała, że każde z serc jest wrażliwe, bo to delikatny organ. Poprosiła o spokojną kolację, która w przypadku ich rodziny zaczęłaby się wtedy, gdyby ojciec pijany spadł pod stół. Odys zaś za zasłoną lekarskiej obojętności również skrywał duszę skrzywdzoną, ale i wściekłą. Ojciec ich na ten gniew w pełni zasługiwał. Jego dzieci obchodziły urodziny, a on nawet nie uraczył ich miłym słowem czy choćby chwilą trzeźwości.
Wtedy Odys wyciągnął różdżkę. Othello w połach szaty odnalazł swoją, złapał za zdobiony uchwyt i przytrzymał w pogotowiu. Wybrzmiały słowa, rozkaz, ostatnia deska ratunku. Magia zgęstniała w pomieszczeniu, obciążyła atmosferę już i tak niemal wrzącą. Po chwili konsternacji, napięcia, bijących głośno serc, rozległo się skrzypnięcie rozdzierające uszy i duszę.
– Ty pierdolony bękarcie! Jak śmiesz! – ryknął William Fawley. W ręku trzymał ostry nóż z ich zastawy i szedł prosto w stronę Odysa. – Zachciało się uroków, co?!
Othello nie czekał. Wyciągnął różdżkę i wycelował w stronę ojca.
– Odsuń się od niego! – ostrzegł chłodno. Coś mu mówiło, że wystarczyło tylko wypowiedzieć zaklęcie. To były proste słowa. Potem zielony promień, a problem znikał. Bezboleśnie i szybko. Bez wsparcia bogów. A jednak, byłby to pierwszy raz. Othello lękał się użyć Avady i skazać się na potępienie.
– Ty też?! Jeden pedał broni drugiego, co?! – William zaczerwienił się na twarzy.
Othello zacisnął zęby. Wypowiedział zaklęcie, które miało sprawić, by nóż w dłoni ojca rozgrzał się do czerwoności i poparzył go dotkliwie.
Transmutacja – zmieniam właściwość noża (temperaturę)
Modlitwa w Mabon była dla Othella bardzo ważna. W dni przesileń bogowie spoglądali na ludzi z większą łaską, a słowa niosły donioślejsze znaczenie. Dobrze było poprosić o coś tego dnia, bo tym razem błagania śmiertelników mogły zostać wysłuchane. Othello chciał pomodlić się za rodzeństwo. Poprosić o pomyślność dla nich, a i być może o zdolność rozpoznania prawdy od fałszu. Teraz miał tylko jedną prośbę, taką, która normalnemu człowiekowi ciążyłaby na sercu. Której normalny człowiek, by nawet nie pomyślał.
Zabierzcie go stąd. Za zasłonę, do Limbo, gdzie włóczył się będzie jako samotna zjawa. I niech jego duch cierpi katusze żalu po tym, jak traktował swą rodzinę. Niech każdego dnia rozrywają go na strzępy dzikie, nienasycone bestie zaświatów. Niech cierpi pośród najgorszych i najszkaradniejszych mar i niech nie wraca na ziemię, by żadne z jego dzieci nie musiało oglądać już jego twarzy. Taka była jego modlitwa. Jego życzenie.
Odile pod warstwą grubej skóry nosiła wrażliwe serce, jakkolwiek by się nie upierała, że każde z serc jest wrażliwe, bo to delikatny organ. Poprosiła o spokojną kolację, która w przypadku ich rodziny zaczęłaby się wtedy, gdyby ojciec pijany spadł pod stół. Odys zaś za zasłoną lekarskiej obojętności również skrywał duszę skrzywdzoną, ale i wściekłą. Ojciec ich na ten gniew w pełni zasługiwał. Jego dzieci obchodziły urodziny, a on nawet nie uraczył ich miłym słowem czy choćby chwilą trzeźwości.
Wtedy Odys wyciągnął różdżkę. Othello w połach szaty odnalazł swoją, złapał za zdobiony uchwyt i przytrzymał w pogotowiu. Wybrzmiały słowa, rozkaz, ostatnia deska ratunku. Magia zgęstniała w pomieszczeniu, obciążyła atmosferę już i tak niemal wrzącą. Po chwili konsternacji, napięcia, bijących głośno serc, rozległo się skrzypnięcie rozdzierające uszy i duszę.
– Ty pierdolony bękarcie! Jak śmiesz! – ryknął William Fawley. W ręku trzymał ostry nóż z ich zastawy i szedł prosto w stronę Odysa. – Zachciało się uroków, co?!
Othello nie czekał. Wyciągnął różdżkę i wycelował w stronę ojca.
– Odsuń się od niego! – ostrzegł chłodno. Coś mu mówiło, że wystarczyło tylko wypowiedzieć zaklęcie. To były proste słowa. Potem zielony promień, a problem znikał. Bezboleśnie i szybko. Bez wsparcia bogów. A jednak, byłby to pierwszy raz. Othello lękał się użyć Avady i skazać się na potępienie.
– Ty też?! Jeden pedał broni drugiego, co?! – William zaczerwienił się na twarzy.
Othello zacisnął zęby. Wypowiedział zaklęcie, które miało sprawić, by nóż w dłoni ojca rozgrzał się do czerwoności i poparzył go dotkliwie.
Transmutacja – zmieniam właściwość noża (temperaturę)
Rzut O 1d100 - 12
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Książę ciemności
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.