08.08.2026, 22:24 ✶
Był spóźniony.
Llyn Llydaw stygło na dnie doliny gładko jak sadło zebrane z rosołu. Ostatnim odcinkiem ścieżki był szybki krok po żwirze chrzęszczącym pod podeszwą niczym podeptane kości. Nie musiał nawet zadzierać głowy, aby ujrzeć jedenaście okien jadalni palących się tłusto, rzędem, jak ropiejące oczy gada. Owszem, jedenaście, policzył je, bo liczył wszystko, na czym dawało się przegrać, i z nasycenia mlecznych szyb wyczytał, że mięsiwa stoją na blacie od co najmniej kwadransa. Zdążyli więc wznieść te swoje toasty, wydusić z siebie pytania o zdrowie, o pracę, i poklepać się po plecach za rzeczy, na które i tak nikt nie miał żadnego rzeczywistego wpływu. Znał ten scenariusz doskonale, ale jakoś nie było mu z nim przykro. Tylko, że nie było mu z tym również dużo cieplej przy sercu, ale sam nie do końca wiedział dlaczego.
Wersję na wieczór miał przygotowaną już przy bramie. Świstoklik z Trondheim wyszedł pół doby po terminie — prawda, chociaż nie cała. Trzy tygodnie w śniegu mokrym jak surowe mięso i Norwegowie tłumaczący mu z uporem, że ich kolczozgrzbiete nie chorują na to, na co ewidentnie chorowały; w korespondencji nazywano to wymianą doświadczeń, w praktyce wyszły z tego dwie sekcje i jedna kłótnia zwieńczona darciem gęb w nieznanych sobie językach. Nie było źle, bo nie poszło w pięści, ale gdyby ktokolwiek słuchał go od pierwszego dnia, dwa zwierzęta jeszcze by żyły. Nie chciał tego rozżalenia pielęgnować, ale odreagować jakoś to musiał.
Reszta opóźnienia do wersji wejść nie mogła. Jęki pracownika o klaczy hipogryfa, któremu zaropiał kikut po skrzydle. Jedna szklanka ognistej, która okazała się trzema. Partyjka, która okazała się kurewsko nieopłacalna. Cóż, odreagował, ale nie był pewny czy wystarczyło. Pewnie nie.
Rękawy z litości opuścił dopiero na schodach. Stara, acz wciąż biała koszula sprawiała wrażenie czystej i… na tym jej zalety się kończyły — wyciągnięta z torby, przetrzepana dwa razy o kolano, z zagnieceniami głębokimi jak bruzdy na wypalonej ziemi. Pył trasy siedział nawet w szwach, w rancie kołnierza i w cholewach, i żadne otrzepywanie na dziedzińcu tego nie ruszyło; przy jasnym świetle wyglądałoby to jak popiół osiadły na kimś, kto igrał z ogniem, więc takie oto namaszczenie postanowił nosić na sobie niczym rodowy sygnet. Była też maść pod paznokciami, zielonkawa, dławiąca, rozmaryn wrzucony w ogień; nie brał jej ług, nie brało zaklęcie, nie brał tydzień. Na przedramieniu nosił świeżą krechę po pazurze, cienką jak przedziałek. Pod okiem widniało jeszcze widmo gojącego się lima. Ech, bywało gorzej i w takim gorszym stanie widziały go nawet najmłodsze siostrzeńce i bratanki, więc nikogo dziś już bardziej nie zgorszy.
Włosy — dłuższe, niż komukolwiek w tym domu się podobało, rude tą walijską rudością, która nie ma w sobie nic z miedzi, za to sporo z rdzy — przeczesał wszystkimi palcami i związał na karku. Trzydzieści pięć lat, sześć stóp z okładem, bary wyrobione przy zwierzętach ważących tyle co powóz; w rezerwacie robiło to wrażenie, w tej sali robiło z niego mebel, który choć dobrze uciosany, nie pasował do wystroju reszty domu.
Ocenił swoje odbicie w ciemnej szybie i jeszcze raz, na odchodne, przetrzepał dłonie. Odbicie było nader łaskawe, bo szyba była ciemna.
Cachu hwch. Pchnął barkiem podwójne drzwi.
Ciepło buchnęło mu w twarz jak z rozgrzebanego lęgowiska. Przepiórki, korzenne ciasto, wosk i kwaśny opar zadowolenia, który wypaca się ze skóry, kiedy świętuje się w gronie, które zarówno się kocha jak i nie do końca lubi. Nie widział ani jednej ryby i przysięgał, że poprawiło mu to humor po trzech tygodniach żucia morskich padlin o smaku soli i rozkładu. Nad wszystkim ciągnął się kamienny smok, łuska przy łusce, łeb wykręcony ku szczytowi — bestia nie strzegła głowy rodu, bestia ją uważnie taksowała. Uważał to spostrzeżenie za wybitne od czternastego roku życia, ale ani razu nie wystawił go na cudzy osąd.
Odczekał, aż zaklęte skrzypce dojdą do końca frazy, i wszedł w ciszę głośniej, niż wymagała akustyka sali.
— Noswaith dda, kochana rodzino! — zawitał, a ręce miał rozłożone. Żadnej skruchy, rozmach jak z powrotu spod Agincourt, nie z sekcji zwłok. — Zanim ktoś zacznie liczyć minuty: ministerstwo ma absolutnie gdzieś świtoklikowe opóźnienia. Pretensje proszę adresować do Oslo…
Trzy głowy wydały z siebie anemiczny chichot. Dwie z uprzejmości, jedna dlatego, że siedziała już przy czwartym kielichu.
Poszedł wzdłuż blatu, mijając ich rzędami jak woliery, w których z góry wiadomo, co siedzi w której. Seisyll na swoim miejscu, Hela, dalej Helena, Leviathan, Mona. Cynthia po przeciwnej stronie, jedyna nosząca cudze nazwisko przy rodowym stole.
Przystanął na wysokości szczytu.
— Lazarusie. Evelyn. — Dwa skinienia, bratu i bratowej, odmierzone tak, żeby nikt nie miał się o co zaczepić i żeby nikt nie poczuł się zaszczycony.
Przy Matce zwolnił naprawdę, całując ją rytualnie w dłoń. Potem wypadało usiąść. Był tylko jeden problem.
Miał dziewięć lat, kiedy zdarzyło się to pierwszy raz, i wtedy też nikt nie zrobił z tego afery. Przyniesiono taboret ze spiżarni, ustawiono go przy narożniku, gdzie blat zwężał się do niczego, i podano mu talerz nad czyimś ramieniem. Przez całą kolację nie potrafił zdecydować, gdzie podziać kolana. Wieczorem powiedziano mu, że przecież nie było wiadomo, czy do nich zejdzie, bo przecież mały Gary i jego duże kaprysy sprawiały, że nie warto było zastawiać dla niego stołu. Zapamiętał to zdanie w całości, razem z intonacją, i przez następne dwadzieścia sześć lat wyciągał je sobie z kieszeni jak zużyty bilet — na dowód, albo argument, coś, co zawsze można wyłożyć na stół zamiast riposty.
Rozejrzał się, chłonąc tę piękną, rodzinną ilustrację. Kilkanaście oparć. Policzył je jak talię, w której as musi przecież jeszcze gdzieś siedzieć. Piękna ilustracja, bo piękna rodzina. Tyle pięknych twarzy! Tyle pięknych uśmiechów. Ile z tych uśmiechów wysłanych będzie właśnie jemu?
Cisza zsiadła się nad stołem jak tłuszcz na wystudzonym rosole. Ktoś przestał żuć. Płomień najbliższej świecy położył się w stronę drzwi i wyprostował, jakby też chciał wyjść.
— Skrzat — rzuciła jedna z kobiet w stronę bocznych drzwi, tonem, jakim zamawia się sos do pieczeni. — Krzesło dla Garetha.
Stał więc, z kurzem z dwóch krajów na butach, z rękoma luźno wzdłuż ciała, i przez ułamek sekundy naprawdę rozważał, czy nie przysiąść na parapecie i nie sprawdzić, czyja piękna twarz pęknie pierwsza. Zamiast tego uśmiechnął się do Seisylla. Szeroko, z zębami, tym uśmiechem, którym obdarzyć go mógł wyłącznie jego najmłodszy brat.
Potem, nie ruszając głową, przesunął wzrok o miejsca dalej i tym razem, uśmiechnął się do Helloise. Ten uśmiech był krótszy i szedł tylko jednym kącikiem ust, ale rodzeństwo czyta takie rzeczy szybciej niż laurkowe zdania.
Zaklęte instrumenty brzdąkały dalej. A Gareth sobie stał, tupał rytmicznie nogą, marząc o ciepłym szlugu w ustach.
Llyn Llydaw stygło na dnie doliny gładko jak sadło zebrane z rosołu. Ostatnim odcinkiem ścieżki był szybki krok po żwirze chrzęszczącym pod podeszwą niczym podeptane kości. Nie musiał nawet zadzierać głowy, aby ujrzeć jedenaście okien jadalni palących się tłusto, rzędem, jak ropiejące oczy gada. Owszem, jedenaście, policzył je, bo liczył wszystko, na czym dawało się przegrać, i z nasycenia mlecznych szyb wyczytał, że mięsiwa stoją na blacie od co najmniej kwadransa. Zdążyli więc wznieść te swoje toasty, wydusić z siebie pytania o zdrowie, o pracę, i poklepać się po plecach za rzeczy, na które i tak nikt nie miał żadnego rzeczywistego wpływu. Znał ten scenariusz doskonale, ale jakoś nie było mu z nim przykro. Tylko, że nie było mu z tym również dużo cieplej przy sercu, ale sam nie do końca wiedział dlaczego.
Wersję na wieczór miał przygotowaną już przy bramie. Świstoklik z Trondheim wyszedł pół doby po terminie — prawda, chociaż nie cała. Trzy tygodnie w śniegu mokrym jak surowe mięso i Norwegowie tłumaczący mu z uporem, że ich kolczozgrzbiete nie chorują na to, na co ewidentnie chorowały; w korespondencji nazywano to wymianą doświadczeń, w praktyce wyszły z tego dwie sekcje i jedna kłótnia zwieńczona darciem gęb w nieznanych sobie językach. Nie było źle, bo nie poszło w pięści, ale gdyby ktokolwiek słuchał go od pierwszego dnia, dwa zwierzęta jeszcze by żyły. Nie chciał tego rozżalenia pielęgnować, ale odreagować jakoś to musiał.
Reszta opóźnienia do wersji wejść nie mogła. Jęki pracownika o klaczy hipogryfa, któremu zaropiał kikut po skrzydle. Jedna szklanka ognistej, która okazała się trzema. Partyjka, która okazała się kurewsko nieopłacalna. Cóż, odreagował, ale nie był pewny czy wystarczyło. Pewnie nie.
Rękawy z litości opuścił dopiero na schodach. Stara, acz wciąż biała koszula sprawiała wrażenie czystej i… na tym jej zalety się kończyły — wyciągnięta z torby, przetrzepana dwa razy o kolano, z zagnieceniami głębokimi jak bruzdy na wypalonej ziemi. Pył trasy siedział nawet w szwach, w rancie kołnierza i w cholewach, i żadne otrzepywanie na dziedzińcu tego nie ruszyło; przy jasnym świetle wyglądałoby to jak popiół osiadły na kimś, kto igrał z ogniem, więc takie oto namaszczenie postanowił nosić na sobie niczym rodowy sygnet. Była też maść pod paznokciami, zielonkawa, dławiąca, rozmaryn wrzucony w ogień; nie brał jej ług, nie brało zaklęcie, nie brał tydzień. Na przedramieniu nosił świeżą krechę po pazurze, cienką jak przedziałek. Pod okiem widniało jeszcze widmo gojącego się lima. Ech, bywało gorzej i w takim gorszym stanie widziały go nawet najmłodsze siostrzeńce i bratanki, więc nikogo dziś już bardziej nie zgorszy.
Włosy — dłuższe, niż komukolwiek w tym domu się podobało, rude tą walijską rudością, która nie ma w sobie nic z miedzi, za to sporo z rdzy — przeczesał wszystkimi palcami i związał na karku. Trzydzieści pięć lat, sześć stóp z okładem, bary wyrobione przy zwierzętach ważących tyle co powóz; w rezerwacie robiło to wrażenie, w tej sali robiło z niego mebel, który choć dobrze uciosany, nie pasował do wystroju reszty domu.
Ocenił swoje odbicie w ciemnej szybie i jeszcze raz, na odchodne, przetrzepał dłonie. Odbicie było nader łaskawe, bo szyba była ciemna.
Cachu hwch. Pchnął barkiem podwójne drzwi.
Ciepło buchnęło mu w twarz jak z rozgrzebanego lęgowiska. Przepiórki, korzenne ciasto, wosk i kwaśny opar zadowolenia, który wypaca się ze skóry, kiedy świętuje się w gronie, które zarówno się kocha jak i nie do końca lubi. Nie widział ani jednej ryby i przysięgał, że poprawiło mu to humor po trzech tygodniach żucia morskich padlin o smaku soli i rozkładu. Nad wszystkim ciągnął się kamienny smok, łuska przy łusce, łeb wykręcony ku szczytowi — bestia nie strzegła głowy rodu, bestia ją uważnie taksowała. Uważał to spostrzeżenie za wybitne od czternastego roku życia, ale ani razu nie wystawił go na cudzy osąd.
Odczekał, aż zaklęte skrzypce dojdą do końca frazy, i wszedł w ciszę głośniej, niż wymagała akustyka sali.
— Noswaith dda, kochana rodzino! — zawitał, a ręce miał rozłożone. Żadnej skruchy, rozmach jak z powrotu spod Agincourt, nie z sekcji zwłok. — Zanim ktoś zacznie liczyć minuty: ministerstwo ma absolutnie gdzieś świtoklikowe opóźnienia. Pretensje proszę adresować do Oslo…
Trzy głowy wydały z siebie anemiczny chichot. Dwie z uprzejmości, jedna dlatego, że siedziała już przy czwartym kielichu.
Poszedł wzdłuż blatu, mijając ich rzędami jak woliery, w których z góry wiadomo, co siedzi w której. Seisyll na swoim miejscu, Hela, dalej Helena, Leviathan, Mona. Cynthia po przeciwnej stronie, jedyna nosząca cudze nazwisko przy rodowym stole.
Przystanął na wysokości szczytu.
— Lazarusie. Evelyn. — Dwa skinienia, bratu i bratowej, odmierzone tak, żeby nikt nie miał się o co zaczepić i żeby nikt nie poczuł się zaszczycony.
Przy Matce zwolnił naprawdę, całując ją rytualnie w dłoń. Potem wypadało usiąść. Był tylko jeden problem.
Miał dziewięć lat, kiedy zdarzyło się to pierwszy raz, i wtedy też nikt nie zrobił z tego afery. Przyniesiono taboret ze spiżarni, ustawiono go przy narożniku, gdzie blat zwężał się do niczego, i podano mu talerz nad czyimś ramieniem. Przez całą kolację nie potrafił zdecydować, gdzie podziać kolana. Wieczorem powiedziano mu, że przecież nie było wiadomo, czy do nich zejdzie, bo przecież mały Gary i jego duże kaprysy sprawiały, że nie warto było zastawiać dla niego stołu. Zapamiętał to zdanie w całości, razem z intonacją, i przez następne dwadzieścia sześć lat wyciągał je sobie z kieszeni jak zużyty bilet — na dowód, albo argument, coś, co zawsze można wyłożyć na stół zamiast riposty.
Rozejrzał się, chłonąc tę piękną, rodzinną ilustrację. Kilkanaście oparć. Policzył je jak talię, w której as musi przecież jeszcze gdzieś siedzieć. Piękna ilustracja, bo piękna rodzina. Tyle pięknych twarzy! Tyle pięknych uśmiechów. Ile z tych uśmiechów wysłanych będzie właśnie jemu?
Cisza zsiadła się nad stołem jak tłuszcz na wystudzonym rosole. Ktoś przestał żuć. Płomień najbliższej świecy położył się w stronę drzwi i wyprostował, jakby też chciał wyjść.
— Skrzat — rzuciła jedna z kobiet w stronę bocznych drzwi, tonem, jakim zamawia się sos do pieczeni. — Krzesło dla Garetha.
Stał więc, z kurzem z dwóch krajów na butach, z rękoma luźno wzdłuż ciała, i przez ułamek sekundy naprawdę rozważał, czy nie przysiąść na parapecie i nie sprawdzić, czyja piękna twarz pęknie pierwsza. Zamiast tego uśmiechnął się do Seisylla. Szeroko, z zębami, tym uśmiechem, którym obdarzyć go mógł wyłącznie jego najmłodszy brat.
Potem, nie ruszając głową, przesunął wzrok o miejsca dalej i tym razem, uśmiechnął się do Helloise. Ten uśmiech był krótszy i szedł tylko jednym kącikiem ust, ale rodzeństwo czyta takie rzeczy szybciej niż laurkowe zdania.
Zaklęte instrumenty brzdąkały dalej. A Gareth sobie stał, tupał rytmicznie nogą, marząc o ciepłym szlugu w ustach.