Ze słów Daisy wynikało, że wszystkie usłyszane przez Martina śmieszki i domysły dotyczące Beltane "po zmroku" wcale nie były historyjkami wyssanymi z palca. Czyli pary kochanków faktycznie uciekały do lasu na nocne uciechy. Dla Martina dziwnie by było tak w miejscu publicznym.
— Rozumiem — odpowiedział. Nawet jeśli dla Croucha panna Lockhart była szczerą, wolną od konwenansów czarownicą, wciąż nie mogła odpuścić doszukiwania się niesnasek w społeczeństwie i gorących ploteczek. Ale taka jej praca.
W herbacie wylanej bezceremonialnie na trawę było coś niezwykle wyzwalającego. Ciecz otoczona granicami miała służyć jednemu celowi — być transportowaną we wnętrze człowieka. Każde inne użycie byłoby zmarnowaniem zdatnego do spożycia napoju oraz przeznaczonych do jej wytworzenia środków. A tu, wbrew jej przeznaczeniu, została wylana na glebę, gdzie teraz ona stanie się otoczką dotychczas wiążących ją błyszczących mineralnych drobinek. Niektórzy okrzyknęliby to jej końcem, lecz to dopiero początek nieoczekiwanej przygody.
— Florence... Nie. — A jakżeby inaczej. Pamiętał tylko imiona członków najbliższej rodziny. Ludzie z jego otoczenia nigdy go nie interesowali. Gdyby było inaczej, z pewnością pamiętałby starszą od siebie pannę Bulstrode, z którą dzielił dom w Hogwarcie.
Crouch skupił swoją uwagę na ciastku. Było wykonane z niezwykłym kunsztem, szkoda było je jeść. Zapoznał się z symboliką — radość, pogoda ducha. Brzmiało raczej jak coś, co już się spełniło. Ale festyn będzie trwać do późnej nocy, kto wie, co się jeszcze stanie. Zaraz rozpoczną się też kolejne atrakcje, więc Martin i Daisy ruszyli w ich stronę.