01.08.2026, 09:44 ✶
Zastrzygł uchem, trudno było nie zastrzyc. Runy nie były jego mocną stroną, nawet teraz gdy stolarskie zajęcie przestało leżeć w przestrzeniach amatorskiego zainteresowania na rzecz fachu, który hah szlifował na licznych zleceniach, lub którego po prostu się uczył pod okiem mistrza Ollivandera. Runy były poza jego zasięgiem, język dziwny, znaki, w których magię dopiero trzeba było zakląć w momencie, gdy jego robota polegała na zachowaniu magii, która już była wewnątrz magicznego drewna. Tymczasem teraz to właśnie runa mogłaby odepchnąć widma od siebie. Mogłaby odepchnąć widma od jego domu…
Przylgnął do tej plotki, uwierzył w nią momentalnie z całej siły, a błękitne oczy pojaśniały mu nadzieją.
– Od kogo o tym wiesz? Z kim musiałbym porozmawiać, by dowiedzieć się… tych no… detali? – Najchętniej poleciałby od razu, na jej oczach zamienił się w krogulca i przemieścił co prędzej do osoby, która miała te informacje, gdziekolwiek ona była. Trochę nie chciało mu się wierzyć że byłaby to Bee, czyli Brenna. Jak mogłaby mu o tym nie powiedzieć? Może, swoim zwyczajem, musiała mieć wszystko do końca potwierdzone i sprawdzone? On by mógł to przetestować. On by bardzo chciał to zrobić!
Istnienie choroby, która zieleni skórę przyjął z o wiele większym spokojem niż by sam po sobie się spodziewał. Zielona zaraza. Ładne.
– Ciekawe, nigdy tego nie… nie złapałem. – przyznał drapiąc się po głowe i lustrując wciąż jej skórę. – Wyglądasz bardzo pięknie, nie wiem jak można nazywać to zarazą, skoro jest takim no… wyrazem łączności z naturą. Podziękowaniem od niej, za troskę i pracę włożoną w jej rozwój. – ogrodnictwo nie do końca było naturalne, wszak ogrodnik wybierał sobie co z ekosystemu pozostawało, podejmował decyzje zamiast Matki o tym, czy słaby miał przetrwać, czy dostawał wsparcie do walki. Samuel jednak sam nie był w stanie odmówić, gdy ktoś prosił o pomoc, więc wpływ z zewnątrz nie jawił mu się jako… nienaturalny, nawet jeśli u samej podstawy swojego istnienia był. Szczególnie teraz, gdy przebywał coraz więcej z ludźmi, gdy się integrował. Na wspomnienie błogosławieństwa, które okazało się klątwą, westchnął tylko cicho przez krótki moment przejeżdżając po korze palcami a potem chowając zmodyfikowany kawałek skóry.
– Tak. Chyba tak. Pani doktor, która się mną opiekowała niestety nie może tego potwierdzić bo no… bo nie żyje, ale myślę, że ma to związek ze sobą. Nie boli na szczęście, mi całkiem dobrze idzie żeby nie robić tego ambarasu dookoła, więc może magia, którą mam musi znaleźć inną drogę? Jedyną rzeczą której się boje, że zacznie sięgać mi kora na twarz czy dłonie. Trochę nie będę mógł wtedy pracować w Dolinie tak często, bo jednak mugole… a chyba nie pójdę do apteki i nie dostanę maści na kore? – zaśmiał się niezręcznie, ostatecznie przecież chciał wrócić do Kniei. Ludzie, uśmiechnięci ludzie, dziękujący mu ludzie… to było miłe, ale było tego czasem za dużo. I czuł się cięzarem na farmie u Nikolaja. I nie widział siebie mieszkającego w domku ogrodnika. Nie kiedy Longbottomów odwiedziłaby Nora. Albo gorzej - gdyby dowiedział się, że przez wzgląd na niego przestała ich odwiedzać. Znów spochmurniał, a truskawki przestały mu smakować jak wcześniej. Tak właśnie było gdy przestawał pracować - za dużo myślał, a myślenie stawało się bolesne.
Przylgnął do tej plotki, uwierzył w nią momentalnie z całej siły, a błękitne oczy pojaśniały mu nadzieją.
– Od kogo o tym wiesz? Z kim musiałbym porozmawiać, by dowiedzieć się… tych no… detali? – Najchętniej poleciałby od razu, na jej oczach zamienił się w krogulca i przemieścił co prędzej do osoby, która miała te informacje, gdziekolwiek ona była. Trochę nie chciało mu się wierzyć że byłaby to Bee, czyli Brenna. Jak mogłaby mu o tym nie powiedzieć? Może, swoim zwyczajem, musiała mieć wszystko do końca potwierdzone i sprawdzone? On by mógł to przetestować. On by bardzo chciał to zrobić!
Istnienie choroby, która zieleni skórę przyjął z o wiele większym spokojem niż by sam po sobie się spodziewał. Zielona zaraza. Ładne.
– Ciekawe, nigdy tego nie… nie złapałem. – przyznał drapiąc się po głowe i lustrując wciąż jej skórę. – Wyglądasz bardzo pięknie, nie wiem jak można nazywać to zarazą, skoro jest takim no… wyrazem łączności z naturą. Podziękowaniem od niej, za troskę i pracę włożoną w jej rozwój. – ogrodnictwo nie do końca było naturalne, wszak ogrodnik wybierał sobie co z ekosystemu pozostawało, podejmował decyzje zamiast Matki o tym, czy słaby miał przetrwać, czy dostawał wsparcie do walki. Samuel jednak sam nie był w stanie odmówić, gdy ktoś prosił o pomoc, więc wpływ z zewnątrz nie jawił mu się jako… nienaturalny, nawet jeśli u samej podstawy swojego istnienia był. Szczególnie teraz, gdy przebywał coraz więcej z ludźmi, gdy się integrował. Na wspomnienie błogosławieństwa, które okazało się klątwą, westchnął tylko cicho przez krótki moment przejeżdżając po korze palcami a potem chowając zmodyfikowany kawałek skóry.
– Tak. Chyba tak. Pani doktor, która się mną opiekowała niestety nie może tego potwierdzić bo no… bo nie żyje, ale myślę, że ma to związek ze sobą. Nie boli na szczęście, mi całkiem dobrze idzie żeby nie robić tego ambarasu dookoła, więc może magia, którą mam musi znaleźć inną drogę? Jedyną rzeczą której się boje, że zacznie sięgać mi kora na twarz czy dłonie. Trochę nie będę mógł wtedy pracować w Dolinie tak często, bo jednak mugole… a chyba nie pójdę do apteki i nie dostanę maści na kore? – zaśmiał się niezręcznie, ostatecznie przecież chciał wrócić do Kniei. Ludzie, uśmiechnięci ludzie, dziękujący mu ludzie… to było miłe, ale było tego czasem za dużo. I czuł się cięzarem na farmie u Nikolaja. I nie widział siebie mieszkającego w domku ogrodnika. Nie kiedy Longbottomów odwiedziłaby Nora. Albo gorzej - gdyby dowiedział się, że przez wzgląd na niego przestała ich odwiedzać. Znów spochmurniał, a truskawki przestały mu smakować jak wcześniej. Tak właśnie było gdy przestawał pracować - za dużo myślał, a myślenie stawało się bolesne.