Powiedzieć, że te wszystkie pomysły, domysły i fakty, swędziały w mózg, to było zdecydowanie za mało zdaniem Atreusa. Organ bolał, skręcał się i oddawał szeroko pojętej rezygnacji. Brakowało bowiem we wszystkim logiki, za którą można by podążyć i opracować porządny plan. Mógł być porywczy, często robić zanim pomyślał, ale jeśli miał się do czegoś przygotowywać, to wolał to robić z głową, tak by potem pozostawić sobie jak najwięcej przestrzeni na dopasowywanie się do sytuacji. Ministerstwo jednak wydawało się robić wszystko, by pokazać swoim pracownikom, że dosłownie ma ich w dupie. Nie był pewien, czy chodziło o osobę Ministry, czy może szefów departamentów, a może tylko przełożonych na pośrednich szczeblach. Z resztą, nie było to tak istotne. Nie kiedy szli przed siebie, tkwiąc w Dolinie Godryka i zastanawiali się, jak naprawić ten cały cyrk. Nie, nie naprawić. To było niemożliwe. Ale załagodzenie sytuacji było już osiągalne.
— Pooglądałbym se mecz Quidditcha zamiast się zastanawiać jak ogarnąć ten shitshow — mruknął, niby żartując, ale po prawdzie bardzo chętnie zająłby się dosłownie czymkolwiek innym. — Nie wyobrażam sobie nawet, ilu idiotów myśli że to tylko taka bujda. Pewnie ich nawet nie nauczyło to, że pod koniec sierpnia te widma grasowały w miasteczku, próbowały przekonać jakiegoś typa do… kurwa nie wiem czego, przyprowadzania im ofiar? Ostatecznie go zamordowały. — Potarł twarz, wyraźnie zmęczony na samo wspomnienie tamtych przeżyć. — Nie pierdol. Nie wiem czemu, ale myślałem, że oni je zwyczajnie wezmą i pochowają. Rozumiesz, zamknięta trumna i tak dalej. Oczywiście po całym badaniu i ustaleniu z ciał czegokolwiek. — Może i lepiej, że Victoria nie ciągnęła swojej opowieści jeszcze dalej, wspominając o ożywającej ghoulce, bo Atreus tylko bardziej by w to wszystko niedowierzał. Oczywiście zaraz przez tym jakby się grzecznie zapytał, czemu niby Ministerstwo postanowiło organizować pomoc na Nokturnie. Co to niby miało dać?
— Brenna — odpowiedział niemal automatycznie, bo akurat to pamiętał jako pierwsze z brzegu. — Zrobi coś głupiego, na sto procent. Chociaż głupiego, to może za dużo powiedziane. — Szczególnie od osoby, która dobrowolnie weszła na Beltane do ogniska, wiedząc że było ono jakimś przejściem. — Hestia też, z tego co pamiętam. Heather — wypluł z siebie to imię z pewnym zdegustowaniem. — Aha no i chyba Erik. Więcej nie pamiętam. Większość starszych panów chyba wywalili do Little Hangleton. A przynajmniej widziałam nazwisko Moodiego i Bletchleya na rozpisce właśnie tam. Może to i lepiej. — Żeby nie powiedzieć, że na tę myśl odczuwał zwyczajną ulgę. Wolał już, żeby to Erik nimi dysponował. Głównie dlatego, ze po pierwsze to nic do niego nie miał, jako detektywa, a po drugie wydawał się całkiem spoko człowiekiem. — Wiesz, gadałem z wujkiem, kiedy byłem w domu, ale nie potrafił powiedzieć mi nic konkretnego. Podejrzewam, że problem tkwi bardziej w samych osobach, które ogarniają Polanę Ognisk. Chuj wie. W każdym razie, wracając do lasu… — Wrócili, rzucając dalej pomysłami. — Chodzi ci o taką magiczną linię z dużej ilości zaklęć? Czy runiczne? — dopytał. Kiedy podążyła myślami dalej, wspominając o pułapkach, zgodził się z nią, kiwając do tego głową. Mieli powstrzymać ludzi przed wtargnięciem do Kniei, ale nie znaczyło to że powinni robić z nich cholernie łatwy cel dla potworów z lasu. — Aż sam jestem zdziwiony, że się ze mną zgadzasz. W sensie… rzucałem trochę na ślepo, nie powiem że nie. Strachy na wróble w sumie nie brzmią tak źle. Łatwe do znalezienia, a i nie będzie ich przesadnie szkoda. No i to nie ludzie.