28.07.2026, 16:23 ✶
Hôpital Magique de Paris, od pierwszego roku nauczania wydawał mu się miejscem przedziwnym. Gdyby ktoś go szczerze zapytał co tu robi, to z rozbrajającą sobie szczerością powiedziałby, że nie ma zasadniczo pojęcia. Wszystko za sprawą obecnego ordynatora magipsychiatrii, człowieka którego poznał lata wcześniej, gdy ten był u początku swojej kariery medycznej. Namówił wtedy lekko zapodzianego w XX wieku wampira do aktualizacji uzdrowicielskiego fachu, mając z oczywistych względów dość okrojone rozeznanie w tym cóż ten wampir robił przed wampirzą odsiadką oraz w trakcie mugolskiej wojny. Teraz jako ordynator, osoba zarządzająca, zaprosił Jean-Baptiste'a de la Rochefoucalda do współpracy.
Miało to stanowisko swoje plusy i minusy. Lubił eksperymentować na pacjentach. Jeszcze bardziej lubił eksperymentować na swoich studentach. Ale te całe zaliczenia i tona biurokracji… to był dopiero jego pierwszy semestr a już był na śmierć zanudzony wijącymi się jak pędraki czarodziejami, od których później miałoby cokolwiek zależeć przeżycie jego pożywienia. Miał poczucie, że nie utrzyma się na tym stanowisku zbyt długo, ale obiecał swojemu dawnemu znajomemu, który - co zabawne - wyglądał teraz na starszego od niego, że da temu szansę.
Dlatego cierpliwie wysłuchiwał tych skamleń, zapewnień dotrzymania terminu i wywiązania się z zaproponowanej albo narzuconej pracy. Cokolwiek, do prawdy cokolwiek, co mogli niby wiedzieć o psychice ludzkiej, nie mając choćby stu lat doświadczeń z tymi zabawnymi mrówkami, gnanymi głodem, pragnieniem i seksem do przodu?
– Następny! – krzyknął, nie podnosząc się z katedry, na której siedział półdupkiem w lekarskiej szacie zdobnej w barwy oddziału magipsychiatrycznego. Z racji tego, że preferował nocne terminy wizyt, zaraz po zmierzchu wszyscy się pchali by mieć to jak najszybciej odhaczone, więc trochę potraktował ich taśmowo. Ostatni był… och blondasek z pierwszego rzędu, no tego to był ciekaw co wykombinuje. Być może, gdyby Jean lepiej pamiętał czasy własnej nauki, odnalazłby w tym zdeterminowanym spojrzeniu ślady własnej młodości. Teraz jednak Émile jawił mu się jako rumiany pędraczek, który bardzo chciałby mieć dobry stopień. No nic, być może miło go zaskoczy. Nim jednak student wszedł do gabinetu, wampir wychwycił jakąś rubryczkę w dokumentacji, której zadania nie był w stanie zidentyfikować.
Pieprzona biurokracja
Złapał się na zaciśniętej szczęce, choć ponoć wyraz gniewu (tak długo jak nie był podparty zębami zatopionymi w gardzieli impertynenta) dodawał mu uroku.
– Do rzeczy Mulciber. Temat pracy? – zaczął, ciskając teczkę na biurko i wstając od razu, chcąc rozchodzić to poczucie potrzasku, które miał wobec zobowiązań wijących się po nim jak szlufki kaftanu bezpieczeństwa niebezpiecznie poszukujące zakotwiczenia pętającego do reszty możliwość ruchu.
Miało to stanowisko swoje plusy i minusy. Lubił eksperymentować na pacjentach. Jeszcze bardziej lubił eksperymentować na swoich studentach. Ale te całe zaliczenia i tona biurokracji… to był dopiero jego pierwszy semestr a już był na śmierć zanudzony wijącymi się jak pędraki czarodziejami, od których później miałoby cokolwiek zależeć przeżycie jego pożywienia. Miał poczucie, że nie utrzyma się na tym stanowisku zbyt długo, ale obiecał swojemu dawnemu znajomemu, który - co zabawne - wyglądał teraz na starszego od niego, że da temu szansę.
Dlatego cierpliwie wysłuchiwał tych skamleń, zapewnień dotrzymania terminu i wywiązania się z zaproponowanej albo narzuconej pracy. Cokolwiek, do prawdy cokolwiek, co mogli niby wiedzieć o psychice ludzkiej, nie mając choćby stu lat doświadczeń z tymi zabawnymi mrówkami, gnanymi głodem, pragnieniem i seksem do przodu?
– Następny! – krzyknął, nie podnosząc się z katedry, na której siedział półdupkiem w lekarskiej szacie zdobnej w barwy oddziału magipsychiatrycznego. Z racji tego, że preferował nocne terminy wizyt, zaraz po zmierzchu wszyscy się pchali by mieć to jak najszybciej odhaczone, więc trochę potraktował ich taśmowo. Ostatni był… och blondasek z pierwszego rzędu, no tego to był ciekaw co wykombinuje. Być może, gdyby Jean lepiej pamiętał czasy własnej nauki, odnalazłby w tym zdeterminowanym spojrzeniu ślady własnej młodości. Teraz jednak Émile jawił mu się jako rumiany pędraczek, który bardzo chciałby mieć dobry stopień. No nic, być może miło go zaskoczy. Nim jednak student wszedł do gabinetu, wampir wychwycił jakąś rubryczkę w dokumentacji, której zadania nie był w stanie zidentyfikować.
Pieprzona biurokracja
Złapał się na zaciśniętej szczęce, choć ponoć wyraz gniewu (tak długo jak nie był podparty zębami zatopionymi w gardzieli impertynenta) dodawał mu uroku.
– Do rzeczy Mulciber. Temat pracy? – zaczął, ciskając teczkę na biurko i wstając od razu, chcąc rozchodzić to poczucie potrzasku, które miał wobec zobowiązań wijących się po nim jak szlufki kaftanu bezpieczeństwa niebezpiecznie poszukujące zakotwiczenia pętającego do reszty możliwość ruchu.