05.08.2026, 18:29 ✶
Mówiło się, że przed alkoholem trzeba zawsze się najeść. A więc Zenek jadł. Warstwa snu podsuwała mu różne frykasy. Najpierw schab, pocięty na cieniutkie plasterki. Pachniał jak u mamy. Potem na talerzu pojawiał się boczek. Skwierczał, jakby Lewis ledwo co go ściągnął z patelni. Ale to nie Lewis gotował. Tak samo, jak magia nie mogła wyczarować jedzenia, tak i sen nie karmił go naprawdę. Schab przewracał się na drugi bok i zaczynał taplać się w sosie. Boczek parował i skwierczał, aż to skwierczenie przekształcało się w chrumkanie. Zenek odsunął się głodny od talerza.
Po drugiej stronie czekało na niego pielesze w sosiwie. Śmierdziało gnojem. No, fu. Dokładnie. Zapewne tak się właśnie czuł tamten boczek i dlatego chrumkał. Zenek przewrócił się na drugi bok. Coś go smyrnęło. Drugi boczek. Zenek otworzył oczy.
Leżał dalej. Bo jak już się człowiek budzi w oborniku, co mu uświadomił smród w pomieszczeniu — po co wszczynać alarm? Przekręcił się tylko na tym błocku nieco wygodniej, by mieć pogląd na towarzysza. Scenki rodzajowe. Towarzysz chwieje się na błocie. Towarzysz pada twarzą do koryta. Świnie kwiliły wokół, jedna z nich żywo zainteresowana stanem towarzysza. Świnie?
Zenka, jak tak leżał, uwierały tylko frędzle od skórzanej kamizelki. Niby takie miękkie i trzepoczące, a jak się człowiek chce porządnie ułożyć i skonać, no to się nie dało. A więc za to przyszło mu umierać. Za przemoc na zwierzach. No, bo skóra, tak? Dlaczego my tak właściwie jemy zwierzęta? Nie chciało mu się tego rozważać. Przesunął stopą w stronę kolana, a potem od kolana naprzód i rozbrechtał błoto. Dżins się ubłotał. To były jego sceniczne dzwony.
Uniósł głowę do świniaka. Świniak Zenka siedział spokojnie pod korytem. Nie stresował go nagły wyskok Hana (znowu jakiś Chińczyk?). Przeciwnie, przymknął oczy w wyrazie błogości, gdy Zenek go machnięciem trampka ochlapał błotem. Swój swojego zrozumie.
— Bbbb — wydostało się z jego gardła, chociaż próżno było w umyśle Zenka szukać słów na tę literę. Chyba chciał jedynie przewietrzyć gardło. Jemu było sucho. I może tylko mu się tak zdawało, ale w błocku mignęło mu kolorowe boa.
Han odwrócił się ku niemu z martwą twarzą, a Zenek musiał pomyśleć chwilę. Mrugnął oczami, potem znowu.
— L… Lepiej ci? — tak wymyślił na odpowiedź. Po czym wrócił do leżenia.
Po drugiej stronie czekało na niego pielesze w sosiwie. Śmierdziało gnojem. No, fu. Dokładnie. Zapewne tak się właśnie czuł tamten boczek i dlatego chrumkał. Zenek przewrócił się na drugi bok. Coś go smyrnęło. Drugi boczek. Zenek otworzył oczy.
Leżał dalej. Bo jak już się człowiek budzi w oborniku, co mu uświadomił smród w pomieszczeniu — po co wszczynać alarm? Przekręcił się tylko na tym błocku nieco wygodniej, by mieć pogląd na towarzysza. Scenki rodzajowe. Towarzysz chwieje się na błocie. Towarzysz pada twarzą do koryta. Świnie kwiliły wokół, jedna z nich żywo zainteresowana stanem towarzysza. Świnie?
Zenka, jak tak leżał, uwierały tylko frędzle od skórzanej kamizelki. Niby takie miękkie i trzepoczące, a jak się człowiek chce porządnie ułożyć i skonać, no to się nie dało. A więc za to przyszło mu umierać. Za przemoc na zwierzach. No, bo skóra, tak? Dlaczego my tak właściwie jemy zwierzęta? Nie chciało mu się tego rozważać. Przesunął stopą w stronę kolana, a potem od kolana naprzód i rozbrechtał błoto. Dżins się ubłotał. To były jego sceniczne dzwony.
Uniósł głowę do świniaka. Świniak Zenka siedział spokojnie pod korytem. Nie stresował go nagły wyskok Hana (znowu jakiś Chińczyk?). Przeciwnie, przymknął oczy w wyrazie błogości, gdy Zenek go machnięciem trampka ochlapał błotem. Swój swojego zrozumie.
— Bbbb — wydostało się z jego gardła, chociaż próżno było w umyśle Zenka szukać słów na tę literę. Chyba chciał jedynie przewietrzyć gardło. Jemu było sucho. I może tylko mu się tak zdawało, ale w błocku mignęło mu kolorowe boa.
Han odwrócił się ku niemu z martwą twarzą, a Zenek musiał pomyśleć chwilę. Mrugnął oczami, potem znowu.
— L… Lepiej ci? — tak wymyślił na odpowiedź. Po czym wrócił do leżenia.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.