06.08.2026, 16:06 ✶
Następny!
Émile wstał z ławeczki niemal natychmiast. Miał tę swoją mentalność grzecznego uczniaka, która przychodziła mu dość naturalnie. Nie rozumiał osób, którym na edukacji wcale nie zależało, a nadal ją podejmowały. Po co właściwie tu jesteś? – miał ochotę pytać niektórych swoich kolegów, którzy obijali się i potem nie zdawali egzaminów. Jednak wiedział, że dobrze wychowany dżentelmen musiał dbać bardziej o swoją postawę, a nie pouczać innych, którzy przecież byli odpowiedzialni za własne życia. Nawet jeśli wydawali się mu skończonymi idiotami.
Głos profesora zabrzmiał ostro. Nie był to jeden z przyjaznych, ciepłych wykładowców, który częstował studentów herbatką na konsultacjach. Nie potrafił jednak rozgryźć, czy de la Rochefoucald był jednym z tych nauczycieli, którzy swoich podopiecznych otaczali szczerą niechęcią i na każdym kroku wykazywali, że chcieliby znajdować się zupełnie gdzie indziej. Émile wiedział, że z takim rozumieniem ludzkiego umysłu, magipsychiatria nie była mu pisana.
Chłopak z duszą na ramieniu przeszedł przez drzwi. Profesor siedział w pozycji dość nonszalanckiej, nieco niewłaściwej jego autorytetowi. Mulciber poczuł, że gardło mu się lekko zacisnęło. Zdecydowanie wolał, gdy wszystkie formułki grzecznościowe zostawały wygłaszane, gdy sytuacja pozostawała komfortowo przewidywalna. Nie wiedział tym samym, czego spodziewać się po profesorze. Szybkiego załatwienia sprawy czy docinków? Postanowił jednak zachowywać się jak zwykle, bardzo poprawnie, co może nie wzbudzało w ludziach zachwytu jego osobą, ale przynajmniej nie przysparzało negatywnych odczuć związanych z obcowaniem z impertynentem.
– Oczywiście, panie profesorze – rzekł, siląc się na spokój. – Chciałbym w mojej pracy opisać zagadnienie czyszczenia pamięci osobom, które cierpią z powodu zespołu stresu pourazowego. Moją tezą będzie, że jest to praktyka bardziej szkodliwa niż pomocna dla takowego pacjenta.
Dłonie zaczęły mu się lekko trząść, więc splótł je za plecami.
Émile wstał z ławeczki niemal natychmiast. Miał tę swoją mentalność grzecznego uczniaka, która przychodziła mu dość naturalnie. Nie rozumiał osób, którym na edukacji wcale nie zależało, a nadal ją podejmowały. Po co właściwie tu jesteś? – miał ochotę pytać niektórych swoich kolegów, którzy obijali się i potem nie zdawali egzaminów. Jednak wiedział, że dobrze wychowany dżentelmen musiał dbać bardziej o swoją postawę, a nie pouczać innych, którzy przecież byli odpowiedzialni za własne życia. Nawet jeśli wydawali się mu skończonymi idiotami.
Głos profesora zabrzmiał ostro. Nie był to jeden z przyjaznych, ciepłych wykładowców, który częstował studentów herbatką na konsultacjach. Nie potrafił jednak rozgryźć, czy de la Rochefoucald był jednym z tych nauczycieli, którzy swoich podopiecznych otaczali szczerą niechęcią i na każdym kroku wykazywali, że chcieliby znajdować się zupełnie gdzie indziej. Émile wiedział, że z takim rozumieniem ludzkiego umysłu, magipsychiatria nie była mu pisana.
Chłopak z duszą na ramieniu przeszedł przez drzwi. Profesor siedział w pozycji dość nonszalanckiej, nieco niewłaściwej jego autorytetowi. Mulciber poczuł, że gardło mu się lekko zacisnęło. Zdecydowanie wolał, gdy wszystkie formułki grzecznościowe zostawały wygłaszane, gdy sytuacja pozostawała komfortowo przewidywalna. Nie wiedział tym samym, czego spodziewać się po profesorze. Szybkiego załatwienia sprawy czy docinków? Postanowił jednak zachowywać się jak zwykle, bardzo poprawnie, co może nie wzbudzało w ludziach zachwytu jego osobą, ale przynajmniej nie przysparzało negatywnych odczuć związanych z obcowaniem z impertynentem.
– Oczywiście, panie profesorze – rzekł, siląc się na spokój. – Chciałbym w mojej pracy opisać zagadnienie czyszczenia pamięci osobom, które cierpią z powodu zespołu stresu pourazowego. Moją tezą będzie, że jest to praktyka bardziej szkodliwa niż pomocna dla takowego pacjenta.
Dłonie zaczęły mu się lekko trząść, więc splótł je za plecami.
Monsieur sans visage
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.